[Rozmiar: 23782 bajtów] [Rozmiar: 4473 bajtów] [Rozmiar: 7046 bajtów] [Rozmiar: 10060 bajtów] [Rozmiar: 5086 bajtów]

Publikacje o Z. Krzyżanowskim i jego pisarstwie

 

Home
Biografia
Wydane w Polsce
Wydane za granicą
Wydane w Rosji
O Krzyżanowskim
О Кржижановском
Wydarzenia
Utwory
Galeria ilustracji
Ciekawe linki
Podziękowania
Kontakt

Spis treści

1993

Marian Leon Kalinowski Od tłumacza

2002

Jan Gondowicz Bezkompromisowy cudak

2003

Jan Gondowicz Kolekcjoner szczelin

2004

Wiesława Olbrych Polacy w Rosji (na przykładzie losów Zygmunta Krzyżanowskiego i jego rodziny)

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska Od tłumacza

Paweł Zawadzki, Kazik Malinowski Baron Münchhausen przez prawdę pokonany

Włodzimierz Paźniewski Zygmunt Krzyżanowski, czyli pozagrobowe życie literatury. Zbuntowana republika słów

Nota bez podpisu, "Fluid"

Stanisław Nyczaj Fenomen Zygmunta Krzyżanowskiego

Wiesława Olbrych Polacy w Rosji w XX wieku. Zygmunt Krzyżanowski

2005

JW Trzynasta kategoria rozsądku

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska Możliwe do przewidzenia? Pośmiertny powrót emigranta

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska Zygmunt Krzyżanowski - początek drogi do Polski

Tadeusz Zubiński Pełnokrwisty pisarz

Tadeusz Zubiński Conrad ze wschodu

Wiesława Olbrych Zapoznany geniusz literatury XX wieku — Zygmunt Krzyżanowski

Wiesława Olbrych Posłowie do 'Powrotu Münchhausena'

Recenzja użytkownika "speedi", granice.pl Brawo panie baronie! Niech żyje fantazja!

2006

Nota bez podpisu, www.kulturalna.warszawa.pl

Beata Kęczkowska Nowe oblicze barona

Piotr Zawadzki Krzyżanowski z krzyża zdjęty

Krzysztof Masłoń Odkrywanie Zygmunta Krzyżanowskiego. Baron Münchhausen w kraju bolszewików

Dariusz Nowacki 'Powrót Münchhausena' Zygmunta Krzyżanowskiego

Maria Jentys Święty nikt. O Zygmuncie Krzyżanowskim

Wiesława Olbrych Powrót Zygmunta Krzyżanowskiego

Paweł Zawadzki Polski emigrant

Maja Cybulska Powrót

Paweł Zawadzki Sztuka przetrwania

Maja Cybulska Wrota

Justyna Hofman Świat wyjęty z oka Münchhausena

2008

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska Posłowie do 'Mostu Przez Styks'

Marcin Sendecki Zimne ognie

Justyna Sobolewska Fantomowy świat

Max Fuzowski Groteskowe sny

Piotr Samolewicz Zygmunt Krzyżanowski, pisarz nieznany

Tadeusz Górny "Stolica" poleca

Janusz Odrowąż-Pieniążek Notka

Paweł Zawadzki Staroświecki metafizyk

Wiesława Olbrych Ten szczęściarz, Krzyżanowski!

Ewa Heine Literackie odkrycie. Fragmenty audycji pn. Nocne Spotkanie z Literaturą

2009

jbroszkowski Powrót Münchhausena

2010

Wiesława Olbrych 'Klub Morderców Liter' Zygmunta Krzyżanowskiego w warszawskim salonie Porthosa

jbroszkowski Klub Morderców Liter

Jean-Pierre Thibaudat Sigismund Krzyzanowski: un nom imprononçable, des textes jubilatoires

2011

Justyna Hofman-Wiśniewska Cmentarze pomysłów i mordercy liter

Justyna Hofman-Wiśniewska Bezksiąże i mordercy

Mieczysław Orski Münchhausen w ojczyźnie sierpa i młota

 

Marian Leon Kalinowski

OD TŁUMACZA

Na wydobycie tego pisarza rosyjskiego z zapomnienia potrzeba było kilkudziesięciu lat najpierw stabilizacji ustroju, dla którego nie był to twórca dyspozycyjny, oraz kilku lat przemian tak zwanej przebudowy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.

Piszący te słowa przypomina sobie z tamtego okresu poświęcony Zygmuntowi Krzyżanowskiemu program w radzieckiej telewizji, nadany pod wymownym tytułem: Przeoczony geniusz. Prezenterem postaci Krzyżanowskiego był i w telewizji, i w pierwszym wyborze utworów opublikowanym w 1989 roku Wadim Perelmuter.

Pochodzący z Ukrainy, urodzony w polskiej rodzinie szlachcica zmuszonego do pracy poza rolą, Zygmunt Krzyżanowski wychował się na pograniczu kultur. Podobnie jak Jerzy Olesza, jak w XIX wieku Hieronim Jasiński, Aleksander Korniłowicz i kto tam jeszcze, wybrał los pisarza rosyjskiego.

Wnosił do świata wybranego prawdziwie europejską kulturę, niepospolitą erudycję, porównywalną pewno tylko z bagażem intelektualnym Walerego Briusowa. Imał się pióra jako filozof z usposobienia, człowiek skłonny do kontemplowania rzeczywistości ponad aktualnymi realiami społecznymi i politycznymi. Odchodzenie od trudnej rzeczywistości początków państwa radzieckiego kierowało go ku operowaniu elementami fantastyki, tworzyło nieunikniony dystans, nakłaniało do przebłyskującej tu i ówdzie, dosyć zresztą dyskretnej ironii.

Za życia zdołał wydać osiem opowiadań i jedną powieść, której fragment — zapowiedź polskiej publikacji całości jako książki (zapewne w 1994 roku, nakładem wydawnictwa „Feniks") — zostaje tu przedstawiony.

Rozkwit twórczości i obecności w życiu literackim przypadł na lata dwudzieste i wczesne trzydzieste. Potem zrobiło się cicho — Krzyżanowski został skazany na zapomnienie. To, co pisał i że właśnie tak pisał, nie mogło zapewnić mu przychylności ludzi, którzy wówczas decydowali o losach karier twórców. Jak to ktoś wtedy dosłownie tak wyraził, Krzyżanowski „obrażał” swoją innością, swoją wyższością intelektualną nad wieloma układnymi miernotami!

Przez niektórych kolegów po piórze był oceniany jako pisarz wielki, miary wręcz europejskiej. I nie tylko dla tematyki utworów, jakie opublikował wówczas, ale również dzięki temu, iż władał rosyjskim na tyle, że stać go było na inwencję językową, na własny, pełen polotu i elegancji styl.

Wydobycie tego znakomitego pisarza rosyjskiego — tam znanego pod imieniem Sigizmund — z niezasłużonego zapomnienia powiększa grono klasyków współczesności.

Komentarz do tłumaczenia fragmentu opowiadania Zygmunta Krzyżanowskiego 'Wspomnienia z przyszłości', „Literatura na Świecie” nr 10 (267) z 1993 r.

Powrót do spisu treści

Jan Gondowicz

Odkrycie
BEZKOMPROMISOWY CUDAK

Zygmunt Krzyżanowski przed 13 laty stał się problemem literatury rosyjskiej. Dziś staje się problemem literatury polskiej

Ilustrowane historie awangardy zawierają zwykle zdjęcie dziwnego rusztowania-scenografii do „Człowieka, który był Czwartkiem”. Adaptację tej powieści Chestertona wystawił w roku 1923 w Moskwie wielki teatralny nowator Aleksander Tairow. W miarę kolejnych pogoni i przebieranek szalonej fabuły aktorzy ukazywali się tam na wielu piętrach, w kolejnych oknach mansjonów. Niestety, w trakcie 49. przedstawienia urwała się winda najwyższej wieży. Kolektyw pracowników technicznych teatru (który wcześniej zmajstrował to urządzenie) nakazał reżyserowi zmianę scenografii. Tairow się wściekł i zdjął spektakl z afisza. Winda wzlatująca, by opaść na zawsze stała się symbolem losu autora adaptacji. Był nim przybyły rok wcześniej z Kijowa 36-letni Polak, piszący po rosyjsku doktor praw i filozofii Sigizmund Dominikowicz Kriżanowski – Zygmunt Krzyżanowski (1887-1950).

Rosyjski?

Przed 13 laty postać ta stała się problemem literatury rosyjskiej. Dziś staje się problemem literatury polskiej. Bo, co tu kryć, niespodzianie i bez zasługi dostajemy kolejnego wielkiego pisarza. Pisał co prawda w obcym języku, ale i Conrad pisał w obcym języku.

Dla Rosjan Krzyżanowski stanowi ucieleśniony skandal. Jest to bowiem Pisarz Bez Książki. Przez 20 lat intensywnej działalności pisarskiej nie udało mu się wydrukować nieomal ani słowa. Dopiero w roku 1989 ukazał się pierwszy wybór z jego ogromnego dzieła, na które składają się sześć zbiorów po 30 nowel, pięć powieści, eseje, reportaże, dramaty i scenariusze, aforyzmy, wykłady oraz rozprawy z filozofii teatru. W Sankt Petersburgu wyszedł właśnie liczący 700 stron pierwszy z pięciu tomów dzieł zebranych. Ogłoszono trzy tomy wspomnień. Rosjanie pojąć nie mogą, jak ktoś taki, obracający się pośród intelektualnej elity epoki, zaprzyjaźniony ze starą moskiewską inteligencją, mógł przejść przez ów świat bez żadnego widomego śladu i ulec zapomnieniu na lat 40. Nas, rzecz jasna, mniej to dziwi – z boku lepiej widać mechanizmy selekcyjne naboru na „inżynierów dusz" i lęk, jaki musiał budzić bezkompromisowy cudak.

Polski?

Dla Polaków natomiast Krzyżanowski stanowić powinien skandal jako postać teraz dopiero dostrzeżona. Nie zwrócono nań uwagi w latach międzywojennych, aczkolwiek było to możliwe (był w Kijowie kolegą szkolnym Iwaszkiewicza), a i po wojnie bibliografie nasze nie notują nazwiska tego tłumacza współczesnej nowelistyki polskiej, Mickiewicza i Tuwima. Co gorsza jednak, nie wpadł on nikomu w oko przez ostatnich 13 lat, odkąd zaistniały jego rewelacyjne teksty. Doprawdy, nie sposób pojąć, za co bierze w Polsce pensje kilkuset utytułowanych badaczy literatury rosyjskiej! Zwłaszcza że w takiej na przykład Francji pierwsza książka Krzyżanowskiego wyszła już w roku 1991. Rok później w Niemczech.

Krzyżanowski to postać zagadkowa. Niewątpliwie między młodym kandydatem na pisarza a społecznością polską w Kijowie musiało zajść coś, co wymaga dopiero zbadania. Coś, co sprawiło, że syn carskiego majora (a później głównego księgowego w zakładach Riabuszyńskiego) i pianistki Fabiany z domu Paszuta w roku 1922 wybrał ostatecznie Rosję, przenosząc się na stałe do Moskwy. Akurat wtedy, gdy otwierały się drogi do repatriacji.

Wiadomo jednak, że rodzina była więcej niż zamożna. Młody student miał pod miastem odziedziczony po dziadku dom z ogrodem i rozarium. Niezależny materialnie, znając pięć języków, odbywał co roku podróże po Europie. Pół roku 1913 spędził w Paryżu, lecz najbliższy był mu Wiedeń. I widać to w jego prozie. Jeszcze w roku 1965 Twardowski, redaktor „Nowego Mira", który odważył się drukować Sołżenicyna, odrzucił podsunięte nowele Krzyżanowskiego jako zbyt kafkowskie!

Jedna z takich nowel stanowiła w roku 1919 jego debiut. Ale któż w Kijowie czasów „Białej gwardii” miał głowę do sofistycznej prozy! Dziś szuka się w prasie wczesnych tekstów Krzyżanowskiego, ale odkryto jedynie, że żadna biblioteka na świecie nie ma kompletu ówczesnych kijowskich gazet.

W Moskwie natomiast wszystko układało się zrazu obiecująco. Pokoik na Arbacie, wykłady z psychologii sceny, publiczne lektury nowel, przyjaźń postaci tej rangi co młodszy o cztery lata Bułhakow czy sporo starszy Bieły. Lecz w miarę przykręcania śruby malały szanse na wydanie jakiejkolwiek książki. Po paru latach pisarz zmuszony był przyjąć podrzędne stanowisko w wydawnictwie Encyklopedia, a następnie w pisemku „W walce o technikę". Przywodzi to na myśl Bułhakowa za redaktorskim biurkiem w piśmie kolejarzy „Gwizdek". W owych latach powstały powieści: „Klub zabójców liter" (1926), „Powrót Münchhausena" (1927), „Wspomnienia z przyszłości" (1929), „Kolekcjoner szczelin" (1932) i ponad setka nowel.

Rozpasany?

W latach 30., wciąż oficjalnie nie istniejąc, Krzyżanowski – całkiem jak później Brodski – trafił pod obcas „Prawdy”. Poświęcony mu paszkwil nosił tytuł „Rozpasany szubrawiec”. W efekcie nadeszły lata nędzy. Wreszcie, na 10 lat przed śmiercią, Krzyżanowski porzucił literaturę piękną. Jego siły się wyczerpały. Pisał o Szekspirze, o literaturze polskiej, snuł plany słownika mott, tłumaczył, ale prozy artystycznej już nie tknął. Przyjaciele poginęli w Wielkiej Czystce i na wojnie. Przepadły ukryte przed NKWD co śmielsze manuskrypty. W ostatnich latach życia pisarz nie stronił od wódki. Miejsce jego spoczynku jest nieznane.

Krzyżanowski był nie tylko przedstawicielem ostatniej generacji pisarzy rosyjskich, która odebrała prawdziwe wykształcenie. Był też pedantem. Pisząc tyle lat do szuflady, mimo przypływów rozpaczy zachował w swym archiwum żelazny ład. Wszystko było przepisane na czysto, choć z braku środków nie zawsze na maszynie. Gdy zatem prace Związku Pisarzy doprowadziły do wydania pierwszych tekstów Krzyżanowskiego, nie trzeba było wstawić ani przecinka.

Europejski?

Jakim jest Krzyżanowski pisarzem? Po pierwsze, europejskim. Formalne i językowe szaleństwa rosyjskich lat 20. spłynęły po nim jak woda po kaczce. Jest bezlitośnie lakoniczny i zimny jak nóż. Po drugie jest fantastą. Pisarzy rosyjskich wyobraźnia unosi zwykle w stronę groteski. Ale domenę Krzyżanowskiego stanowi paradoks filozoficzny w formie literackiej paraboli – realizm eksperymentalny, jak zwał swoją technikę. Jest kimś, kogo zawsze brakowało pomiędzy Calvinem a Buzattim, a może nawet między Borgesem a Kafką. Sam rozróżnił kiedyś czytających i czytelników. Pisał wyłącznie dla tych drugich. Zdolnych podjąć jego myśl i domyśleć ją do końca. Chcemy kogoś takiego?

Nikt chyba nie był w ZSRR równie konsekwentny w odmowie. W niezgodzie na styl epoki. W sposobie ucieczki. Wymyślił przecież w tym celu własny świat! Pisał: „Zbiegły niewolnik, jak twierdzą nasi prawnicy, stanowi rzecz, która ukradła siebie samą". I za tę ucieczkę zapłacił pełną cenę.

Prezentowana obok [zob. „Przekrój”, nr 33 z 2002 r., s. 62–63 – przyp. adm.] nowela Krzyżanowskiego pochodzi z najwcześniejszego ich zbioru „Bajek dla Wunderkindów" (1922). Po latach autor zafascynowany szachami jak wielu w jego czasach poświęcił im esej „Dramaturgia szachownicy” (1946). Takie właśnie studium daremnie pragnął napisać świetny krytyk i eksperymentator literacki Karol Irzykowski. Jakby wypełniając jego duchowy testament, ktoś z Polaków jednak je stworzył. Pisarz rodak. Jeśli go zechcemy.

„Przekrój”, nr 33 z 2002 r., s. 60–61.

Powrót do spisu treści

Jan Gondowicz

KOLEKCJONER SZCZELIN

Młodzi badacze z byłego ZSSR mówią już o nim otwarcie: „najwybitniejsze, być może, zjawisko literatury rosyjskiej lat 20.” Wspomniawszy takich do tego tytułu konkurentów, jak Babel, Erenburg, Zoszczenko, Zamiatin, a bodaj i Bułhakow, zmierzyć można skalę entuzjazmu. Za życia jednak, czyli w latach 1887-1950, żadne pomiary nie wykazałyby istnienia Sigizmunda Dominikowicza Kriżanowskiego, czyli Zygmunta Krzyżanowskiego. Burzliwa fala autentycznych znakomitości tych lat i mniej autentycznych znakomitości lat późniejszych nakryła go z głową. Skrył się w porewolucyjnym literackim zamęcie niczym ów opisany przez Jerzego Stempowskiego mieszkaniec Kołomyi, pytający po każdym przejściu frontu: „Ist da eine Beschäftigung für einen Uhrmacher?”. Sądząc z sukcesu, jaki w pół wieku po śmierci autora jego twórczość odnosi w Rosji, dopiero teraz objawiła się tam potrzeba zegarmistrzów.

Porównanie nie jest przypadkowe. Po pierwsze ów piszący po rosyjsku Polak wywodzi się z naszych dawnych Kresów. Po drugie – pod każdym względem stanowi emanację wiedeńsko-praskiej kultury literackiej i bliżej mu do Hofmannsthala, Meyrinka, Čapka i Kafki niż do, powiedzmy, Pilniaka czy Płatonowa. Po trzecie – nad emocje przedkłada ironiczną logikę paradoksu i chłodną mechanikę absurdu. Po czwarte – mistrzostwo osiąga w gatunku precyzyjnych i zwięzłych miniatur. Po piąte – jest rozpiętym między agora- i klaustrofobią pisarzem wywichniętego czasu i nieeuklidesowych perspektyw. I najświetniejsze z jego nowel w pełni zasługują na miano snu szalonego zegarmistrza.

Generalnie rzecz biorąc – jest więc Krzyżanowski wcieloną niemożliwością. Jako pisarz tworzący – o czym świadczą liczne polonizmy – w języku nie całkiem własnym. Jako umysł głęboko książkowy, „abstraktor kwintesencji” i szyderca, rzucony w świat ideologów, strażników ortodoksji, prymitywów, oportunistów, a wreszcie gołego terroru. Jako umysł tyleż finezyjny, co kompletnie niezdolny do kompromisu. Jako myśliciel absolutnie nieprzemakalny na najbardziej zjadliwy wpływ filozoficzny swoich czasów. Jako twórca działający latami w najgłębiej mu obcym artystycznie środowisku. I – w konsekwencji – jako autor bez książki, niemal bez publikacji, i człowiek teatru, odsunięty od praktyki teatralnej. Postać głęboko zbyteczna, ponad stan miejsca i czasu, bezbronna a odporna, wcielenie emigracji wewnętrznej (oraz irytujący dowód jej celowości), której, prócz niepodległości ducha, udało się ocalić dla sądu przyszłych pokoleń cały bodaj składany do szuflady dorobek.

Pomijając wagę dzieła, mamy tu przykład życia, wiedzionego świadomie pod włos epoki. „Życie, moim skromnym zdaniem, urządzone jest prościej, dotkliwiej i nie dla inteligentów” – pouczał w Liście do pisarza Zoszczenko. Krzyżanowski był innego zdania.

Na świat przyszedł 11 lutego (30 stycznia nowego stylu) 1887 roku pod Kijowem. Miejsce jego urodzenia, podobnie jak o lat dziewięć starszego Malewicza, nie zostało ustalone: musiała to być osada fabryczna przy jednej z okolicznych cukrowni. Ojciec Malewicza, Seweryn, był głównym technologiem w cukrowniach Tereszczenki. W tej czysto polskiej rodzinie (matka miała na imię Ludwika) syn za młodu uważał się za Ukraińca. W rodzinie Krzyżanowskich sprawy były równie nieproste. Ojciec, Dominik Aleksandrowicz Krzyżanowski herbu Dębno, dymisjonowany major artylerii, był głównym księgowym w cukrowniach Riabuszyńskiego. Matka, Fabiana Stanisławowna z domu Paszuta, zdradzała ponoć inklinacje artystyczne – była za młodu ni to pianistką, ni to obiecującą śpiewaczką. Reszta jest – na razie? – dziedziną spekulacji. Trudność dostrzeżenia związków tej nader zamożnej rodziny z kolonią polską musi mieć źródło w życiorysie ojca. Carski oficer – nie brzmiało zbyt dobrze, ale było na Kresach, z konieczności, tolerowane. Kryło więc pewnie coś jeszcze. Może usmirienije polskogo miatieża? Dominik Krzyżanowski mógłby zatem – przypuśćmy – gonić się w 1863 po jarach z Platonem Krzyżanowskim, mężnym 70-letnim dowódcą „partii” na Podolu. Tak czy owak w roku 1922, gdy otwarła się możność repatriacji do Polski, z której skorzystał choćby młody Choromański, początkujący pisarz (ale dojrzały, 35-letni człowiek) ani przez chwilę nie rozważał jej serio. Talent i wiedza dawały mu pewność kontynuowania kariery w ojczyźnie, jak zresztą i w każdym innym kraju Zachodu. Wybrał kierunek przeciwny – Moskwę.

Dalsza rodzina była poważnie zruszczona. Stryjeczny dziadek Zygmunta, Jan Krzyżanowski (1867-1924), lekarz i kompozytor, uczeń Rimskiego-Korsakowa, przeszedł na prawosławie, by studiować w Petersburgu, i pisał swoje imię jako Iwan. Był on znanym zbieraczem małoruskiego folkloru i jako pierwszy dokonywał fonograficznych nagrań ukraińskich pieśni; pod koniec życia, już w Leningradzie, odegrał pewną rolę w kształtowaniu się osobowości artystycznej Szostakowicza. Dzięki tej koligacji powierzyć miał Zygmuntowi w przyszłości, w 1936 roku, napisanie libretta swojej obrazoburczej wersji Eugeniusza Oniegina Prokofiew. Z tejże bodaj prawosławnej gałęzi wywodzi się urodzony w roku 1911 poeta Stepan Ołeksandrowicz Kryżaniwski, jeden z nielicznych ocalałych ukraińskich inteligentów i liryk o (może to rodzinne) zdecydowanie filozoficznym tonie, który po mającym wyjednać mu łaskę zbiorze Plac Dzierżyńskiego (1938) rozstał się z poezją na rzecz historii literatury ukraińskiej.

Po przejściu ojca na emeryturę rodzina osiadła w Demiewce, stanowiącej dziś jedną z dzielnic Kijowa. Zygmunt Krzyżanowski uczył się w Czwartym Gimnazjum Państwowym, tym samym, do którego uczęszczali Wertyński i Iwaszkiewicz. Następnie podjął studia na Uniwersytecie Kijowskim, na dwóch naraz kierunkach: filozofii i prawie, i ukończył oba w roku 1913. Fantastyczny dar lingwistyczny pozwolił mu opanować dziesięć języków. Toteż w latach studenckich przyszły pisarz odbywał podróże wakacyjne, głównie przez Wiedeń do Włoch, które nieźle poznał. Bywał też w Berlinie, którego znajomość ujawnił potem wielokrotnie w opowiadaniach spod znaku E. T. A. Hoffmanna. Zimą 1912-13 słuchał przez pół roku wykładów Bergsona, Poincarégo i Meyersona na Sorbonie; już po dyplomie uczestniczył w Mediolanie w seminarium Pareto, a latem pracował dwa miesiące na sławetnej antropozoficznej budowie Goetheanum w Dornach. Z wszystkich tych peregrynacji publikował korespondencje, których nie uznał jednak za godne zaliczenia do swego dorobku. Czyżby dlatego, że pisane były po polsku?

Po wybuchu wojny światowej początkujący aplikant adwokacki spędził w okopach tylko parę miesięcy; wyreklamowany niewiadomym sposobem, odreagował po latach doświadczenia frontowe w kilku nowelach o demonstracyjnie pacyfistycznej wymowie (np. Natarcie tarcz strzelniczych, ok.1927). Traumatyczne przeżycia pogłębiły zapewne jego zdecydowanie kosmopolityczny, jak u pacyfistów Zachodu, światopogląd. Wielka to w dwudziestowiecznej literaturze rosyjskiej rzadkość.

W 1917 roku odziedziczył po stryju Pawle spadek: niewielką posiadłość pod Kijowem, z domem, ogrodem oraz sławnym w okolicy rozarium. Wówczas to zapewne – powiada biograf pisarza, Wadim Perelmuter – dojrzała w Zygmuncie Krzyżanowskim myśl poświęcenia się literaturze. Wkrótce jednak z tej idealnej samotni pozostać miała tylko stryjowa marynarka z czesuczy nadzwyczajnej trwałości, noszona jeszcze długie lata, oraz biurko, które poszło zimą 1919 roku na opał. Wtedy to właśnie, w pierwszym numerze efemerycznego pisma „Zori”, ukazał się debiut Krzyżanowskiego – osadzony w epoce niemieckiego Sturm und Drangu dialogowy esej o urokach niepewności, Jacobi i „Jakoby”.

W świadectwach o życiu kulturalnym ówczesnego polskiego Kijowa nie sposób odnaleźć nazwiska Krzyżanowskiego. Od 1918 roku natomiast pojawia się on – dzięki protekcji przyjaciela rodziny, kompozytora Anatolija Buckiego – jako wykładowca historii teatru w kijowskim Konserwatorium, oraz historii muzyki i literatury w Studio Żydowskim i ukraińskim Instytucie Teatralnym im. Mykoły Łysienki. Można też domniemywać, że znalazł się w magicznym kręgu pracującego od 1919 w byłym teatrze Sołowcowa wybitnego eksperymentatora Kote Mardżaniszwilego, czyli Konstantina Mardżanowa, gdyż w roku 1920 ożenił się z należącą do jego zespołu aktorką Anną Bowszek (zm. 1974). Jej to właśnie zawdzięczamy ocalenie jego spuścizny i cenne wspomnienia. Z lat przeżywanej w Kijowie wojny domowej datuje się też bliska przyjaźni znajomość Krzyżanowskiego z młodszym o niespełna cztery lata Bułhakowem; również w Moskwie pisarze podtrzymywali kontakty, sąsiadując o wyciągnięcie ręki w arbackich zaułkach. Zauważyć się także dają wzajemne inspiracje: urzędujące w opowiadaniu Krzyżanowskiego Towarzysz Bruck puste briuki, czyli spodnie podsunęły podobny epizod Mistrza i Małgorzaty, a wspomnienie chaotycznych walk w Kijowie z noweli Gracze przywołuje sceny z kart Białej Gwardii.

Śladem też Bułhakowa Krzyżanowski, ledwo komunizm wojenny rozluźnił swe okowy, wyjechał wiosną 1922 roku na los szczęścia do Moskwy. Przez krótki czas zresztą szczęście to zdawało mu się sprzyjać. Zdołał uzyskać przydział na mieszkanie, a ściślej mówiąc, groteskowo ciasny pokoik, z którego nigdy już nie udało mu się wyrwać, i który stał się scenerią wielu jego fabuł z życia filozofujących samotników. Co więcej, zyskał również pracę. Aleksander Tairow zaproponował mu stanowisko wykładowcy w Eksperymentalnych Pracowniach Teatralnych przy Teatrze Kameralnym, czyli w Ekstemasie. Krzyżanowski nauczał tam wynalezionej osobiście dyscypliny, którą nazwał „psychologią sceny”; oficjalnie, rzecz jasna, zajęcia jego nosiły bardziej pragmatyczny tytuł „Podstawy techniki wewnętrznej aktora”. Zachował się ich program, gdzie przedmiotem rozważań miały być między innymi „ideomotoryka”, „mnemonika teatralna”, „techniki przyspieszania i spowolnień reakcji”, „metody pomnażania »ja«” i „chwyty aktorskie służące wybadaniu widza”. Dociekania te, korespondujące niewątpliwie z poszukiwaniami Tairowa, złożyły się na najważniejszą pracę teoretyczną Krzyżanowskiego, Filozofema o teatrze.

Współpraca Krzyżanowskiego z Tairowem trwała z przerwami lat piętnaście i zakończyła się zgrzytem z okazji przygotowywanej na stulecie śmierci Puszkina inscenizacji Oniegina z muzyką Prokofiewa. Jak wiadomo, nie doszła ona do skutku na skutek decyzji KC, potępiającej inny utwór – operę-buffo Borodina Bohaterowie z librettem Demiana Biednego, uznaną za szyderstwo z rozbójników Rusi Kijowskiej. Wcześniej Prokofiewa, daremnie namawianego do pracy – chodziło o rolę Tatiany dla egerii Teatru Kameralnego, Alisy Koonen – skusiło wreszcie opozycyjne wobec dzieła Modesta Czajkowskiego libretto Krzyżanowskiego, ukazujące „sprzeczkę Oniegina z Leńskim nad butelką Ai” tudzież inne sceny rodzajowe w tym duchu. Gdy jednak libretto takie okazało się niebezpieczne, Tairow jął wychodzić ze skóry, by dowieść prawomyślności swej koncepcji. Jednym z argumentów miało być nieopublikowane jeszcze Kalendarium Onieginowskie, które wyszło również spod pióra Krzyżanowskiego, a które mistrz – ma się rozumieć, dla dobra sprawy – przypisał sobie, po czym nie mógł już tego cofnąć. I mało, że nic nie wskórał, lecz stracił cenionego współpracownika, ten ostatni zaś – podstawę nie tyle utrzymania, ile moskiewskiego meldunku. Wkrótce potem zaczęły się paroletnie próby wysiedlenia Krzyżanowskiego ze stolicy na podstawie paragrafu o darmozjadach.

Kulminacja twórczego związku obu artystów przypadła jednak wiele wcześniej, na sezon 1923-24, kiedy to Krzyżanowski opracował na zlecenie Tairowa sceniczną adaptację Chestertonowskiego Człowieka, który był Czwartkiem. Spektakl ten, jak wiadomo, okazał się sukcesem na skalę światową i przeszedł do historii XX-wiecznego teatru. Niezliczone składające się na fabułę maskarady, a raczej demaskacje, ucieczki i pogonie rozgrywały się w futurystycznej dekoracji Aleksandra Wiesnina, multiplikującej przestrzeń i stwarzającej iluzję ruchu dzięki scenom na różnych piętrach ażurowych, ulokowanych na obrotówce wież. Niestety, w trakcie 46. przedstawienia urwała się winda, obsługująca najwyższy mansjon. Obeszło się bez ofiar, ale kolektyw pracowników technicznych teatru – tych samych, którzy zmajstrowali to urządzenie – nakazał reżyserowi zmianę dekoracji. Tairow zapłonął świętym gniewem i zdjął spektakl z afisza, jak się okazało – na zawsze. Winda, wzlatująca na krótko pod sceniczne niebo, by wpaść na amen w czeluście podscenia, stała się metaforą losu Zygmunta Krzyżanowskiego.

„Dobre obycie z piątym wymiarem pozwala z łatwością powiększyć lokal do żądanych granic” – powiada Korowiow w Mistrzu i Małgorzacie. Sukces opartego na tej magii Czwartka skojarzyć wypada z cechą osobowości artystycznej Krzyżanowskiego, jaką stanowi zamiłowanie do zapadających się i eksplodujących przestrzeni, bocznych gałęzi czasu, gry krzywych luster, przedrzeźniających się akcji i teatru w teatrze. Na czarnoksięskie tricki świty Wolanda wpłynęła zapomniana rozprawa sławnego dziś głównie jako teolog ikony Pawła Fłorenskiego Złudzenia w geometrii. Równie dobrze znał ją Krzyżanowski, którego semiotyk Władimir Toporow nazywa „geniuszem przestrzeni”. Są to przestrzenie alegoryczne, parodystyczne, apokryficzne, budowane z podszytej mistyfikacją zgrozy.

W noweli Kwadraturyt (1926), która zaczyna się niczym u Bułhakowa, a kończy niczym u Kafki, mieszkaniec ośmiometrowej klitki Sutulin (zgarbiony, jak wskazuje nazwisko, fatalizmem kwaterunku), otrzymuje z rąk podejrzanego komiwojażera, który zjawia się niby demoniczny Rudolfi w Bułhakowowskiej Powieści teatralnej, tytułowy specyfik, służący do powiększania metrażu. Niestety, uwięzienie w ciasnocie przywiodło bohatera do uwiądu duszy. I stąd czeka go zguba w niepojętej, mrocznej przestrzeni, zdławienie jej narastającym do kwadratu rozrostem.

Wcześniejsza nowela, Gracz przegrany (1921), odmiennie eksploatuje przestrzenne paradoksy. Krzyżanowski, zamiłowany szachista, poświęcił szachom kilka nowel, w tym świetną Moją partię z królem olbrzymów (ok. 1933) – apokryficzny rozdział Przygód Guliwera. Jest też autorem eseju Dramaturgia szachownicy (1946). Tu jednak fabuła –zdarzenie na międzynarodowym turnieju – toczy się równolegle z rozgrywką, bohater zaś, angielski arcymistrz nazwiskiem Pembroke, nosi miano oznaczające zapomniany dziś wytwór ebenistyki – stolik z intarsjowaną szachownicą. Logiczny porządek tej ostatniej ulega jednak mocom chaosu, zapowiedzianym najprzód przez gąszcz gałęzi za oknem (wizję mnogości wariantów gry), a następnie przez oniryczny labirynt, w jaki przekształca salę rozgrywek zmierzch. To sygnał do iście Kafkowskiej przemiany: nagły zgon przesyła duszę gracza, niczym impuls elektryczny, w drewniane ciało czarnego pionka. Z zapierającą dech trwogą arcymistrz uświadamia sobie, że trafił w inny wymiar, gdzie jest nie podmiotem, ale przedmiotem gry. Zarazem od toczonej drewnianej główki po podklejoną krążkiem filcu podstawkę wyczuwa zagrożenie. W zawrotnie zmienionej perspektywie „Istota, tak jeszcze niedawno będąca Pembroke'iem, nawykłym do niezależnego i chlubnego statusu szachowego arcymistrza, teraz, ledwie śmiejąc podnieść wzrok ponad ramy maleńkiego, trzy na trzy centymetry, płaskiego pola, spojrzała poprzez d3, e3 w skos na lewo, na biały f3: tam, w żółtym pałaniu słońc, wcześniej zdających się oku ledwie amplami żyrandola, ziejąc pustką oczodołów, czyhał Koń Blady. Jego zjeżona grzywa stała dęba, złowróżbnie rozdęte chrapy obnażały wyszczerzony pysk. Teraz dopiero graczowi-pionkowi dane było odczuć całą karkołomność szans własnej p r o m o c j i. To, co było niegdyś Pembroke'iem, aż za dobrze znało bezlitosną logikę szachownicy”.

Tyka szachowy zegar. Kolej na ruch przeciwnika. W głębi lakierowanej piersi szachisty pod biciem zrywa się niemy krzyk protestu. Pionek (tu objawia się cała perfidia podskórnej semantyki noweli) nie zgadza się na los ofiary na rzecz zwycięskiej partii. Ale w tym punkcie opuszcza go już narrator. I on bowiem zna dobrze „bezlitosną logikę szachownicy”.

„Należy uczynić wszystko – pisał Krzyżanowski w szkicu o Edgarze Poem (1939) – by nowela, nim upłynie jej trzykartkowe życie, wypowiedzieć się mogła do końca”. Morderczo zwarte teksty ujawniają zasadnicze cechy tego pisarstwa: zwięzłość, wyrazistość obrazowania i przeraźliwą, gotycką wyobraźnię. Istotnie, nikt tak w literaturze rosyjskiej lat 20. i 30. nie pisał. Twórczość ta należy do całkowicie odmiennego kręgu kulturalnego. I zapewne dlatego żadna z blisko dwustu podobnych powyższym nowel Krzyżanowskiego nie ujrzała za jego życia światła druku. Odrzucenie zapowiada tu późniejszą fascynację, jak w przypadku dwu innych w literaturze rosyjskiej Polaków: Aleksandra Stiepanowicza Grina (Gryniewskiego) i Władysława Felicjanowicza Chodasiewicza. Pierwszy jak najautentyczniej umarł z głodu, drugi z nędzy i przemilczenia.

W dziewięć lat po śmierci Krzyżanowskiego, czyli w roku 1959, w Związku Pisarzy powołano na fali odwilży stosowną komisję, mającą udostępnić jego twórczość czytelnikom. I nie można rzec, że komisja ta nic nie robiła. Przeciwnie, wielokrotnie składała w redakcjach rozmaicie pomyślane wybory opowiadań. Zawsze bez skutku. W roku 1963 Aleksander Twardowski, redaktor „Nowego Mira”, człowiek bezsprzecznie odważny, publikujący Sołżenicyna, dostał na biurko taki pasztet, złożony z pięciu nowel. Po czym odrzucił je z miejsca z uzasadnieniem, że „zbyt cuchną Kafką”. Pierwsze prozy Krzyżanowskiego ukazały się w prasie dopiero na przełomie 1988 i 1989 roku. By mogły przebić się do publiczności, musiał upaść komunizm.

Zbiory nowel Krzyżanowskiego składają się na sześć cykli: Bajki dla Wunderkindów (1924), Cudzy temat (ok. 1930), Od czego ludzie umierają (ok. 1933), Małe i mniejsze (1937), Nieugryziony łokieć (1939) oraz Zbiór opowiadań z lat 1920-40. Prócz tego rodzajem XX-wiecznego Dekamerona jest Klub literobójców (1925), którego bohaterowie, wzgardziwszy niedostępnym dla nich wynalazkiem Gutenberga, w zaufanym kręgu opowiadają sobie różne historie. Natura talentu Krzyżanowskiego podsuwała mu myśl o kojarzeniu cykli krótkich opowieści; nawet niektóre z nowel, jak choćby Zakładka (przed 1928), stanowią kombinacje fabuł – w tym przypadku potencjalnych, podsuniętych przez banalne uliczne obserwacje.

Dłuższe opowieści, jak Wędrowny „Dziw” (ok. 1924), Powrót Münchhausena (1928), Wspomnienia o przyszłości (po 1929) i Materiały do biografii Gorgisa Katafalaki (pierwsza połowa lat 30.), zbudowane są na podobnie luźnej zasadzie, zwanej popularnie metodą szaszłykową: na oś akcji, jaką stanowi życiorys czy podróż bohatera, nadziane są kolejne, na wpół samodzielne scenki. Sprzyja to szczególnie optyce satyrycznej: Krzyżanowski, miłośnik Cervantesa, Swifta i Defoe'a, igra kontrastem klasycznych fabuł i współczesnych realiów. Efekt satyryczny bywa iście morderczy. Najłatwiej zademonstrować to na Powrocie Münchhausena, a ściślej, na stanowiącym centralną część dzieła epizodzie, w którym król łgarzy, wyszedłszy z książki, gdzie przemieszkał półtora stulecia, relacjonuje – co było nieuniknione – swój pobyt w tak zwanym Kraju Rad.

Przejechawszy po drodze z Prus karłowate buforowe państewko, Münchhausen obmyśla sposób, jak ominąć sowiecki urząd celny. W sąsiednim kraiku, gdzie nazwiska wszystkich mieszkańców kończą się na „pszcz”, namawia jednego z Pszczów, komendanta granicznej twierdzy, by wypalił z działa na wraże terytorium. Dosiąść kuli udaje mu się jednak dopiero za trzecim razem: prędkością wylotową współczesna artyleria stanowczo przewyższa dawną, do jakiej nawykł. Mieszkańcy pierwszej napotkanej wioski umykają na jego widok, wysyła więc swe tresowane botforty (oddające też nieoszacowane usługi przy zbieraniu ustrzelonego ptactwa), by złowiły jakiegoś wieśniaka. Nastrój tubylców, zrazu nieufny, zmienia się wkrótce w entuzjazm, baron umie bowiem rozstrzygnąć spór, wynikły we wsi z niedostatku koni. Siła pociągowa konieczna jest wszak zarówno do wozów, jak i prac polowych, wobec czego zwaśnieni chłopi ani nie jeżdżą, ani nie orzą. Kilkoma ciosami szpady Münchhausen dzieli na pół wszystkie konie, których robi się teraz aż nadto, i na ofiarowanej połówce wierzchowca rusza ku najbliższej stacji kolejowej. Po drodze chwytają go jednak rozbójnicy. Aliści baron zyskuje niebawem ich łaski, gdyż problem zbójów zasadza się na tym, że nie wszystkie noce są dość ciemne dla efektywnego zbójowania. Münchhausen czyni zbawienne spostrzeżenie, iż lud rosyjski na skutek wytrwałego rozdmuchiwania samowarów wykształcił sobie nadzwyczaj potężne płuca. Nic zatem prostszego niż wspólnym wysiłkiem wielu par płuc zdmuchnąć w potrzebie księżyc. Żegnany salutem zbójeckich samopałów, baron dociera wreszcie do pociągu.

Ów jedzie jednak tak wolno, „jakby każdy podkład był stacją”, a nadto osobliwymi szarpnięciami. Badając sprawę, Münchhausen odkrywa, że maszynista, reedukowany właśnie profesor, pali pod kotłem pakami ksiąg: nim jednak którąś wrzuci, czuje się w obowiązku przynajmniej ją przewertować. Pasażerowie tolerują to zresztą: na sąsiedniej linii kursuje maszynista-wielbiciel Engelsa. Ten pali książki, jak popadnie, ale jeśli znajdzie, nie daj Bóg, jakiego Anty-Dühringa, zagłębia się w nim bez pamięci, „no i wtedy, ma się rozumieć, bez zderzenia się nie obejdzie”. Baron, zaintrygowany, postanawia wyjaśnić w Moskwie, „na jak długo parowozowi dziejów starczy zapasów rosyjskiej literatury”.

W stolicy poznaje Münchhausen osobliwości cywilizacji niedoborów. Mieszkańcy spożyli już z głodu nawet cerkiewne cebule. Strudzona ludność żywi się głównie kontemplacją dawnych szyldów sklepowych z wyobrażeniem szynek, kiełbas i chlebów: stąd też pod witrynami co rano zbiera się tłum smakoszy. Złamawszy na zdziczałych trotuarach laskę, baron nie może nigdzie kupić nowej o dwóch końcach i musi kontentować się taką o jednym końcu. Budynki w mieście potrafią z dnia na dzień zmienić wygląd: solidny na oko gmach przypomina następnego ranka ruinę, otoczoną pryzmami tynku i tłuczonego szkła. Jak się okazuje, miała tam miejsce publiczna dysputa, a lider opozycji, wychodząc, trzasnął drzwiami. Baron napotyka także pewną osobistość, w braku aktualnych dzieł fabrykującą na czworakach z pomocą czterech kończyn cztery teksty na raz: powieść, jej krytykę, refutację i polemikę. Poznaje również miejscowego dziwaka, kolekcjonera szczelin, odwiedza autora „Kompletnego słownika przemilczeń” i uczestniczy w posiedzeniu Stowarzyszenia Badaczy Zeszłorocznego Śniegu.

W końcu Münchhausen składa też wizytę sławnemu matematykowi, zamieszkałemu w (nieistniejącym) arbackim zaułku Tabaczychińskim profesorowi Korobkinowi. Korobkin jest bohaterem nigdy nie wznowionego, a zapomnianego dziś bestsellera połowy lat 20., powieści Moskwa pióra jednego z przyjaciół autora, Andrieja Biełego. Powieść opisuje istotnie, jak roztargniony profesor, wypisawszy w natchnieniu odkrywczą formułę na czarnym pudle karety, pobiegł za nią i został przejechany. Wysłuchawszy owej historii, uzasadnionej tym razem brakiem tablic, baron ofiaruje się odzyskać bezcenny wzór i wkrótce dostrzega kredowe hieroglify na budzie automobilu. Z zatrzymanego pojazdu wysiada jednak persona o dziwnie znajomych oczach, ukrytych głęboko pod daszkiem cyklistówki. Persona zaprasza cudzoziemca do siebie, na Kreml, „do brzucha rozciągającego nad Moskwą szarą sieć kamiennego pająka”, i deklaruje: „A jakże, jesteśmy biedni. Jak na wystawie, mamy wszystko w jednym egzemplarzu. Stąd tak kochamy wystawy. To prawda: nasze laski mają tylko jeden koniec, nasz kraj ma tylko jedną partię, nasz socjalizm ma tylko jeden kraj, lecz proszę nie zapominać o zaletach kija o jednym końcu: przynajmniej wiadomo, którym końcem bić”.

Po czym persona, pocierając łysinę, konkluduje: „Mógłbym wyprawić pana z powrotem przez komin, jak czyniono to w średniowieczu; dość mi tej oto słuchawki i trzech liter zamiast egzorcyzmu, a wiatr rozwieje pańskie pyły”. Ale między Münchhausenem a rzeczywistością sowiecką istnieje pewna wspólnota: jedno i drugie uczynione jest z farby drukarskiej. I w imię owej wspólnoty Lenin puszcza barona wolno. Ciesząc się swobodą, Münchhausen rozwija działalność charytatywną, polegającą na umiejętnym dokarmianiu miejscowej ludności iluzją: w sieci jego jadłodajni jeden kawałek szperki, umieszczony na wędce, łykają kolejno całe tłumy głodomorów. Ciżby, tłoczące się przed garkuchniami barona, dają początek bachanaliom fikcyjnie nasyconych – masowym pochodom. Niestety, nie znając lokalnych obyczajów, baron pada ofiarą fatalnego przeoczenia: nie dopłaciwszy trzech kopiejek do strefowego biletu na tramwaj, skazany zostaje przez trybunał doraźny Sądu Najwyższego na karę główną. W trybie wyjątku, jako osoba fikcyjna, podlega rozstrzelaniu ze straszaków...

Zaiste, wierzyć się nie chce, że tę cyrkową paradę atrakcji, z których wyliczone zostały tylko podlegające łatwemu streszczeniu, nie oparte na przykład na grze słów czy aktualnych aluzjach, Krzyżanowski serio przedkładał wydawcom. Z łatwym do przewidzenia skutkiem. Pisarz nie mógł jeszcze wiedzieć, że absolutna niemożność wydania jakiejkolwiek książki ocali mu życie, stanowiąc czapkę-niewidkę w okresie czystek późnych lat 30.

Dzieje zabiegów wydawniczych Krzyżanowskiego, obejmujące zarówno prozę, jak dramaty (baśń Malowana sakwa, 1931, komedia muzyczna Pop i porucznik, farsa Ten trzeci) i eseistykę (szkice o przemianach moskiewskich szyldów, zmianach nazw ulic, reportaże z Azji Środkowej, notatki z pierwszego roku wojny), zasługują na osobne studium. Dość jednak stwierdzić, że wcale niemałe grono wielbicieli pisarza, na które składali się zarówno filozofowie, jak Jewgienij Łann, jak i beletryści, jak Siergiej Mstisławski, nic nie wskórało. Pośrednictwo było konieczne, gdyż autor nie nadawał się do zaprezentowania w sferach wydawniczych. Jeden z niedoszłych edytorów wypalił mu prosto w oczy: „Toż zechciejcie łaskawie pojąć, że wasze wykształcenie jest dla nas po prostu obraźliwe!”. Do tego dodać należy inne – egzystencjalne – wymiary pecha. Dajmy na to, do swego szefa w oficynie „Encyklopedia”, gdzie wegetował jako murzyn, potrafił Krzyżanowski skierować następujące podanie: „Wobec prób przekształcenia mnie z człowieka w urzędasa, skądinąd chybionych, proszę zrezygnować z moich usług jako redaktora kontrolnego”; trzeba trafu, iż ów szef, niejaki Liebiediew-Polanski, zaraz potem został szefem moskiewskiej cenzury... A gdy wreszcie po latach podchodów i trudów Zbiór opowiadań z lat 1920-40 osiągnął etap korekt, wybuchła wojna i skład rozsypano.

Tak oto na cały ogłoszony za życia dorobek Krzyżanowskiego złożył się szkic o sztuce epigrafu, połowa z kilkunastu szkiców o Szekspirze i tyluż studiów o Bernardzie Shaw. Odszedłszy około 1927 roku z wydawnictwa „Encyklopedia”, Krzyżanowski wylądował w redakcji pisemka „W boj za tiechniku”, następnie zaś „spełniał się” w roli autora scenariuszy reklamowych filmików animowanych i jako twórca napisów do niemych filmów, jakie w ZSRR kręcono jeszcze w latach 30. Wkrótce potem pisarz doczekał się „pocałunku śmierci” od „Prawdy”, gdy w 1934 roku, podczas I Zjazdu Pisarzy Radzieckich, z łamów „Litieraturnoj Gaziety” komentował wydarzenia zjazdowe w cyklu Notatek Prutkowa-wnuka. Anonimowy artykuł pt. Rozpasany szubrawiec sprawił, że wszelka próba współpracy z nim jęła wymagać desperackiej odwagi.

Jak powiadał, nigdy nie dostał miejscówki do pociągu literatury, ani nawet biletu najpośledniejszej trzeciej klasy: ma tylko peronówkę, więc stoi sobie od lat, oparty o rozkład jazdy, nie czekając i nie żegnając nikogo. Toteż około 1940 roku, na dziesięć lat przed śmiercią, Krzyżanowski przestał zapisywać swe pomysły. Nie znaczy to, że przestał tworzyć: napisał eseje Sztuka epigrafu, Poetyka tytułów, wyprodukował libretto do opery Kabalewskiego Colas Breugnon (1940), przekładał wiersze Tuwima, ułożył antologię współczesnej noweli polskiej i opatrzył ją erudycyjną przedmową (1949). W dziedzinie prozy zadowalał się jednak tym, że zapraszał gości, stawiał przed sobą na stole flachę siwuchy, po czym, gęsto z niej pociągając, godzinami opowiadał rozsadzające mu mózg historie.

Kilka miesięcy przed śmiercią spotkał go los Ibsena: pracując nad czymś – wspomina żona – z chwili na chwilę utracił zdolność posługiwania się pismem i słowem.

Zmarł 28 grudnia 1950. Miejsce jego spoczynku jest nieznane.

Jeden z ostatnich zapisów w notatniku brzmi: „Gdy umrę, nie wzbrońcie rosnąć nade mną pokrzywie: niech i ona kłuje”.

De Musica Vol. 3 2003 (czasopismo internetowe),
przedruk w: "Twórczość" nr 1 (710), styczeń 2005

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

POLACY W ROSJI
(na przykładzie losów Zygmunta Krzyżanowskiego i jego rodziny)

Zygmunt Krzyżanowski — to niezwykła postać — pisarz, teoretyk i historyk literatury, współtwórca realizacji teatralnych Tairowa, współscenarzysta filmowy, teoretyk dramatu, szekspirolog, tłumacz polskiej literatury pięknej na język rosyjski i jej badacz. Za życia w kraju, w którym osiadł jako twórca — w Rosji, która wkrótce stała się Związkiem Radzieckim — niemal nie wydawany drukiem. „Odkryty” w końcu lat 80. przez Wadima Perelmutera, poetę, eseistę, historyka literatury, dzięki jego staraniom dotarł ze swoją spuścizną do współczesnych czytelników i okazało się, że ten pisarz, który zmarł ponad pół wieku temu i o którym do niedawna niewiele było wiadomo, jest odbierany z wielkim zainteresowaniem, a nawet entuzjazmem. W Rosji, która za życia nie chciała go publikować, wychodzi pięciotomowe wydanie dzieł wszystkich Krzyżanowskiego opatrzone obszernym wstępem i naukowymi komentarzami Wadima Perelmutera. Wyszły już tomy jego prozy w przekładzie na język francuski, gdzie najwcześniej zaczęły powstawać jego fan–cluby. Wychodzą kolejne tomy w przekładzie na niemiecki. Na Łotwie w Daupavpils (Dyneburg) zorganizowano już trzy konferencje naukowe poświęcone twórczości Krzyżanowskiego i wydano dwa tomy rozpraw naukowych. Teraz – Polska.

Dzieje Krzyżanowskiego, Polaka w Rosji w XX wieku, jego miejsce w życiu kulturalnym, zwłaszcza literackim i teatralnym Moskwy w latach 20. i 30., są charakterystyczne dla czasów i miejsca, gdzie zrządzeniem losu, ale i z własnego wyboru się znalazł. Opowiem o tym krótko, zwłaszcza, że mogę odwołać się tu do innego ważnego dzieła literackiego, które opisuje te i podobne fakty nader wiarygodnie.

Historyczne losy Polaków w Rosji w ubiegłym wieku i w szczególności polskiej elity kulturalnej, jaka się tam wtedy ukształtowała, stale współdziałającej, ale na partnerskich zasadach, z otaczającym ją środowiskiem rosyjskim, a potem radzieckim, z wielu różnych powodów do dzisiaj nie stały się przedmiotem poważnych, obiektywnych badań naukowych. Dzisiaj istnieją już warunki, aby podjąć takie badania nad tym tematem, ponieważ w wyniku transformacji ustrojowej w Rosji zostały udostępnione badaczom do niedawna zamknięte, bądź dostępne dla wybranych państwowe archiwa historyczne, w tym w Moskwie, gdzie przez wiele dziesięcioleci żyła i tworzyła najliczniejsza i najbardziej wpływowa w dziedzinie kultury Polonia — polska diaspora na terytorium Rosji. Dziejom tych Polaków w Moskwie w XX wieku poświęciła wielotomową książkę Bałans stolietia Nina Mole–Bielutina, historyk i teoretyk sztuki, znana autorka wielu cennych pozycji książkowych z dziedziny rosyjskiej historii sztuki, zwłaszcza XIX wieku, a także beletryzowanych biografii historycznych postaci. Jej książka jest dziełem niezwykłym, ma wielką wartość już z uwagi na wysoki poziom literacki, a zawarty w niej dotąd nieznany materiał faktograficzny czyni ją dziełem bezcennym, w szczególności dla Polaków, bowiem jest próbą spojrzenia na minione stulecie przez Polkę z pochodzenia, choć urodzoną i przez całe życie mieszkającą w innym kraju — z pozycji zupełnie nieznanych polskiemu czytelnikowi, niepodejrzewającemu nawet, jakie bogactwo intelektualne i emocjonalne to spojrzenie w sobie kryje. (...) W moim artykule — za zgodą samej Niny Mole–Bielutinej i jej tłumaczki — szeroko korzystam z materiałów zawartych w jej memuarach. [Książka pod polskim tytułem Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak będzie pochwalony!, w tłumaczeniu Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, ukazała się nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w 2006 r., a więc już po opublikowaniu niniejszego artykułu - przyp. red.]

Pod względem gatunku literackiego książka Niny Molewej–Bielutinej jest kroniką rodzinną, wszystkie wydarzenia i wszystkie postacie biorące udział w akcji związane są z losami dwóch rodzin, też ze sobą powiązanych, ich członków, przyjaciół, znajomych. Miejscem akcji, toczącej się od początku do końca XX wieku, jest głównie Moskwa, przy czym klimat stolicy i okolic podmoskiewskich w różnych okresach tego stulecia oddany jest w niej nader ciekawie, jednocześnie wiarygodnie i przekonująco. Wydarzenia dokumentowane są listami, wycinkami z gazet wychodzących w różnych latach, a nawet tzw. ukazami i innymi urzędowymi drukami, co nadaje prezentowanej rzeczywistości walor autentyczności.

Rzecz cała toczy się w środowisku polskiej inteligencji emigracyjnej w Rosji, w szczególności w Moskwie. Ci Polacy różnie do Rosji trafili, byli wśród nich potomkowie zesłańców po polskich powstaniach, ale także ludzie, którzy na przełomie XIX i XX wieku świadomie wybrali Rosję (Imperium Rosyjskie), jako miejsce odpowiedniejsze do robienia zawodowej kariery niż Polska podzielona wtedy między trzech zaborców. No i wreszcie — ogromna fala Polaków ewakuowanych decyzją władz państwowych do Rosji po wybuchu I wojny światowej. Tak właśnie znalazła się w Rosji rodzina samej autorki książki Bałans stolietia, jej męża, głównego bohatera części tekstu, oraz większość innych autentycznych postaci. Wiadomo, że moskiewska Polonia stała się bardzo liczna po ewakuacji Polaków do Rosji związanej z I wojną światową, z których potem, po zakończeniu wojny bardzo wielu nigdy nie mogło powrócić do Kraju. Przyczyny były różne, także najzupełniej życiowe, bo jeśli na przykład w Moskwie została z ewakuowanej rodziny wdowa z dziećmi, to było rzeczą naturalną, że bała się ryzykować wyjazdu do Polski i w sposób oczywisty wybierała pozostanie w Moskwie, bo wydawało jej się, że tu przynajmniej będzie mogła liczyć na rentę wdowią po mężu. Ponadto wielu Polaków nie miało do kogo i do czego wracać. Nie wszyscy mogli w Polsce liczyć na jakikolwiek dach nad głową, co do pracy, brakowało jej w Kraju dla wielu, którzy już tam mieszkali, a oni ponadto wracaliby z komunistycznej Rosji...

Moskiewska Polonia, ta najstarsza, do której należy rodzina i środowisko autorki książki i która wyłania się z kart tego dzieła, to środowisko szczególne, bardzo hermetyczne, a przez długie stalinowskie lata w ogromnej większości wręcz utajnione, choć jednocześnie starannie pielęgnujące polskie tradycje, obyczaj, mające do Kraju pochodzenia głęboko emocjonalny stosunek. Środowisko tych, których rodzice z wielu powodów nie zdążyli lub nie mogli wyjechać do Polski w pierwszej połowie lat 20., a potem było już za późno. To właśnie sprawiło, że ich spojrzenie na miniony wiek XX, na losy własne, losy Europy, losy kraju, w którym przyszło im żyć i Kraju, do którego tęsknili, jest praktycznie współczesnej historiografii nieznane. Nieznane jest też zupełnie w Polsce, nawet osobom, które interesują się tą problematyką, ponieważ do niedawna sam ten temat był zakazany i trudno było dotrzeć do jakichkolwiek źródeł. Bałans stolietia Niny Mole–Bielutinej — nigdysiejszej małej Antośki, jak ją nazywali w dzieciństwie polska babka i polscy wujowie — uchyla jakby rąbka tej tajemnicy. To jej niezwykły walor.

Jednym z wyżej wymienionych polskich wujów był właśnie Zygmunt Krzyżanowski. Sam był Polakiem, który — podobnie jak autorka książki Bałans stolietia, Nina Mole–Bielutina, jego cioteczna wnuczka — urodził się poza Krajem i całe życie spędził poza jego granicami, choć sam siebie uważał i przedstawiał jako Polaka przebywającego na emigracji w Rosji. Urodził się 11 lutego 1887 roku w okolicach Kijowa, gdzie jego ojciec, Dominik, przez ponad trzydzieści lat zajmował się księgowością w cukrowniach należących do dóbr Riabuszyńskich. Był jedynym synem Fabiany i Dominika Krzyżanowskich, polskiej rodziny, której przodkowie pochodzili z okolic Warszawy. Charakterystyczne, że w obszernej przedmowie do pierwszego rosyjskiego wydania opowiadań pisarza nie wspomina się o tym fakcie, jak też o tym, że Krzyżanowski w latach 30. i 40. zarabiał na skromne utrzymanie przekładami na język rosyjski polskiej klasyki. Wszechstronnie wykształcony, wyjątkowy erudyta, partner rozmów słynnych fizyków–atomistów, do czasów wybuchu I wojny światowej wojażer i słuchacz wykładów na europejskich uniwersytetach, po wojnie domowej znalazł się w Moskwie i — jak wielu jemu podobnych przedstawicieli polskiej inteligencji — drogę do Polski miał odciętą. Podobnie, jak część jego rodziny, ewakuowana po wybuchu I wojny światowej z Warszawy do Moskwy. Niepokorny, wysoce ceniony przez środowiska intelektualne ówczesnej Moskwy, tylko grupce wiernych przyjaciół zawdzięczał uniknięcie stalinowskich „czystek”. Wszystkie te fakty są opisane w książce Bałans stolietia.

Poza jednym, krótkim epizodem, Zygmunt Krzyżanowski nigdy i nigdzie nie otrzymał stałej pracy, wiele pisał, ale tylko parę jego opowiadań opublikowano za jego życia (zmarł 28 grudnia 1950 r.). Wszelkie podejmowane przez przyjaciół próby wydania prozy Krzyżanowskiego kończyły się fiaskiem: za czasów stalinowskich publikowanie tego pisarza wręcz groziło niebezpieczeństwem. Dopiero w 40 lat po jego śmierci przechowywane przez rodzinę utwory zaczęły być publikowane, wzbudzając sensację w środowisku literackim. Zygmunt Krzyżanowski jest dzisiaj porównywany przez Rosjan do Witkacego i Gombrowicza, ale ani on, ani jego spuścizna pisarska, krytyczna i filozoficzna w ogóle nie są w Polsce znane. Jest on jednym z ważniejszych bohaterów książki Bałans stolietia, zwłaszcza jej pierwszej części, a sama ta książka stanowi być może jedyne źródło zaświadczające o jego polskości.

A więc Zygmunt Krzyżanowski był wujecznym dziadkiem Niny Mole–Bielutinej: jej babka była jego rodzoną siostrą. Ale dla niej był nie tylko krewnym, był jedną z najważniejszych postaci w jej życiu, jej bożyszczem, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, to on zaszczepił jej twórczą pasję, jej osobowość jako przyszłej uczonej i pisarki ukształtowała się w dużym stopniu pod jej wpływem, zwłaszcza, że był stałym gościem w mieszkaniu zajmowanym przez jej rodzinę w Moskwie, dokąd została ewakuowana z Warszawy w 1915 r., kiedy do stolicy Królestwa Polskiego dotarł front, a miasto na kilka lat miało się znaleźć pod okupacją niemiecką, ale zrządzeniem losu ta rodzina, podobnie jak wiele jej podobnych, nigdy już nie mogła powrócić do Polski. Jej trzy pokolenia mieszkały w Moskwie, wśród jej członków byli pisarze, aktorzy, reżyserzy, dramaturdzy, śpiewacy, przy czym byli to artyści najwyższych lotów, wnieśli poważny, liczący się wkład do rozwoju rosyjskiej kultury w XX wieku.

Opisywane przez Ninę Mole–Bielutinę losy Zygmunta Krzyżanowskiego są w takim samym stopniu niezwykłe, jak i typowe dla czasów i miejsca, gdzie mu przyszło żyć. Urodził się pod Kijowem, bo jego polska rodzina, po odbyciu w XIX wieku syberyjskiej zsyłki, decyzją władz Rosyjskiego Imperium nie mogła osiedlić się w granicach Królestwa Polskiego. Był to jeden ze środków polityki rusyfikacyjnej carskich władz. Dla rodziny Krzyżanowskiego syberyjskie zesłanie skończyło się na Ukrainie. Innych możliwości utrzymania nie było i „pani Fabiana, matka Zygmunta, nie mogła zrealizować swojego marzenia o klasie fortepianu w paryskim konserwatorium. Całe życie zadowalała się więc długimi godzinami gry na fortepianie, «niekończącym się spotkaniem z Chopinem», jak mawiała. Na Piatnickiej zachowały się jej fotografie: przy fortepianie ze starszą córką Stanisławą, z córkami i synem na tle baśniowego różanego ogrodu, sama z bukietem polnych kwiatów przy rzeźbionym stoliczku, po rękę z panem Dominikiem w ślubnej sukni z trenem... O każdej z tych fotografii wuj mógł opowiadać godzinami przypominając sobie coraz to nowe szczegóły przyzwyczajeń, stylu ubierania się, mówienia, chodzenia i uśmiechania się cichej, skromnej pani Fabiany, która najbardziej ze wszystkiego nie lubiła opuszczania swojego małego salonu oraz spotkań z nieznajomymi ludźmi.

O talentach pedagogicznych rodziców świadczyło to, że pozwolili oni uwielbianemu najmłodszemu synowi przebywać w gimnazjum niemal do dwudziestego roku życia i nie śpieszyć się z kończeniem prawa na uniwersytecie kijowskim, ale za to opanować doskonale siedem języków staro i nowożytnych, poznać literaturę, teorię sztuki, filozofię. Nie był amatorem w żadnej z dziedzin, która go zainteresowała, czy była to matematyka, astronomia czy też historia. To była skarbnica, z której czerpał w swojej twórczości artystycznej, doskonałej nie tylko językowo, ale i intelektualnie”.

W okresie kijowskim, zwłaszcza przez pierwsze lata Zygmunt Krzyżanowski pisał poezje, był nawet drukowany, sam jednak nie cenił wysoko swoich wierszy, mówił, że dostatecznie dobrze zna się na poezji, aby nie próbować jej tworzyć. W 1918 r. zadebiutował jako prozaik — filozoficznym traktatem–opowiadaniem Jacobi i Jacoby.

W marcu 1922 roku Krzyżanowski wyjechał z Kijowa do Moskwy wraz ze Studiem Żydowskim, które opłaciło mu przejazd. Pragnę podkreślić fakt, iż ten pisarz samodzielnie i świadomie wybrał Moskwę jako pożądane dla siebie środowisko twórczego rozwoju. Miał już 35 lat, za sobą długie lata studiów i literacki debiut. Przyjechał do miasta, którego kultura artystyczna w tamtym okresie promieniowała na całą Europę. Tworzyła tam niezwykła plejada wspaniałych artystów: poeci Anna Achmatowa, Władimir Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Isaak Babel, Leonid Leonow, twórcy teatralni Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Konstantin Stanisławski, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels. Aleksander Tairow, urzeczony wykładami Krzyżanowskiego z psychologii twórczości artystycznej, zaproponował mu prowadzenie kursu dla Studia przy Teatrze Kameralnym. Zamówił też u niego sztukę na motywach powieści Chestertona pt. „Człowiek, który był Czwartkiem”, którą wystawił w swoim Teatrze Kameralnym. Cieszyła się ona wielkim powodzeniem, bilety były wyprzedane aż do dnia, w którym zerwała się winda wchodząca w skład dekoracji. Zwołana komisja zażądała zmian w scenografii, reżyser odmówił. Sztukę wycofano z repertuaru. To wydarzenie zapoczątkowało długą serię niepowodzeń w życiu Krzyżanowskiego, zupełnie jakby zawisło nad nim fatum. Tom jego znakomitych opowiadań z pierwszej połowy lat 20., gotowy już do druku nie ukazał się, bo wydawnictwo, które zamierzało wydać go nagle zbankrutowało. Przyczyna wydawała się normalna dla tamtego, „rynkowego” czasu, ale wkrótce zaczęła również działać cenzura. Okno do zawodowego życia i uznania zatrzasnęło się dwa lata później. Na zawsze. „Filozoficzna wymowa” prozy Krzyżanowskiego, trafnie wychwycona przez cenzurę, była antyrekomendacją do jej wydania, w nowej epoce dyktatury proletariatu, w której wkrótce zaczęła pisarzy obowiązywać doktryna i poetyka realizmu socjalistycznego, swoista kolektywizacja literatury. Zygmunt Krzyżanowski uważał ją za zjawisko niweczące literaturę jako dziedzinę sztuki.

— Literatura jest walką właściciela myśli z jej strażnikami — brzmiał jeden z jego celnych aforyzmów.

Tego było aż nadto, by przez całe lata 30. nie mógł liczyć na druk swojej artystycznej prozy.

Nie powiodła się także podjęta przez Krzyżanowskiego ostatnia próba wydania drukiem tomu swojej prozy, który uzyskał aprobatę cenzury i w końcu maja 1941 r. był przygotowany do druku, bo tamten czas też był okresem znacznego złagodzenia represyjnego systemu, także w odniesieniu do twórców. Ale w czerwcu wybuchła wojna.

Przez ostatnie lata swojego życia Krzyżanowski tłumaczył na język rosyjski polską literaturę klasyczną i współczesną. Po jego śmierci na biurku pozostały przekłady Juliana Tuwima i artykuły o polskiej nowelistyce.

Wracając do początku okresu moskiewskiego. Gdy Krzyżanowski przyjechał do Moskwy, stał się pożądanym gościem w domach wielu najsławniejszych rosyjskich uczonych tamtego okresu, którzy mieli o czym z nim rozmawiać. Byli to akademicy — Wiernadski, Zielinski, Fiersman, Oldenburg. O jego moskiewskie warunki życia zatroszczyła para znanych moskiewskich bakteriologów, Ludmiła i Aleksiej Siewiercowie - to oni znajdą mu, jedyne aż do ostatnich dni życia mieszkanie: pokoik o sześciu metrach kwadratowych, w dawnym mieszkaniu grafa Bobinskiego na Arbacie.

Ta „mieszkalna wnęka” na zawsze zostanie w pamięci bliskich, a samego Zygmunta Krzyżanowskiego natchnie do napisania jednego ze najlepszych opowiadań w jego dorobku — Kubaturat, w którym dość wiernie odtworzy warunki, w jakich żył w Moskwie przez prawie 30 lat. „Drewniana kojka z włosianym materacem. Biurko z niemalowanego drewna z dwiema szufladkami - pamiątka z jakiejś zapomnianej już dawno kancelarii. Krzesło z twardym siedzeniem. Na ścianach - półki z książkami. Wuj Zygmunt nie mógł sobie pozwolić na to, by mieć wszystko, co go interesowało. Tylko na to, co mu było niezbędne, konieczne. Więc jeszcze - na parapecie czajnik i dwie filiżanki, jedna ze spodeczkiem, druga bez. Atrament. Stos papierów nie mieszczący się na biurku. Szafa nie była potrzebna - wszystko, co posiadał miał na sobie. Pomoc materialna? Wuj Zygmunt nie przyjmował jej od nikogo z rodziny. A ponieważ sam nie mógł zarobić ani rubla - jego opowiadania i powieści nie były drukowane - nie mógł również zamieszkać z żoną. Wszelkie jej prośby i błagania były bezskuteczne”.

W swoich zeszytach z notatkami Zygmunt Krzyżanowski zapisał: „Pośmiertna sława - turkocący wóz życia jedzie dalej pusto”.

Do niego sława przyszła w czterdzieści lat po śmierci, gdy ze wszystkich jego bliskich pozostała już tylko Antośka — Nina Mole–Bielutina, ta sama dziewuszka, którą zabierał na wędrówki po ulicach Moskwy. Milczący, pogrążony w myślach, ale mocno trzymający w dużej, ciepłej dłoni dziecinną rączkę. To wystarczało, by poczuć „zmysły Moskwy” - jak mawiał wuj.

Dwumiesięcznik "W kręgu literatury", Łódź, nr 9 z 2004 r.

Powrót do spisu treści

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

OD TŁUMACZA

Na trop tego pisarza trafiłam zupełnie przypadkowo, bo też i przypadkowo poznałam jego krewną, historyka sztuki i literatury, moskwiankę polskiego pochodzenia, Antoninę Mole-Bielutinową. Tłumacząc jej autobiograficzną powieść Miraże historii, opisującą dramatyczne koleje losów moskiewskiej Polonii, zetknęłam się między innymi z postacią Zygmunta Krzyżanowskiego, jednego spośród wielu twórców emigracyjnych, którym nie tylko nie udało się powrócić do Polski, ale przyszło umrzeć w niedostatku i oficjalnym niebycie. W końcu, choć dopiero w kilkadziesiąt lat po śmierci, doczekał się uznania. W Rosji, Łotwie i Ukrainie. Niestety, jeszcze nie w Polsce.

Zygmunt Krzyżanowski urodził się 11 lutego 1887 roku w polskiej, katolickiej rodzinie zamieszkałej w okolicach Kijowa, gdzie jego ojciec, Dominik Krzyżanowski, syn Aleksandra, ponad trzydzieści lat prowadził księgowość w cukrowniach będących własnością niejakich Riabuszyńskich (inne źródła podają: Morozowych). Marzenie matki Zygmunta o studiach w paryskim konserwatorium ograniczyło się do godzin spędzanych przy fortepianie, na „niekończącym się spotkaniu z Chopinem”. To właśnie po matce, Fabianie Krzyżanowskiej, syn odziedziczył wyjątkową muzykalność i to jej zawdzięczał znajomość techniki fortepianowej co ważne, bo profesjonalizm w tej dziedzinie często daje o sobie znać w jego prozie.

Droga artystyczna nie była w tej rodzinie niczym nowym: jego najstarsza siostra, Stanisława, odnosiła sukcesy jako aktorka, a kuzyn, Włodzimierz Tiezawrowski, również wybrał tę karierę wiążąc się na lata z teatrem Wsiewołoda Meyerholda.

Rodzinie Krzyżanowskich powodziło się na tyle dobrze, że mogła sobie pozwolić na wszechstronne wykształcenie syna – Zygmunt przebywał w gimnazjum do 20. roku życia i nie śpieszył się z ukończeniem wydziału prawa, które studiował na uniwersytecie w Kijowie przez sześć lat, równolegle z filologią klasyczną i językami nowożytnymi. Interesowała go również matematyka i astronomia, literatura, teoria sztuki i filozofia. Opanował biegle siedem języków, w tym łacinę i grekę. W latach 1912–1914 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach. Wraz z wybuchem I wojny światowej powrócił do rodziny, co wiązało się z zaistnieniem w środowisku naukowym i artystycznym Kijowa.

W marcu 1922 roku Krzyżanowski znalazł się w Moskwie, gdzie przyjechał z powracającym Studiem Żydowskim. Aleksander Tairow , urzeczony jego wykładami z psychologii twórczości artystycznej, zaproponował mu „każdy jaki tylko zechce kurs” dla Studia działającego przy moskiewskim Teatrze Kameralnym. Nawiązała się stała współpraca i artystyczna przyjaźń z Tairowem, która zaowocowała m.in. wystawieniem, dokonanej przez Krzyżanowskiego, adaptacji powieści Chestertona Człowiek, który był Czwartkiem. Współpracę tę zakończył dopiero w 1936 roku zamiar wystawienia Eugeniusza Oniegina w nowym scenicznym opracowaniu Krzyżanowskiego – niestety, mimo znakomitego przyjęcia przez zespół, zaawansowanych prób, znakomitej scenografii A. Osmierkina i muzyki Sergiusza Prokofiewa, decyzją władz przedstawienie zostało zdjęte przed premierą, a teatr – jak wiele innych scen moskiewskich w tych latach – czasowo zamknięty.

Charakterystyczne, że Zygmunt Krzyżanowski w Moskwie nigdy nie starał się o stałe zatrudnienie. Epizod taki miał miejsce tylko raz, gdy zaproszono go do współredagowania Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej. Niestety, zmieniło się kierownictwo zespołu, które opuścił Siergiej Msłowski-Mścisławski i, po krótkim okresie współpracy, Krzyżanowski złożył na biurku nowej dyrekcji pismo następującej treści: „Uważając próbę przekształcenia mnie z człowieka w urzędnika za wielce nieudaną, proszę o zwolnienie z funkcji redaktora...”. I tak się stało.

Przez wszystkie te lata Krzyżanowski pisze – opowiadania, powieści, scenariusze filmowe, pisma filozoficzne i krytyczne. Publikuje z rzadka, nie zawsze pod własnym nazwiskiem, ale jest znany i ceniony w środowisku literackim, które orientuje się w jego pisarstwie głównie dzięki tzw. „cztieniom”, czyli popularnym w tamtym czasie spotkaniom w prywatnych domach, na których twórcy prezentowali swoje utwory. Proza Krzyżanowskiego, jego filozoficzne, satyryczno-liryczne fantasmagorie, opowiadania – metafory i metafizyczne powieści w żadnej mierze nie przystawały do oficjalnego, akceptowanego przez władze, socrealistycznego nurtu w sztuce. To, co Europa zaczynała cenić na przykład u debiutującego niemal równolegle z Krzyżanowskim Franza Kafki, w stalinowskim państwie – a i w poststalinowskim ZSRR również – nie mogło ujrzeć światła dziennego w oficjalnym obiegu. Niemniej to właśnie wstawiennictwo takich pisarzy, jak N. Asiejew, S. Mstisławski, W. Wiszniewski, P. Pawlenko, A. Nowikow-Priboj i inni spowodowało, że w krytycznym momencie, gdy w 1939 roku z Moskwy wysiedlano poza tzw. 101 kilometr „elementy podejrzane”, w tym – obywateli pochodzenia polskiego, Zygmunta Krzyżanowskiego przyjęto do moskiewskiego związku pisarzy, co dawało mu glejt nietykalności i szansę przeżycia: kartki żywnościowe.

Pisał dużo, utrzymywał się głównie z tłumaczeń i nielicznych własnych publikacji, mieszkał samotnie w pokoiku na Arbacie, twierdząc, że nie stać go na utrzymanie siebie, a co dopiero żony. Dopiero w ostatnich miesiącach życia, gdy zdrowie odmówiło posłuszeństwa, zgodził się oddać pod troskliwą opiekę Anny Bowszek, z którą długoletni związek usankcjonował formalnie.

„Przez całe życie prześladowały wuja Zygmunta dwie myśli: żeby nie być ciężarem dla innych i pisać tylko to, co się chce pisać. Niezależnie od możliwości publikowania i od sławy. Obecnie pierwszą z tych zasad musiał w sobie stłumić – został przewieziony do mieszkania żony, Anny Bowszek. Z drugą zasadą też nie działo się lepiej: w nowych warunkach pisać mu się nie chciało. Jak mawiał, jego »myśli się zabawiały«. Nie – rozbiegały się, ale – »zabawiały się«: nie układały się w obrazy ani w uporządkowane ciągi. Wielokrotnie z rozdrażnieniem zauważał, że w pokoju jest zbyt czysto i ładnie, a jego myśli »wznoszą się do nieładu i są tu nie na miejscu«.

Dyskutować i spierać się z nim nie było sensu. Odwracanie uwagi pismami i gazetami tym bardziej mijało się z celem, że po lawinie opublikowanych uchwał wuj Zygmunt nie brał gazet do rąk. Chyba, że stare. Na dobry pomysł wpadł wuj Włodek: przekłady! W pokoju na Arbacie praca nad nimi w ostatnich miesiącach nie była już możliwa, ale w nowych warunkach mogła się powieść. Koło sofy pojawiły się książki Żeromskiego, Mickiewicza, zbiór opowiadań polskich klasyków, ukończona już monografia Fredry. Na wszystko zostały podpisane umowy – niedościgłe marzenie w przypadku utworów własnych. Ale w notatkach wuja Zygmunta pojawiły się nowe myśli:

1. O życiu myśleć za późno, pora wymyślić swój koniec.
2. Życie dośpiewane i dopite.
3. Najbliższa stacja przeznaczenia: śmierć.
4. Swoje życie należy zdać tak, jak wartownik zdaje wartę.

Jeszcze nie wiedział, że jego pociąg już wjeżdża na stację przeznaczenia. Mniej więcej po pół roku pracy z Anną, 1 maja 1950 roku, w zadziwiająco ciepły, wypełniony słońcem i lekkim wiatrem dzień zanikły litery. Pozostał nadal tym samym Krzyżanowskim, ale została sparaliżowana cząstka mózgu pamiętająca alfabet: wuj Zygmunt nie mógł pisać, nie był też w stanie czytać. Na korektę czekał piąty tom dzieł Adama Mickiewicza, której tłumacz nie mógł już wykonać. Nie przyznawał się do swojego stanu, na pytanie żony:

– Czy chce się wam żyć? – całe życie zwracali się do siebie przez „wy”, odparł spokojnie:
– Nie wiem. Bardziej nie, niż tak. Gdyby można użyć porównania, powiedziałbym, że dusza mi się naderwała.

Wuj Zygmunt odszedł w wigilię 1950 roku...”

Krzyżanowski przez cały okres moskiewski, obok własnej twórczości, zajmował się pracą translatorską, tłumacząc głównie polskich klasyków, a tuż przed śmiercią m.in. poezję Juliana Tuwima. W 1942 roku odbył jeszcze długą podróż po Syberii z wykładami o Szekspirze, jednak lata wojny i tuż po niej cechowało to, że przestał pisać prozę.

Na szczęście niepublikowany za życia dorobek twórczy Krzyżanowskiego został skrupulatnie zarchiwizowany przez żonę, Annę Bowszek, której w 1957 roku udało się nawet doprowadzić do tego, by powstał zespół, który opracował dwutomowe wydanie wyboru powieści, opowiadań i artykułów – niestety, bez najważniejszych jak Wospominania o buduszcziem czy Żiełtyj ugol’. Edycja nie doszła do skutku i pierwsze książkowe wydanie wyboru utworów Krzyżanowskiego ukazało się w Moskwie dopiero w 1989 roku, nakładem Wydawnictwa „Moskowskij Raboczij”. Potem pojawiły się kolejne wybory, a obecnie – 5-tomowe wydanie dzieł zebranych.

Archiwa Zygmunta Krzyżanowskiego zawierają utwory ułożone, zgodnie z jego wolą, w sześć cykli, m.in.:

Skazki dla wunderkindow – 29 opowiadań;
Cziem liudi miertwy – 9 opowiadań;
Czużaja tiema – 6 opowiadań;
Nieukuszennyj łokot' – 20 opowiadań;
Mał mała mienszie – 29 opowiadań;
Sbornik rasskazow 1920–1940 – 13 opowiadań;

Książka Antoniny Mole, Miraże historii, będąc sagą dwóch polskich rodzin, które w latach I wojny światowej los rzucił do Moskwy, w sposób panoramiczny ukazuje tamtejsze środowisko polskiej emigracji, w którym m.in. obracał się Zygmunt Krzyżanowski oraz postać samego pisarza, aż do chwili jego śmierci. Ta ponad 500-stronicowa praca jest już przetłumaczona na język polski i czeka na wydanie. Niniejszy wybór, na który złożyło się dwanaście opowiadań z lat 1922–39, jest pierwszym wydaniem polskim utworów Krzyżanowskiego. Za jego życia hermetycznie zamknięte granice Związku Radzieckiego nie pozwalały nawet na nadzieję zaistnienia na polskim czy europejskim rynku wydawniczym. A szkoda. Specyficzny styl, język nieobawiający się nowych słów, odwaga metafory i – co szczególne – prorocze przewidywanie kolei własnego losu, sprawiają, że proza ta odzwierciedla m.in. beznadzieję samotności i odtrącenia towarzyszące tragicznym losom rosyjskiej inteligencji – wśród niej polskim emigrantom – w latach stalinowskiego terroru. A także – ogromną wolę nie tylko przetrwania, ale także zachowania indywidualnej niezależności. Nawet za cenę życia.

‘Trzynasta kategoria rozsądku’, Wydawnictwo STON 2, 2004 Warszawa

Powrót do spisu treści

Paweł Zawadzki, Kazik Malinowski

BARON MÜNCHHAUSEN PRZEZ PRAWDĘ POKONANY

W roku 1719 ukazał się drukiem Robinson Crusoe Daniela Defoe, siedem lat później Jonathan Swift wydał Podróże Guliwera. Między tymi dwiema książkami, w roku 1720, urodził się Karl Friedrich Hieronymus baron von Münchhausen, zapalony podróżnik, myśliwy, dyplomata, blagier i mitoman. Od samego początku było jasne, iż przygody barona muszą być ciekawsze od przygód Robinsona Crusoe i podróży Guliwera. Dwie najsławniejsze książki angielskiego Oświecenia, powieści przygodowe czerpiące z bogatej tradycji opisów podróży – rzeczywistych i wyimaginowanych, szybko stały się popularną literaturą dla wszystkich. Baron Münchhausen, który w służbie rosyjskiej brał udział w wojnie z Turcją, po powrocie do rodzinnej miejscowości Bodenwerder w Niemczech zasłynął jako niezrównany gawędziarz, snujący niezwykłe opowieści o swych wyczynach i podróżach. Ich zbiór, znany jako Przygody barona Münchhausena, z ilustracjami Gustave'a Doro, został wydany przez WAiF w 1991 roku. Do Polski dotarł też znakomity film oparty na opowieściach barona, z genialną pierwszą sceną, w której prawdziwy baron demaskuje udającego go samozwańca. Dwieście lat później w Moskwie powstaje Powrót Münchhausena. Autorem, którego baron zmusił do napisania dalszego ciągu swych przygód, jest polski pisarz, dramaturg, szekspirolog, tłumacz literatury polskiej na rosyjski, teoretyk i historyk literatury, Zygmunt Krzyżanowski. Młodszy o cztery lata od Franza Kafki, bardziej pogodny i z niezwykłym poczuciem humoru, przez Rosjan jest porównywany z Witkacym i Gombrowiczem, zaś Jan Gondowicz porównuje go z Paulo Coelho i Borgesem. Urodzony w zamożnej polskiej, katolickiej rodzinie, nieopodal Kijowa, odebrał bardzo staranną edukację. Oprócz łaciny i greki znal pięć języków, studiował matematykę, astronomię, fizykę, historię sztuki, filozofię. Od 1922 roku mieszkał w Moskwie, zarabiając na skromne utrzymanie przekładami literatury polskiej na rosyjski. Za życia opublikował tylko parę opowiadań, próby wydania jego prozy, podejmowane przez przyjaciół, rozbijały się o cenzurę i opór materii. Moskiewska bohema, wśród której obracał się Krzyżanowski, to m.in. Achmatowa, Majakowski, Jesienin, Babel; z ludzi teatru: Meyerhold, Wachtangow, Stanisławski i Aleksander Tairow. Bywał też mile widzianym gościem najsławniejszych uczonych tamtych lat (m.in. fizyków); opiece małżeństwa bakteriologów zawdzięczał 6-metrowy pokoik (jedno z opowiadań, Kubaturat, opowiada o cudownej maści, która narratorowi pozwala powiększyć kubaturę takiego pokoiku w komunałce – przyp. red] na Arbacie, w którym w niewiarygodnej nędzy przeżył ostatnie lata życia. Zmarł w 1950 roku i nawet jego żona nie doczekała druku jego dorobku, zapisanego w spadku „całej ludzkości” – Wschód potrafi uczyć człowieka pokory… Dopiero w 2001 roku rosyjskie Ministerstwo Kultury zaczęło wydawać dzieła zebrane Zygmunta Krzyżanowskiego (5 tomów). Wcześniej, na początku lat 90., dwa obszerne wybory jego prozy ukazały się w Niemczech i we Francji, gdzie też powstały jego fan-cluby Małe kieleckie wydawnictwo Ireny i Stanisława Nyczajów (nyczaj@pro.net.pl) wydało zbiór opowiadań Krzyżanowskiego Trzynasta kategoria rozsądku – pierwszą książkę w rodzimym kraju pisarza, który przez całe życie uważał się za Polaka. Nieco wcześniej ukazał się tylko fragment jego powieści („Literatura na Świecie” 1993 nr 10) oraz nowela („Przekrój” 2002 nr 33). Powstał też polski przekład Powrotu Münchhausena i są szanse, że książka wkrótce znajdzie się w księgarniach. Istnienie barona, który „ani razu nie chował się przed prawdą, lecz całe życie pojedynkował się z nią, parując fakty fantazją” – Zygmunt Krzyżanowski wywodzi z rachunku nieprawdopodobieństwa. Lecz prawdziwą klęską barona okazała się Rosja, świat „wyjęty z oka Münchhausena”. Kraj, „o którym nie można zełgać”, w którym baronowi jest smutno, gdyż nie wiedział, że tak łatwo znajdą się ludzie, którzy przefantazjują i pośmieją się nad piszącym blagierem... „ale mi smutno, jak smutno może być staremu, bezlistnemu drzewu, które ginie zewsząd ściskane bujną, młodą zielenią...”

Mam wrażenie, iż baron, nieskazitelny dżentelmen, jednak nieco na wyrost komplementuje młodych pisarzy. Kończąc opis przygód, baron wraca pomiędzy stronice książki. Tam tkwiąc, spłaszczony, właśnie wtedy wymyślił Zygmunta Krzyżanowskiego i jego życiorys. Nieprawdopodobny, dziwny, fascynujący jak jego powieści, nowele, scenariusze i opowiadania. Wśród których przypomnienie i rozwinięcie biografii barona Münchhausena jest znaczącym osiągnięciem. Póki Powrotu Münchhausena nie ma jeszcze w księgarniach, polecam Trzynastą kategorię rozsądku. Polskiego pisarza, przyjaciela Bułhakowa i Wertyńskiego, który się jawi, jako największe odkrycie literackie ostatnich lat.

Paweł ZAWADZKI


Conrada trzeba było tłumaczyć z angielskiego, a Krzyżanowskiego z rosyjskiego. Tylko że, w przeciwieństwie do Korzeniowskiego, Krzyżanowskiemu groziło zupełne zapoznanie w Ojczyźnie. Źle by się stało. Teraz już po strachu, zbiór opowiadań Trzynasta kategoria rozsądku jest osiągalny w polskiej wersji, kto chce może się nasłodzić jego posępnie melancholijnym urokiem. Druh mię tę książkę polecił, zabrałem się za nią z ociąganiem. Po przeczytaniu pierwszego opowiadania Itanesies, ociąganie zamieniło się w gorączkę. Opowiadanie jest o ludziach-uszach. Z wielkimi superczułymi małżowinami, których zabija każdy łoskot, uciekającymi przeto od zgiełku na pustkowia, gdzie oddają się słuchaniu muzyki harmonii sfer niebieskich. Uciekają na północ, tam pusto, ale zimno. Owijają się uszami jak kocami, ale wymarzają te stworzonka delikatne. Opowiadanie fantastyczne, he he, z Sołowkami i Kołymą w tle niewypowiedzianym, za wypowiedzenie Sołowki albo Kołyma. Ta nuta tragicznego osamotnienia przewija się przez kolejne opowieści ze zbioru. Kafkowski Kubaturat o zdumiewającej emulsji mającej właściwość powiększania natartych nią ścian komunałek. Użycie specyfiku rujnuje życie urzędnika Sutulina, ściany z dnia na dzień rozrastają się w mroczną przestrzeń, w której odmętach samotny bohater tonie.

W długim opowiadaniu Zakładka do książki pisarz daje popis fabularnej płodności. Łowca tematów, pisarz spławiany, bo niewygodny, wysnuwa rozmówcy fabuły, zabawne i ponure. Jest w tym posmak bułhakowszczyzny, ironia a pod nią coś strasznego, czego możemy się tylko domyślać, ale bardzo konkretnie obecne. Zbrzydzona jałowością codziennej mieszczańskiej rutyny Paryża wieża Eiffla wyrywa się z fundamentów i rozpoczyna marsz na Wschód, do krainy wolnego proletariatu. Szwendający się po redakcjach łowca tematów dostaje propozycję: „Ma pan pióro, ale należy je włożyć w obsadkę, a obsadkę w dłoń. Pańskie opowiadania, jakby tu powiedzieć, są przedwczesne. Proszę je schować – niech czekają. Ale człowiek umiejący wykreślać przyda się nam. Nie próbował pan czegoś w stylu krytycznym?”

Turniej śpiewaków jest o zawodach śpiewających czajników. Para zawodników płci odmiennej ostrożnie romansuje na kanwie swojej pasji do czajników wydających śpiewne dźwięki. Lżejsze, melancholijnie liryczne. Trzydzieści srebrników ma większy ciężar gatunkowy. Monety, które odpalił Judaszowi sanhedryn za wiadomą usługę, trafiają do finansowego krwioobiegu zakażając go. Forsa staje się niespokojna, krąży coraz szybciej. Moniaki, uskrzydlone papierowymi skrzydełkami banknotów, lecą do czasów współczesnych. Gdybyż autor mógł wiedzieć, jak rączo śmiga dziś szmal wirtualny!

Trzynasta kategoria rozsądku to opowiedziana przez grabarza historia niedogrzebanego nieboszczyka, zmagającego się z biurokracją o prawo do pochówku. Boczna linia jest o śnie, co mógłby być ucieczką z koszmarnego realu, ale nawet w obszarze oniry dogania bohatera hasło: WSZYSTKO NA CIĘŻKI PRZEMYSŁ CIĘŻKICH SNÓW!

W Oknie sterany latami kasjer bankowy każe przerobić sobie wielkie okno wyciułanego mieszkania na okienko kasowe. Świetny i profetyczny jest Żółty węgiel. Wysychający świat w kryzysie energetycznym poszukuje gorączkowo nowego źródła zasilania. I oto pewien wynalazca przedstawia pomysł na spożytkowanie energii ludzkiej złości. Źródło okazuje się niesłychanie wydajne. Życzliwość zostaje zakazana. Draństwo staje się obywatelską cnotą. Jest w tych opowiadaniach cały ból osaczenia wrażliwca w brutalnej, przaśnej, bolszewickiej rzeczywistości. Ukazany tak sugestywnie i literacko ponętnie, że po upływie dziesiątków lat autor zostaje na nowo odkryły, doczekuje się, zza grobu, ale jednak, uznania. W swoich czasach pędził życie zaszczutego hałasem człowieka-ucha.

Kazik MALINOWSKI

Lampa, nr 9, grudzień 2004

Powrót do spisu treści

Włodzimierz Paźniewski

ZYGMUNT KRZYŻANOWSKI, CZYLI POZAGROBOWE ŻYCIE LITERATURY. ZBUNTOWANA REPUBLIKA SŁÓW

(...)

Czytając opowiadania i powieści Krzyżanowskiego odnosi się dziwne wrażenie obcowania z Michaiłem Bułhakowem, Vladimirem Nabokovem – przed jego emigracją w angielszczyznę, gdy pisał wyłącznie po rosyjsku, i Borysem Pasternakiem, w jednym i tym samym utworze. Chodzi nie tyle o zbieżność motywów, nawiązania i analogie, ile o oryginalność wizji pisarskiej i nieokiełznaną wyobraźnię, dla której tak naprawdę wszystko staje się możliwe. Pisarstwo to cechuje przywiązanie do zmysłowej cudowności świata, a zarazem dążenie do transcendencji, w czym nie ma żadnej sprzeczności. Uzupełnieniem portretu pisarza jest ironia i groteska, którą posługuje się po mistrzowsku. Trudno zatem się dziwić, że jego metafizyczne opowieści w żaden sposób nie mieściły się w zadekretowanych przez politykę i propagandę ciasnych ramach oficjalnej poetyki socrealizmu; co więcej, samym poziomem literackiej wizji, jaką proponowały, i skłonnością do eksperymentu podważały i stawiały pod znakiem zapytania sens tej ideologicznej tresury, jakiej poddawano w tamtych latach wrażliwość i mózgi artystów. Podobno ulubionym powiedzeniem Krzyżanowskiego był jego własny aforyzm: „Literatura jest walką właściciela myśli z jej strażnikami”.

(...)

Całość do przeczytania w: „Rzeczpospolita – Plus Minus” nr 296 (6979) z 18–19 grudnia 2004

Powrót do spisu treści

Ta niepozorna książeczka jest cichym literackim wydarzeniem ostatnich miesięcy. To pierwsze polskie wydanie utworów Zygmunta Krzyżanowskiego, prozaika, tłumacza i filozofa, żyjącego w latach 1887–1950.

Pisarz ten urodził się w polskiej rodzinie w okolicach Kijowa w Rosji, w której spędził później całe swoje życie. Mimo, że zostawił po sobie kilka powieści oraz kilkadziesiąt opowiadań i przeróżnych artykułów, za życia prawie nic nie udało mu się opublikować. Umarł w biedzie i zapomnieniu. Dopiero teraz, po wielu latach, wydawcy powoli i z oporami odkrywają niezwykły dorobek Krzyżanowskiego, którego twórczość bez przesady można by porównać do osiągnięć Buzzatiego, Borgesa i Kafki. Trzynasta kategoria rozsądku to zbór dwunastu opowiadań powstałych w latach 1922–1939. Ich specyficzna atmosfera, spowita oparami groteski i fantastyki oraz skażona poczuciem społecznego i intelektualnego wykluczenia, jest diametralnie sprzeczna z ideologią sztuki socrealistycznej. Łatwo więc zrozumieć niechęć, jaką niegdyś wzbudzały one w urzędnikach kierujących ówczesnymi wydawnictwami, egzystującymi pod nieustanną presją paranoicznych bogów komunistycznej cenzury. Ale Krzyżanowski świadomie wybrał sobie taki los. Los człowieka, który pisze tylko to, co chce pisać, bez względu na polityczno-ideologiczne okoliczności. Co prawda zapłacił za to wysoką cenę, bo zepchnięto go na margines życia kulturalnego, uniemożliwiono publikację tekstów i tym samym skazano na zapomnienie, ale czytając jego opowiadania dzisiaj, trudno oprzeć się wrażeniu, że to do niego należy ostatnie słowo, że w jakiś sposób wygrał. Śmiejąc się z człowieka, który nierozważnie użył maści służącej do zwiększania kubatury mieszkania, czy też podziwiając bezpretensjonalnie liryczny turniej czajników „śpiewających” wodną parą, co chwilę zerkałem na umieszczone w książce zdjęcie Krzyżanowskiego i coraz bardziej rozumiałem, dlaczego on się na nim tak dziwnie uśmiecha.

Zygmunt Krzyżanowski, Trzynasta kategoria rozsądku, tłum. Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, „STON 2”, Kielce 2004

Nota bez podpisu, „Fluid – wpływowy magazyn”

Powrót do spisu treści

Stanisław Nyczaj

FENOMEN ZYGMUNTA KRZYŻANOWSKIEGO

I

Zygmunt Krzyżanowski, autor wydanego niedawno przez nas tomu opowiadań Trzynasta kategoria rozsądku w tłumaczeniu Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej1 i tych miniatur, „sam siebie uważał i przedstawiał jako Polaka przebywającego na emigracji w Rosji”2. Ale przecież – wg obecnego stanu naszej wiedzy – tworzył wyłącznie w języku rosyjskim, czy więc należy uważać go za pisarza rosyjskiego (za czym obstają zdecydowanie np. Tomasz Burek, Piotr Matywiecki)?3.

Część naszych krytyków (m.in. Jan Gondowicz, Włodzimierz Paźniewski, Paweł Zawadzki) sprzeciwia się takiemu jednoznacznemu zakwalifikowaniu, przypominając inny powszechnie znany literaturze przykład Polaka Josepha Conrada, tj. Józefa Konrada Korzeniowskiego, piszącego po angielsku. Na stronie www.aict.art.pl W. Mikołajczyk-Trzcińska (odpowiadając na pytanie Romana G.: „A czemuż to ten «wielki pisarz» zapomniał języka ojczystego, że jego trzeba tłumaczyć”?) odwołuje się również do Conrada i dodaje: „Krzyżanowski pisał w języku, w którym spodziewał się być drukowany i który opanował na tyle biegle, że mógł w nim tworzyć. Np. Nabokov dopiero po latach pisał w języku angielskim. Natomiast w przeciwieństwie do Conrada Krzyżanowski również tłumaczył z języka polskiego m.in. Tuwima i Gałczyńskiego. Broń Boże, nie jest to zarzut wobec Conrada, ale co fakt, to fakt”.

Powiedzmy pojednawczo, nie zaogniając sporu: twórczość tego Polaka piszącego po rosyjsku – nazwanego przez zafascynowanego nią krytyka literackiego z Moskwy Piotra Kalitina „rosyjsko-polskim pisarzem”, stawianym obok Witkacego i Gombrowicza4 – za jego życia (1887–1950) była, poza wąskim kręgiem twórców, właściwie nieznana5.I dopiero odkryta w 40 lat po śmierci przez Wadima Perelmutera (poetę, prozaika i zarazem literaturoznawcę) stała się prawdziwym literackim objawieniem. Tłumacz Marian Leon Kalinowski przypomniał w „Literaturze na Świecie” (1993, nr 10) oglądaną pod koniec epoki ZSRR audycję telewizyjną, w której w związku z wydaniem pierwszej książki Krzyżanowskiego [Moskwa 1989 – S.N.] Wadim Perelmuter mówił o nim jako „przeoczonym geniuszu”6. To właśnie niestrudzonym staraniom tego badacza zawdzięczamy, że z pięciu zaplanowanych tomów pism zebranych Krzyżanowskiego ukazały się już trzy.

„Młodzi badacze z byłego ZSRR mówią już o nim otwarcie: «najwybitniejsze, być może, zjawisko literatury rosyjskiej lat 20.»” – rozgłasza w Internecie z satysfakcją Jan Gondowicz. „Wspomniawszy takich do tego tytułu konkurentów, jak Babel, Erenburg, Zoszczenko, Zamiatin, a bodaj i Bułhakow, zmierzyć można skalę entuzjazmu”. I dalej Jan Gondowicz charakteryzuje: „Po pierwsze – ów piszący po rosyjsku Polak wywodzi się z naszych dawnych Kresów. Po drugie – pod każdym względem stanowi emanację wiedeńsko-praskiej kultury literackiej i bliżej mu do Hofmannsthala, Merinka, Čapka i Kafki niż, powiedzmy, Pilniaka czy Płatonowa. Po trzecie – nad emocje przedkłada ironiczną logikę paradoksu i chłodną mechanikę absurdu. Po czwarte [wielce to Czytelnika tego zbioru zainteresuje! – S.N.] – mistrzostwo osiąga w gatunku precyzyjnych i zwięzłych miniatur. Po piąte – jest rozpiętym między agorą i klaustrofobią pisarzem wywichniętego czasu i nieeuklidesowych perspektyw. [...] Generalnie rzecz biorąc, jest więc Krzyżanowski wcieloną niemożliwością. Jako pisarz tworzący w języku nie całkiem własnym – o czym świadczą liczne polonizmy. Jako umysł głęboko książkowy, «abstraktor kwintesencji» i szyderca, rzucony w świat ideologów, strażników ortodoksji, prymitywów, oportunistów, a wreszcie gołego terroru. Jako umysł tyleż finezyjny, co kompletnie niezdolny do kompromisu. Jako myśliciel absolutnie nieprzemakalny na najbardziej zjadliwy wpływ filozoficzny swoich czasów. Jako twórca działający latami w najgłębiej mu obcym artystycznie środowisku. I – w konsekwencji – jako autor bez książki, niemal bez publikacji, i człowiek teatru, odsunięty od praktyki teatralnej. Postać głęboko zbyteczna, ponad stan miejsca i czasu, bezbronna a odporna, wcielenie emigracji wewnętrznej (oraz irytujący dowód jej celowości), której, prócz niepodległości ducha, udało się ocalić dla sądu przyszłych pokoleń cały bodaj składany do szuflady dorobek. Pomijając wagę dzieła, mamy tu przykład życia wiedzionego świadomie pod włos epoki”7.

Urodził się 11 lutego (tj. 30 stycznia nowego stylu) 1887 r. nieopodal Kijowa, najprawdopodobniej w osadzie fabrycznej przy jednej z okolicznych cukrowni. Właśnie w zespole tychże cukrowni, należących do dóbr Riabuszyńskich, prowadził ponad 30 lat księgowość ojciec przyszłego pisarza Dominik Aleksandrowicz herbu Dębno, wydziedziczony ze szlachectwa i wcielony przymusowo do carskiej armii. Wrażliwość artystyczną rozbudziła w Zygmuncie – a także w jego najstarszej siostrze Stanisławie (późniejszej znanej aktorce) – matka Fabiana z domu Paszuta, rozmiłowana w Szopenie, spędzająca długie godziny przy fortepianie, ucząc jednocześnie syna biegłej technicznie gry; zdradzał nawet zdolności wirtuozowskie. Marzyła o konserwatorium w Paryżu, ale wyjechać tam nie miała szans.

Krzyżanowscy stanowili polską, katolicką rodzinę, której przodkowie wywodzili się spod Warszawy. Jednak nie powrócili tam. Dlaczego? Wiesława Olbrych wyjaśnia: „Był to jeden ze środków polityki rusyfikacyjnej carskich władz, które z premedytacją dbały o to, aby Polacy przemieszczali się po rozległych przestrzeniach imperium, a nie osiedlali się w Królestwie”8.

Po pobycie na Syberii względy bytowe skłoniły ich do zamieszkania tam, gdzie Dominikowi, dymisjonowanemu majorowi artylerii, oferowano godziwą posadę; los sprawił, że akurat na Ukrainie. Powodziło im się na tyle dobrze, że mogli zapewnić jedynemu synowi dobre warunki do dłuższej nauki w gimnazjum (do 20. roku życia) dla rzetelnego ugruntowania podstaw wiedzy w zakresie różnych dyscyplin. Uczęszczał do Czwartego Gimnazjum Państwowego, w którym ze znanych twórców uczyli się później młodsi: o 2 lata Aleksander Wertyński (przyszły poeta, kompozytor) i o 7 lat Jarosław Iwaszkiewicz. Następnie podjął wielokierunkowe studia na kijowskim Uniwersytecie Świętego Włodzimierza, nie śpiesząc się z ukończeniem, głównie w zakresie prawa (do czego zachęcał ojciec) i filozofii. Z obydwu kierunków uzyskał dyplom w 1913 r. Równocześnie zgłębiał filologię klasyczną będąc też zainteresowanym matematyką, astronomią, historią, literaturą, teorią sztuki. Opanował, prócz łaciny i greki, pięć języków nowożytnych. Bliższych szczegółów o ewentualnych kontaktach z Jarosławem Iwaszkiewiczem i Karolem Szymanowskim dowiemy się, być może – przypuszcza Włodzimierz Paźniewski – z czekających na pełne udostępnienie pamiętników autora Sławy i chwały, których „do tej pory opublikowano zaledwie skromny fragment”9.

W długim okresie wszechstronnej edukacji niczego mu nie brakowało. Mógł bez trosk codziennych całkowicie skoncentrować się na pogłębianiu wiedzy. Pochłaniało go to bez reszty.

J. Gondowicz informuje, że Zygmunt Krzyżanowski, będąc jeszcze studentem, „odbywał podróże wakacyjne. Głównie przez Wiedeń do Włoch, które nieźle poznał. Bywał też w Berlinie, którego znajomość ujawnił potem wielokrotnie w opowiadaniach spod znaku E.T.A. Hoffmanna. Zimą 1912–13 słuchał przez pół roku wykładów Bergsona, Poincarego i Meyersona na Sorbonie; już po dyplomie uczestniczył w Mediolanie w seminarium Pareto, a latem pracował dwa miesiące na sławetnej antropozoficznej budowie Goetheanum w Dornach. Z wszystkich tych peregrynacji publikował korespondencje, których nie uznał jednak za godne zaliczenia do swego dorobku. Czyżby dlatego, że pisane były po polsku?”10.

Po powrocie do Kijowa rozpoczął praktykę aplikanta adwokackiego, przerwaną wybuchem pierwszej wojny światowej. Początkowy jej okres spędził w okopach. Na szczęście rychło wybawiono go z wojskowej służby, do której się absolutnie nie nadawał. Zresztą, z przekonań był pacyfistą i kosmopolitą.

W spadku po stryju Pawle odziedziczył pod miastem niewielki dom i ogród z rozarium, ale niedługo tym się cieszył; w nowych uwarunkowaniach politycznych ze spadkiem musiał się pożegnać. Z posiadłości prawie nic mu nie zostało. Ważne natomiast, że od tego czasu, tj. 1917 r., postanowił zająć się twórczością literacką. Po próbach poetyckich, niezbyt – jak sam je oceniał – udanych, w 1918 r. zadebiutował w efemerycznym piśmie „Zoń” filozoficznym traktatem-opowiadaniem Jacobi i Jacoby11. Ów debiut, jak i cieszące się uznaniem słuchaczy wykłady pozwoliły mu w pewnym stopniu zaznaczyć się w kijowskim środowisku naukowo-artystycznym. Imponował rozległą wiedzą. Prowadził ciekawe wykłady z historii muzyki w tutejszym konserwatorium (gdzie zaprotegował go zaprzyjaźniony z rodziną kompozytor Anatolij Bucki) oraz wykłady z historii teatru i literatury w Studio Żydowskim. Wykładał też w ukraińskim Instytucie Teatralnym, obracając się w kręgu eksperymentatora teatralnego Konstantina Mardżanowa, gdzie w 1920 r. zaprzyjaźnił się z aktorką Anną Bowszek, poślubioną w trzydzieści lat później, gdy schorowany przeniósł się z klitki na Arbacie do jej mieszkania12. To ona, gdy zmarł w 1950 r., przechowała jego prozę, eseje i rozprawy, świadoma ich wartości. Po jej śmierci w 1974 r. przetrwały starannie zabezpieczone do czasu pierwszej książkowej publikacji w roku 1989.

W Kijowie przeżył Zygmunt Krzyżanowski wojnę domową. Nawiązał bliską znajomość z pokrewnym mu duchowo Michałem Bułhakowem (przez lata, również w okresie moskiewskim, inspirowali się wzajemnie artystycznymi pomysłami).

Wpływy polskie, rosyjskie i ukraińskie przenikały się tu i tworzyły ożywczy tygiel. Można powiedzieć, że Zygmunt Krzyżanowski żył na pograniczu kultur. Wchodził w klimat prozy rosyjskiej, acz ze świadomością czy raczej filozoficzno-kulturową orientacją prozachodnią. Zanurzał się w rosyjski język, choć – na co zwracają uwagę tłumacze W. Mikołajczyk-Trzcińska i cytowany wyżej J. Gondowicz – z wyraźnymi polonizmami. Czyli tkwiąc duchowo w tradycji i współczesnej kulturze zachodnioeuropejskiej, zwracał się jednakowoż ku Wschodowi. Paradoks?! Przypomnijmy tylko, nawiasem, jak bardzo osiągnięcia rosyjskiego symbolizmu z końca XIX i pierwszego dziesięciolecia XX wieku fascynowały polskich poetów, którzy podejmowali nawet próby tworzenia w języku rosyjskim; przykładem choćby Bolesław Leśmian, autor Piesni Wasilisy Priemudroj (1906) i Łunnoje pochmielje (1907)13, utworów z okresu jego młodzieńczego pobytu w Kijowie – ledwie 10 lat przed postanowieniem Krzyżanowskiego o poświęceniu się literaturze.

Na terenie wyzwolonej spod zaborów Polski nie miał nikogo z krewnych, a i, niestety, nie zawiązała się jego bliższa znajomość z poznanym zapewne w Kijowie dużo młodszym Iwaszkiewiczem, która po wyzwoleniu kraju mogłaby odegrać jakąś rolę i magnesem łatwej dostępności do druku oraz atmosferą sprzyjającą literackiemu startowi przyciągnąć do Warszawy czy Krakowa.

Koniec końców, jak to przedstawiła na II polsko-rosyjskim seminarium literackim w Oborach Wiesława Olbrych: „W marcu 1922 roku Krzyżanowski wyjechał z Kijowa do Moskwy wraz ze Studiem Żydowskim, które opłaciło mu przejazd. Pragnę podkreślić fakt, iż ten pisarz samodzielnie i świadomie wybrał Moskwę jako pożądane dla siebie środowisko twórczego rozwoju. Miał już 35 lat, za sobą długie lata studiów i literacki debiut. Przyjechał do miasta, którego kultura artystyczna w tamtym okresie promieniowała na całą Europę. Tworzyła tam niezwykła plejada wspaniałych artystów: poeci Anna Achmatowa, Władimir Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Isaak Babel, Leonid Leonów, twórcy teatralni Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Konstantin Stanisławski, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels. Aleksander Tairow urzeczony wykładami Krzyżanowskiego z psychologii twórczości artystycznej, zaproponował mu prowadzenie kursu dla Studia przy Teatrze Kameralnym”14.

Dzięki pomocy znanych rosyjskich bakteriologów, Ludmiły i Aleksieja Siewiercowych przydzielono mu w Moskwie mały (6 m kw.) pokoik-klitkę na Arbacie, wygospodarowany z dawnego mieszkania grafa Bobińskiego. „Ta «mieszkalna wnęka» [jak nazwała pokoik Nina Mole-Bielutina – S.N.] na zawsze zostanie w pamięci bliskich, a samego Zygmunta Krzyżanowskiego natchnie do napisania jednego z najlepszych opowiadań w jego dorobku – Kubaturat [pomieszczonego w tomie Trzynasta kategoria rozsądku – S.N.], w którym dość wiernie odtworzy warunki, w jakich żył w Moskwie przez prawie 30 lat. «Drewniana kojka z włosianym materacem. Biurko z niemalowanego drewna z dwiema szufladami – pamiątka z jakiejś zapomnianej już dawno kancelarii. Krzesło z twardym siedzeniem. Na ścianach – półki z książkami. Wuj Zygmunt [wspomina cioteczna wnuczka – S.N.] nie mógł sobie pozwolić na to, by mieć wszystko, co go interesowało. Tylko na to, co mu było niezbędne, konieczne. Więc jeszcze – na parapecie czajnik i dwie filiżanki, jedna ze spodeczkiem, druga bez. Atrament. Stos papierów nie mieszczący się na biurku. Szafa nie była potrzebna – wszystko, co posiadał miał na sobie.»”15.

Bliskim jego sąsiadem był Bułhakow. Zapraszali go do swoich domów na dysputy sławni w owym czasie uczeni: Fiersman, Oldenburg, Wiernadski, Zieliński.

W Eksperymentalnych Pracowniach Teatralnych przy Teatrze Kameralnym Aleksandra Tairowa nauczał wynalezionej przez siebie, ale korespondującej z reformatorskimi poszukiwaniami Tairowa dyscypliny: „psychologii sceny”, której zachowany w archiwum program obejmował m.in. (przytaczam za J. Gondowiczem) „ideomotorykę, mnemonikę teatralną, techniki przyspieszania i spowolnień reakcji, metody pomnażania «ja», chwyty aktorskie służące wybadaniu widza”16. Pracy tej towarzyszył entuzjazm. Dla teatru, na zlecenie Tairowa, opracował sceniczną adaptację metaforycznej powieści Gilberta Chestertona (orędownika wolności jednostki) Człowiek, który był czwartkiem. Inscenizacja w sezonie 1923/1924 była wielkim wspólnym osiągnięciem obu artystów-przyjaciół i przeszła do historii teatru. Jak wyglądała, rekonstruuje J. Gondowicz: „Niezliczone składające się na fabułę maskarady, a raczej demaskacje, ucieczki i pogonie rozgrywały się w futurystycznej dekoracji Aleksandra Wiesnina, multiplikującej przestrzeń i stwarzającej iluzję ruchu dzięki scenom na różnych piętrach ażurowych, ulokowanych na obrotówce wież”. Nikt nie spodziewał się katastrofy. „Niestety, w trakcie 46. przedstawienia urwała się winda obsługująca najwyższy mansjon. Obeszło się bez ofiar, ale kolektyw pracowników technicznych teatru – którzy zmajstrowali to urządzenie – nakazał reżyserowi zmianę dekoracji. Tairow zapłonął świętym gniewem i zdjął spektakl z afisza, jak się okazało – na zawsze. Winda, wzlatująca na krótko pod sceniczne niebo, by wpaść na amen w czeluście podscenia, stała się metaforą losu Zygmunta Krzyżanowskiego”17.

Nadzwyczaj trafnie i ciekawie zarysowuje Jan Gondowicz sylwetkę Zygmunta Krzyżanowskiego jako człowieka teatru, myśliciela i kreatora kształtującego swe śmiałe wizje w kręgu inspirujących obrazów z literatury i rozważań teatrologów. „«Dobre obycie z piątym wymiarem pozwala z łatwością powiększyć lokal do żądanych granic» – powiada Korowiow w Mistrzu i Małgorzacie. Sukces opartego na tej magii Czwartka skojarzyć wypada z cechą osobowości artystycznej Krzyżanowskiego, jaką stanowi zamiłowanie do zapadających się i eksplodujących przestrzeni, bocznych gałęzi czasu, gry krzywych luster, przedrzeźniających się akcji i teatru w teatrze. Na czarnoksięskie triki świty Wolanda wpłynęła zapomniana rozprawa sławnego dziś głównie jako teolog ikony Pawła Florenckiego Złudzenia w geometrii. Równie dobrze znał ją Krzyżanowski, którego semiotyk Władimir Toporów nazywa «geniuszem przestrzeni». Są to przestrzenie alegoryczne, parodystyczne, apokryficzne, budowane z podszytej mistyfikacją grozy”18.

Innym ważnym teatralnym przedsięwzięciem, powierzonym przez Tairowa wyobraźni Krzyżanowskiego, miało być przeniesienie na scenę Puszkinowskiego Eugeniusza Oniegina w setną rocznicę śmierci wielkiego poety. Znakomitą scenografię stworzył A. Osmierkin, a muzykę skomponował, przekonany do nowatorskiej koncepcji przedstawienia, sam Sergiusz Prokofiew. Jednak pomimo zaawansowanych prób do premiery nie doszło. Zakazały jej i niebawem zamknęły teatr władze, zrażone wymową libretta Demiana Biednego do opery buffo Aleksandra Borodina Bohaterowie, wyszydzającego rozbójników Rusi Kijowskiej; miały też zastrzeżenia do libretta napisanego przez Krzyżanowskiego, i nie pomogły rozpaczliwe zabiegi Tairowa, którymi w dodatku naraził się przyjacielowi. Krzyżanowski znalazł się bez pracy i jako „darmozjadowi” groziło mu wysiedlenie z Moskwy. Na dobitkę, nie wyszedł skompletowany w 1924 roku i przygotowany do druku tom jego Bajki dla wunderkindów, gdyż wydawnictwo nagle zbankrutowało (był to jeszcze czas wolnego rynku).

Potem, zwłaszcza po I Zjeździe Pisarzy Radzieckich w 1934 roku, opublikować coś w prasie czy wydać książkę było mu coraz trudniej. Działała cenzura, zaczęła obowiązywać narzucona literaturze doktryna i poetyka realizmu socjalistycznego, zaprzęgająca twórców w proces kolektywizacji. Krzyżanowski te wydarzenia komentował jednoznacznie jako odebranie literaturze roli i walorów sztuki. Nie chciał się poddać żadnym rygorom. Ryzykując utratę środków do życia, na piśmie złożył około 1927 roku rezygnację z pracy przy redagowaniu Wielkiej encyklopedii radzieckiej, gdy miejsce wielce przychylnego mu naczelnego, pisarza Siergieja Masłowskiego-Mstisławskiego, zajął niejaki Lebiediew-Polanski, późniejszy szef cenzury: „Wobec prób przekształcenia mnie z człowieka w urzędasa, skądinąd chybionych, proszę zrezygnować z moich usług jako redaktora kontrolnego”.

Przy czym w określeniu redakcyjnej funkcji „kontrolnej” nie należy domniemywać jakichś zadań o charakterze cenzorskim; powierzano mu, po prostu, by miał z czego żyć (taką intencję z pewnością miał szczerze przyjazny Mstisławski) – jak z różnych informacji można by wnioskować – raczej niekłopotliwe prace redakcyjno-pomocnicze, ale i te obowiązki czy wymagania, bardziej może po zmianie kierownictwa egzekwowane, uznał, widać, za zbytnio mu – artyście – narzucone.

Pragnąc zachować niezależność, wegetował. Żył bardziej niż skromnie. Doraźnie wykonywał drobne prace, a to w czasopiśmie poświęconym technice („W boj za tiechniku”), to znów przygotowując scenariusze reklamowe filmów animowanych czy napisy do tych filmów. Dorabiał przekładami polskiej klasyki na rosyjski. W. Olbrych ujawniła na I polsko-rosyjskim seminarium w Chlewiskach (2002), że „choć do końca życia czuł się Polakiem, nie mógł od nowych władz sowieckich – po odrodzeniu Polski i odzyskaniu przez nią niezawisłości – otrzymać zezwolenia nawet na odwiedzenie swojej ojczyzny”19.

Zainteresowani mogli poznać jego twórczość podczas tzw. cztienij, czyli – jak objaśnia W. Paźniewski – „mało znanej poza Rosją instytucji prywatnych wieczorów autorskich, na których pisarze źle widziani ze względów politycznych lub mający chroniczne kłopoty z cenzurą czytali swoje najnowsze utwory gronu przyjaciół i znajomych. Spotkania takie odbywały się w mieszkaniach prywatnych i umożliwiały swobodny obieg myśli i wymianę wartości poza wszędobylską kontrolą państwa sowieckiego”20. Bywało, że i sam Krzyżanowski – podaje, zapewne na podstawie znanych sobie źródeł, J. Gondowicz – zwłaszcza w ostatnim okresie życia, spraszał grupkę zaufanych kolegów po piórze i ceniących jego twórczość przyjaciół na spotkania, podczas których czytał niedrukowane utwory. Straciwszy nadzieję na czytelników, potrzebował chociaż słuchaczy.

Ciężkie, niemal krytyczne chwile przeżywał w 1939 r. Należał do obywateli pochodzenia polskiego, stanowiących wtedy w ZSRR, podobnie jak Żydzi, „element podejrzany”, pasożytniczy. Dążono do wysiedlania takich z Moskwy poza tzw. 101 kilometr od granic miasta; była to na szeroką skalę zakrojona akcja polityczno-administracyjna, z dnia na dzień pozbawiająca wielu, w tym szczególnie inteligentów, prawa do pozostania w mieście. Wówczas ujęli się za Krzyżanowskim tacy pisarze, jak Nikołaj Asiejew, wspomniany Siergiej Masłowski-Mstisławski, Wsiewołod Wiszniewski, Piotr Pawlenko, Aleksiej Nowikow-Priboj, i dzięki ich wstawiennictwu przyjęto go do moskiewskiego związku pisarzy, co zapewniało mu nietykalność i kartki żywnościowe. W latach 1940–1941 napisał cykl reportaży o przygotowaniach Moskwy do wojny. Postarał się też udokumentować swój istotnie już niemały dorobek, złożywszy do wydania obszerny wybór opowiadań z lat 20. i 30., w roku 1941 doprowadzony do korekty. Kiedy wybuchła wojna, wydawnictwo wstrzymało końcowe prace i skład został rozsypany.

Zapewne ten kolejny pech sprawił, iż w ciągu ostatnich 10 lat życia przestał się zajmować twórczością prozatorską poprzestając na eseistyce i wykładach, z jakimi go tu i ówdzie zapraszano (np. w 1942 roku odbył daleką podróż na Syberię z cyklem wykładów o Szekspirze). Zdążył natomiast z pomocą Anny Bowszek uporządkować i przepisać na czysto wszystkie powstałe dotychczas utwory literackie.

Na rok przed śmiercią schorowanego, egzystującego samotnie w ciasnym pokoiku na Arbacie i odmawiającego wszelkiej pomocy ze strony rodziny, przeniosła A. Bowszek do swego przestronniejszego mieszkania. Zobowiązany przepisem meldunkowym przystał wreszcie na sformalizowanie ich długoletniego związku ślubem21.

„Przez całe życie prześladowały wuja Zygmunta – wspomina Nina Mole-Bielutina – dwie myśli: żeby nie być ciężarem dla innych i pisać tylko to, co się chce pisać. Niezależnie od możliwości publikowania i od sławy. Obecnie [dotyczy to mniej więcej połowy roku 1950 – S.N.] pierwszą z tych zasad musiał w sobie stłumić – został przewieziony do mieszkania żony Anny Bowszek. Z drugą zasadą też nie działo się lepiej: w nowych warunkach pisać mu się nie chciało. Jak mawiał, jego «myśli się zabawiały». Nie «rozbiegały się», ale «zabawiały»: nie układały się w obrazy ani w uporządkowane ciągi. Wielokrotnie z rozdrażnieniem zauważał, że w pokoju jest zbyt czysto i ładnie, a jego myśli «wznoszą się do nieładu i są tu nie na miejscu»”22.

W tych nowych warunkach utrzymywał się jedynie z tłumaczeń polskiej poezji i prozy na rosyjski: Mickiewicza, Żeromskiego, współczesnych nowelistów, Tuwima... Napisał monografię o Fredrze. Na wszystkie planowane przekłady miał podpisane umowy wydawnicze. Cóż, kiedy ani jednej umowy nie zawarł na własną oryginalną książkę.

„Mniej więcej po pół roku pracy z Anną – wspomina Nina Mole-Bielutina – 1 maja 1950 roku, w zadziwiająco ciepły, wypełniony słońcem i lekkim wiatrem dzień zamilkły litery. Pozostał nadal tym samym Krzyżanowskim, ale została sparaliżowana cząstka mózgu pamiętająca alfabet: wuj Zygmunt nie mógł pisać, nie był też w stanie czytać. Na korektę czekał piąty tom dzieł Adama Mickiewicza, której tłumacz nie mógł już wykonać. Nie przyznawał się do swojego stanu. Na pytanie żony: – Czy chce się wam żyć? – całe życie zwracali się do siebie przez «wy» – odparł spokojnie:
– Nie wiem. Bardziej nie, niż tak. Gdyby można użyć porównania, powiedziałbym, że dusza mi się naderwała”23.

Zmarł 28 grudnia 1950 r. Nie odnaleziono dotąd miejsca jego spoczynku, a w swym notatniku zostawił takie oto aforystyczne życzenie: „Gdy umrę, nie wzbrońcie rosnąć nade mną pokrzywie, niech i ona kłuje”. I jeszcze refleksję: „Pośmiertna sława – turkocący wóz życia jedzie dalej pusto”.

II

Jak pamiętamy, za życia nie miał Krzyżanowski szczęścia do publikacji swych utworów. Bardzo niewiele zamieścił ich w czasopismach. Nie ukazała się żadna jego książka. Kiedy jawiły się na wydanie szanse – zawsze coś stawało na przeszkodzie. Chciałoby się rzec: prześladował go pech. Trudno wszakże wytłumaczyć tak długie, trwające od debiutu 30 lat, pasmo niepowodzeń wyłącznie jakimś fatum.

Krzyżanowskiemu odmawiano publikacji zazwyczaj z całą premedytacją bo to, o czym pisał i co w opowiadaniach wyrażał, nie przylegało do sytuacji, czasu i preferowanych w radzieckiej Rosji wartości, a pisarz nie uznawał kompromisów. Nie nadawał się do rozmów w swoich sprawach z wydawcami; chodzili i próbowali się dogadywać za niego przyjaciele. Był ponad układy. Trochę wyniosły, trochę dziwak24. Podobno, gdy poproszono Maksyma Gorkiego o opinię wspomagającą starania wydawnicze, ów, autorytatywny rewelator realizmu socjalistycznego, wypowiedział – ku zaskoczeniu i rozczarowaniu wielu – nieprzychylną. J. Gondowicz cytuje przykre reprymendy wydawców, inwektywę z łamów „Prawdy” („rozpasany szubrawiec”), nawet słowa Aleksandra Twardowskiego, redaktora „Nowego Mira”, jakie już w 13 lat po śmierci Krzyżanowskiego odsunęły od druku położone mu na biurku nowele: „zbyt cuchną Kafką”. I dodaje do tego z perspektywy lat własną, uzasadnioną chyba obawę: „Pisarz nie mógł jeszcze wiedzieć, że absolutna niemożność wydania jakiejkolwiek książki ocali mu życie, stanowiąc czapkę-niewidkę w okresie czystek późnych lat 30.”25.

Nie tylko Kafkowska atmosfera utworów czy ich wielokroć groteskowy, czytelnie aluzyjny tok skojarzeń odstręczały rosyjskich wydawców. Jego styl nie był z ducha rosyjski. „Morderczo zwarte teksty ujawniają – zdaniem J. Gondowicza – zasadnicze cechy tego pisarstwa: zwięzłość, wyrazistość obrazowania i przeraźliwą gotycką wyobraźnię. Istotnie, nikt tak w literaturze rosyjskiej lat 20. i 30. nie pisał. Twórczość ta należy do całkowicie odmiennego kręgu kulturalnego. I zapewne dlatego żadna z blisko dwustu nowel Krzyżanowskiego [trzeba dalszych kwerend bibliograficznych, by poznać ich faktyczną ilość26 – S.N] nie ujrzała za jego życia światła druku [istnieje jednak dość uzasadnione domniemanie – poparte wzmiankowanymi wyżej informacjami – że takie nieliczne publikacje, oprócz debiutu, miały miejsce – S.N.]. Odrzucenie zapowiada tu późniejszą fascynację, jak w przypadku dwu innych w literaturze rosyjskiej Polaków: Aleksandra Stiepanowicza Grina (Gry-niewskiego) i Władysława Felicjanowicza Chodasiewicza. Pierwszy jak najautentyczniej umarł z głodu, drugi z nędzy i przemilczenia”27.

W. Paźniewski konfrontuje Zygmunta Krzyżanowskiego z Michałem Bułhakowem, Vladimirem Nabokovem (tym sprzed jego „emigracji w angielszczyznę”) i Borysem Pasternakiem. „Chodzi nie tyle o zbieżność motywów, nawiązania i analogie, ile o oryginalność wizji pisarskiej i nieokiełznaną wyobraźnię, dla której tak naprawdę wszystko staje się możliwe. Pisarstwo to cechuje przywiązanie do zmysłowej cudowności świata, a zarazem do transcendencji, w czym nie ma żadnej sprzeczności. Uzupełnieniem portretu pisarza jest ironia i groteska, którą posługuje się po mistrzowsku. Trudno zatem się dziwić, że jego metafizyczne opowieści w żaden sposób nie mieściły się w zadeklarowanych przez politykę i propagandę ciasnych ramach oficjalnej poetyki socrealizmu; co więcej, samym poziomem literackiej wizji, jaką proponowały i skłonnością do eksperymentu podważały i stawiały pod znakiem zapytania sens tej ideologicznej tresury, jakiej poddawano w tamtych latach wrażliwość i mózgi artystów. Podobno ulubionym powiedzeniem Krzyżanowskiego był jego własny aforyzm: «Literatura jest walką właściciela myśli z jej strażnikami»”28.

Swoistym heroizmem Zygmunta Krzyżanowskiego było to – jak celnie ujął W. Paźniewski – że „żył w swojej zbuntowanej republice myśli i słów bez stałych dochodów i bez widoków na odmianę swojej sytuacji”29, niemniej, pomimo odosobnienia, stale tworzył; jeśli nie opowiadania (właściwie poniechane po roku 1940), to inne formy.

Owocem jego pracowitego życia stał się – już z tego, co dziś wiadomo – wcale pokaźny dorobek. Przechowany po śmierci pisarza przez wdowę Annę Bowszek, przekazany został wraz z jej wspomnieniem Centralnemu Państwowemu Archiwum Literatury (CGALI) i filii muzeum literackiego „Nikitinskije subbotniki”. Składają się nań utwory nowelistyczne usystematyzowane w 6 cykli:

Skazki dla wunderkindow [Bajki dla wunderkindów] – 29 opowiadań,
Czem ludi miortwy [Od czego mrą ludzie] – 9 opowiadań,
Czużaja tiema [Cudzy temat] – 6 opowiadań,
Nieukuszennyj łokot' [Nieugryziony łokieć] – 20 opowiadań,
Mał mała mieńsze [idiom „Jedno mniejsze od drugiego”; tu przyjęto wersję: Małe, mniejsze, malutkie] – 30 miniatur,
Sbornik rasskazow [Zbiór opowiadań z lat 1920–1940] – 13 utworów.

Prócz tego powieści (Klub literobójców z 1926 r., Powrót Münchhausena z 1927, Wspomnienia z przyszłości z 1929, Kolekcjoner szczelin z 1932), dramaty i scenariusze filmowe, reportaże, eseje (np. Sztuka epigrafu, Poetyka tytułów), szkice (o Szekspirze, Bernardzie Shaw), libretto do opery Kabalewskiego Colas Breugnon z 1940 r.), liczne przekłady z literatury polskiej (m.in. antologia współczesnej noweli polskiej opatrzoną przedmową z 1949 r.), aforyzmy, wykłady, rozprawy i artykuły na tematy filozoficzne, teatralne i inne.

W miarę jak następowała w ZSRR odwilż i łagodniała cenzura, próbowano publikować utwory Krzyżanowskiego. „W 1957 roku udało się nawet doprowadzić do tego – przypomina Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska – by powstał zespół, który opracował dwutomowe wydanie powieści, opowiadań i artykułów. Edycja nie doszła do skutku i pierwsze książkowe wydanie wyboru utworów Krzyżanowskiego ukazało się w Moskwie dopiero w 1989 roku nakładem Wydawnictwa «Moskowskij Raboczij». Potem pojawiły się kolejne wybory, a obecnie wydanie dzieł zebranych”30. Zawdzięczamy to wielkiemu zaangażowaniu – można rzec wprost: autentycznej pasji – Wadima Perelmutera, wymienianego tu już wcześniej.

We Francji, gdzie obecnie istnieją fankluby Krzyżanowskiego, pierwszy książkowy przekład jego utworów wyszedł w 1991 r. (po czym rychło ukazało kilka następnych), w Niemczech – w 1992 (i dalsze w kolejnych latach). „Na Łotwie w Daugavpils (Dyneburgu) – informuje Wiesława Olbrych – zorganizowano dwie konferencje naukowe poświęcone twórczości Krzyżanowskiego i wydano tom rozpraw naukowych”31.

Do Polski twórczość jego dotarła z ogromnym, zawstydzającym opóźnieniem. Może ta zaległość w czasie nie byłaby tak przykra, gdyby w 1994 r. wydawnictwo „Feniks” opublikowało powieść Wspomnienia z przyszłości przetłumaczoną przez Mariana Leona Kalinowskiego. O takim zamiarze ten pierwszy w Polsce tłumacz Krzyżanowskiego napomyka w krótkiej nocie po udostępnionym czytelnikom „Literatury na Świecie” fragmencie powieści32.

Na I polsko-rosyjskim seminarium literackim pisarzy warszawskich i moskiewsko-petersburskich w marcu 2002 r. „krytycy Leszek Budzyński i Leszek Żuliński ze zdziwieniem słuchali o «europejskiej klasy polskim pisarzu, Zygmuncie Krzyżanowskim», porównywanym przez Rosjan do Witkacego i Gombrowicza. Ani on, ani jego spuścizna pisarska, krytyczna i filozoficzna w ogóle nie są w Polsce znane. Nie mogą być. Po pierwsze – dlatego że w ZSRR nad jego trumną zapanowała 40-letnia cisza. Po drugie – że w Polsce ceni się wszelką twórczość emigracyjną powstałą na zachodzie Europy i w obu Amerykach, ale żadną miarą nie dopuszcza się do świadomości faktu istnienia dużej grupy emigracyjnej polskiej inteligencji twórczej po wschodniej stronie naszych granic. Tak było ze względów politycznych w okresie międzywojennym. Za czasów PRL nie mógł być to temat publiczny z tych samych względów. Dziś – mógłby, ale nie jest modny. Tymczasem emigracja polska – ta «zachodnia» i «wschodnia» – jeżeli czymkolwiek się od siebie różni, to tym, że ta, która osiadła na Zachodzie, nie chciała do «reżimowej» Polski wrócić, a ta zatrzymana na Wschodzie – nie mogła. Jeśli w ogóle przeżyła”33.

Po obiecującej zapowiedzi w „Literaturze na Świecie” (1993) na pierwszą książkę Zygmunta Krzyżanowskiego w Polsce – wspomnianą tu na samym początku Trzynastą kategorię rozsądku – trzeba było jednak poczekać aż 11 lat, do maja br. Do tego czasu w naszej prasie ukazały się tylko dwa krótkie opowiadania: Przegrany gracz z cyklu Bajki dla wunderkindów w tłumaczeniu i z wprowadzeniem Jana Gondowicza oraz rysunkami Dmitrija Szewionkowa-Kismiełowa („Przekrój” 2002, nr 33) i Okno w przekładzie i cytowaną przed chwilą opinią Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej („Ikar” 2002, nr 7-8), które weszło w skład wydanego przez nas w koedycji z Instytutem Adama Mickiewicza zbioru.

Miał on w Warszawie dwie promocje (prowadzone przez piszącego te słowa): w Klubie Księgarza na Starym Mieście z udziałem tłumaczki Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, Wiesławy Olbrych z Instytutu Slawistyki PAN, zastępcy dyrektora IAM Grzegorza Wiśniewskiego (tłumacza, eseisty i zarazem inicjatora spotkań ożywiających nowe, bezpośrednie kontakty między pisarzami, tłumaczami, literaturoznawcami polskimi i rosyjskimi) oraz filii Ursynowskiej Biblioteki Publicznej w alei KEN, gdzie opowiadania Kubaturat, o którym była wyżej mowa, wysłuchaliśmy w świetnej interpretacji Adama Ferencego.


Przypisy

1 Zygmunt Krzyżanowski: Trzynasta kategoria rozsądku. Wybór i tłumaczenie Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Kielce 2004, koedycja: Oficyna Wydawnicza „STON 2” i Instytut Adama Mickiewicza, s. 197.

2 Wiesława Olbrych: Polacy w Rosji (na przykładzie losów Zygmunta Krzyżanowskiego i jego rodziny). „W Kręgu Literatury” 2004, nr 4 (6), s. 144. Autorka oparła się na wspomnieniach Niny Mole-Bielutiny, jakie niebawem ukażą się w przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej w obszernym tomie Niech będzie pochwalony! Wiek XX. Widziane z Moskwy nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek. W świetle tych wspomnień Zygmunt Krzyżanowski był nie tylko bliskim krewnym Niny Mole-Bielutiny (wówczas małej Antośki), ale i jedną z najważniejszych postaci w jej życiu. To on zaszczepił w niej twórczą pasję. Jej osobowość jako przyszłej uczonej i pisarki ukształtowała się w dużym stopniu pod jego wpływem. Z. Krzyżanowski był stałym gościem jej rodziny w Moskwie, dokąd została ewakuowana z Warszawy w 1915 r.

3 Za takim traktowaniem opowiedzieli się stanowczo w radiowym „Tygodniku kulturalnym” – audycji poświęconej Trzynastej kategorii rozsądku pod red. Iwony Smolki, nadanej w II PR 10 grudnia br. Oto fragment dyskusji:
Piotr Matywiecki: – To jest już kolejny pisarz rosyjski, bo po rosyjsku pisał...
Iwona Smolka: – Ale absolutnie polskiego pochodzenia.
Tomasz Burek: – Jednak pisarz rosyjski, bo pisał po rosyjsku. I dla literatury rosyjskiej pisał, dla społeczności rosyjskiej...

4 Piotr Kalitin: Sytuacja duchowa literatury rosyjskiej na przełomie wieków i tysiącleci [w:] Polsko-rosyjskie seminarium literackie. Warszawa-Chlewiska, 13–16 marca 2002, Związek Literatów Polskich, Rosyjski Ośrodek Nauki i Kultury w Warszawie, Instytut Adama Mickiewicza, wydanie w jęz. polskim, Warszawa 2002, s. 13. Piotr Kalitin wypowiedział się w pełniejszym brzmieniu następująco: „Wspomniany już Zygmunt Krzyżanowski, znakomity rosyjsko-polski pisarz i teoretyk symbolizmu, został u nas wydany również dopiero w 1989 roku. [...] Tego [tj. czytelnika – S.N.], który przyswoi sobie w końcu i Witkiewicza, i Gombrowicza, i Krzyżanowskiego. Innej drogi – chwała Bogu – nie mamy”.

5 Pierwszy tłumacz Krzyżanowskiego na język polski, Marian Zenon Kalinowski, w nocie Od tłumacza po fragmencie Wspomnień z przyszłości podaje cyfrę ośmiu wydrukowanych w rosyjskich czasopismach jego opowiadań („Literatura na Świecie” 1993, nr 10, s. 125).
Natomiast Jan Gondowicz podaje w szkicu ogłoszonym w Internecie (zob. przyp. 7), iż „na cały ogłoszony za życia dorobek Krzyżanowskiego złożył się szkic o sztuce epigrafu, połowa kilkunastu szkiców o Szekspirze i tyluż studiów o Bernardzie Shaw”.

6 Tamże, s. 124.

7 Jan Gondowicz: Kolekcjoner szczelin. De Musica (on line) Vol. V. 2003, free.art.pl/demusica.
A propos właściwości języka prozy Krzyżanowskiego M.L. Kalinowski zauważa (zob. przyp. 5): „Przez niektórych kolegów po piórze był oceniany jako pisarz wielki, miary wręcz europejskiej. I nie tylko dla tematyki utworów, jakie opublikował wówczas [a może raczej, jakie prezentował podczas tzw. cztienij – S.N.], ale również dzięki temu, iż władał rosyjskim na tyle, że stać go było na inwencję językową, na własny, pełen polotu i elegancji styl”.

8 Wiesława Olbrych, jw., s.145.

9 Włodzimierz Paźniewski: Zbuntowana republika słów. „Plus-Minus”, dod. do „Rzeczpospolitej” 2004, nr 51 (623), s. A 10.

10 Jan Gondowicz, jw. Brak bibliograficznej informacji, gdzie te „korespondencje” były drukowane, a byłoby niezmiernie interesujące przekonać się, jaką polszczyzną Krzyżanowski pisał.

11 Jan Gondowicz sytuuje ten debiut w r. 1919. Wyjaśnia, iż był to „osadzony w epoce niemieckiego Sturm und Drangu dialogowy esej o urokach niepewności Jacobi i „Jakoby”.

12 Dopiero wtedy, przymuszony obowiązkiem zameldowania, zgodził się sformalizować ślubem ich długoletni związek. Wcześniej uważał, że nie stać go na utrzymanie żony w warunkach, w jakich wegetował.

13 Bolesław Leśmian: Pochmiel księżycowy (wiersze rosyjskie) w polskiej wersji Jerzego Ficowskiego. Warszawa 1987, „Czytelnik”. Szerzej o okresie, w jakim powstawały wiersze rosyjskie Leśmiana, i o nich pisze tłumacz w Posłowiu.

14 Wiesława Olbrych jw., s. 86.

15 Wiesława Olbrych: Polacy w Rosji..., s. 147.

16 Jan Gondowicz, jw.

17 Tamże.

18 Tamże.

19 Wiesława Olbrych: O serii „Rozmawiamy o literaturach słowiańskich” [w:] Polsko-rosyjskie seminarium literackie (zob. przyp. 4), s. 111.

20 Włodzimierz Paźniewski, jw.

21 Por. przyp. 12.

22 Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska: Od tłumacza [w:] Zygmunt Krzyżanowski: Trzynasta kategoria rozsądku, s. 8.

23 Tamże, s. 9.

24 Jan Gondowicz zatytułował swój szkic o życiu i twórczości Krzyżanowskiego w „Przekroju” (2002, nr 33): Bezkompromisowy cudak.

25 Jan Gondowicz: Kolekcjoner szczelin... (zob. przyp. 7).

26 Zapewne nastąpi to w związku z „przygotowywaną publikacją poświęconą twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego”, co zasygnalizowała Wiesława Olbrych podczas I polsko-rosyjskiego seminarium literackiego w Oborach (zob. przyp. 19).

27 Jan Gondowicz, jw.

28 Włodzimierz Paźniewski, jw.

29 Tamże.

30 Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, j w., s. 10.

31 Wiesława Olbrych: Polacy w Rosji..., s. 142.

32 Zygmunt Krzyżanowski: Wspomnienia z przyszłości (fragment). Przełożył Marian Zenon Kalinowski. „Literatura na Świecie” 1993, nr 10, s. 110–124.

33 Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska: Od tłumaczki [opowiadania Zygmunta Krzyżanowskiego Okno – S.N.]. „Ikar” 2002, nr 7–8, s. 31.


‘Niemożliwe do przewidzenia’, koedycja: Oficyna Wydawnicza „STON-2”, Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2004.

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

POLACY W ROSJI W XX WIEKU.
ZYGMUNT KRZYŻANOWSKI

Wiek XX jest okresem intensywnego wzajemnego przenikania kulturowo–cywilizacyjnego na sąsiedzkich obszarach Europy Środkowo–Wschodniej. W procesach tych kultura i literatura polska gra rolę bardzo aktywną, nie tylko upowszechnia rdzennie polskie wartości, ale bywa też pośrednikiem i łącznikiem w nawiązywaniu kulturowych i cywilizacyjnych kontaktów między Wschodem i Zachodem. W Polsce istnieje dużo poważnych studiów nad stosunkami literackimi polsko–rosyjskimi w wieku XX, dotyczą one jednak z reguły drugiej połowy stulecia. Tymczasem bogate kontakty kulturalne polsko–rosyjskie, w wielu przypadkach wręcz przenikanie się tych kultur istniały zwłaszcza na początku XX wieku. Po wybuchu I wojny światowej przez następnych kilka lat uległy one jeszcze poważnemu rozszerzeniu i wzmocnieniu, choćby z uwagi na masę polskich uchodźców, którzy uciekali bądź byli ewakuowani na terytorium Imperium Rosyjskiego, w związku z niepowodzeniami armii rosyjskiej na froncie w pierwszym roku wojny i zajmowaniem terenów Królestwa Polskiego przez Niemców. Z uwagi jednak na późniejsze historyczne zaszłości te kontakty wciąż nie są dokładnie zbadane. Mimo masowych powrotów Polaków do odrodzonej ojczyzny, począwszy od 1918 roku, w Rosji pozostała bardzo liczna Polonia, zwłaszcza w Moskwie. Ci Polacy odegrali poważną rolę w tworzeniu kultury rosyjskiej w XX wieku, mimo iż pozostali Polakami z pochodzenia, starannie pielęgnowali polskie tradycje i dbali o zachowanie języka. Załączam artykuł o Polonii w Moskwie w XX wieku pani Niny Mole–Bielutin (nazwisko zmienione w latach 30. XX wieku, w okresie tzw. czystek stalinowskich, które Polaków dotykały szczególnie, Bielutinowie — to Belucci, Polacy (o włoskich korzeniach) z Krakowa, którzy w 1915 roku uciekli z Polski do Rosji przed okupacją niemiecką)1.

Istnieje obszerna literatura przedmiotu zarówno w Polsce, jak też za granicą, a jednak są w niej wielkie luki. W ostatnich latach coraz częściej — i to przy różnych okazjach — sięga się do archiwów nowojorskich i londyńskich, Polskiego Instytutu w Paryżu, a także do archiwów rosyjskich, zwłaszcza w Sankt–Petersburgu i Moskwie, które stały się dostępne dopiero od niedawna.

W okresie międzywojennym do tematu Polaków w Rosji nawiązywało wielu uczonych, m.in. Stanisław Baczyński (ojciec późniejszego wybitnego poety). Po wojnie najobszerniejszą rozprawę poświęconą temu tematowi, z wyzyskaniem zasobów archiwalnych w Warszawie i Krakowie, a także w Moskwie i Leningradzie, tych, które w latach 60. były dla cudzoziemców dostępne, przygotowała Irena Spustek2. Uzupełnieniem i uściśleniem tej publikacji jest gruntowne studium recenzyjne Bazylego Białokozowicza z 1967 roku3.

Z nowszych opracowań ciekawe są zwłaszcza prace Ludwika Bazylowa, choć informacje na temat „Polaków w Rosji” są rozsiane w różnych jego publikacjach4. Warto byłoby zbadać pod tym kątem archiwum tego wybitnego uczonego. Ludwik Bazylow ze swoim zespołem zbadał i opisał temat Polaków w Petersburgu, dzięki czemu powstała fundamentalna praca Polacy w Petersburgu, stanowiąca najcenniejszy materiał do badań nad tym fragmentem tematu5.

Szczególną wagę dla tematu „Polacy w Rosji” ma okres od wybuchu I wojny światowej. W połowie tego okresu nastąpił koniec trwających blisko półtora stulecia rozbiorów Polski, odzyskanie własnej państwowości i koniec przymusowego poddania wpływom państw, które w końcu XVIII wieku dokonały rozbiorów, a w szczególności Rosji.

W praktyce w odniesieniu do Rosji przez cały okres porozbiorowy te wpływy były obustronne. Polska o kulturze zorientowanej prozachodnio była atrakcyjna dla Rosji, w której przez cały okres rozbiorów Polski przeważał kierunek dążenia do wyrównywania zaległości wobec kultury zachodniej, mimo bardzo silnego nurtu dowartościowywania kultury rodzimej.

Dla Polaków kultura rosyjska też stopniowo stawała się coraz ważniejsza, atrakcyjniejsza i bardziej inspirująca. Wiek XIX był okresem jej szczególnego rozkwitu, zwłaszcza literatury, która w naturalny sposób oddziaływała na polskich twórców. A zaraz potem Srebrny wiek...

Tu warto zwrócić uwagę na fakt, że kwestia narodowości w stosunku do wielu osób zamieszkujących tereny Rosji w Imperium Rosyjskim w tamtym okresie bywa czasem trudna do ścisłego określenia. Trzeba przyjąć precyzyjne kryteria, w jaki sposób można z pewnością skonstatować, że ktoś był Polakiem, bowiem wielu Polaków się wynaradawiało, z różnych powodów wybierając „rosyjskość”. Np. jak zakwalifikować Matyldę Krzesińską, której rodzice byli ewidentnymi Polakami? Właśnie jako Polak występował na rosyjskich scenach jej ojciec, sławny mazurzysta Krzesiński. Jak traktować spolonizowanych nie–Polaków z pochodzenia? To tylko pierwsze dwa z brzegu trudne pytania, z jakimi musi się zetknąć badacz tej problematyki.

Również polska literatura przeżywała w Rosji okresy świetności i triumfów, tak było za czasów Mickiewicza i z samym Mickiewiczem, a także w końcu XIX w. Była przekładana i wydawana, była także przedmiotem ożywionych polemik literackich i badań naukowych. W szczególności interesowano się w Rosji polską literaturą romantyczną. Znaczący był wpływ polskiej poezji romantycznej na rosyjskich symbolistów.

Polscy pisarze dużo zawdzięczali literaturze rosyjskiej. Odegrała ona znaczącą rolę w kształtowaniu indywidualności twórczej wielu literatów, których twórczość zahacza bądź należy do okresu drugiego dziesięciolecia XX wieku (te lata interesują mnie szczególnie ze względu na Zygmunta Krzyżanowskiego) i których los związał w tym właśnie okresie z Rosją, jak choćby Gustaw Daniłowski, Tadeusz Miciński i wielu innych.

W szczególności dużo literaturze i kulturze rosyjskiej zawdzięczają pisarze, którzy wzrastali w kręgu jej bezpośredniego oddziaływania, mieszkali w Rosji, a ich rodziny zapuściły korzenie w środowisku rosyjskim6. Bazyli Białokozowicz w swoim do dziś nowatorskim studium Polsko–wschodniosłowiańskie stosunki literackie jako problem badawczy, otwierającym serię wydawniczą Komitetu Słowianoznawstwa PAN „Studia Polono–Slavica–Orientalia. Acta Litteraria I” konstatował i postulował: „Odrębnych studiów wymaga twórczość rosyjska pisarzy polskich: Wacława Sieroszewskiego, Bolesława Leśmiana, Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego lub z późniejszych — Brunona Jasieńskiego. Nadal otwarte pozostają — mimo sporej liczby prac przyczynkarskich — związki z literaturą rosyjską Elizy Orzeszkowej, Bolesława Prusa, Marii Konopnickiej, Stefana Żeromskiego, Aleksandra Świętochowskiego, Wincentego Kosiakiewicza, Adama Szymańskiego, Leo Belmonta, Józefa Weyssenhoffa oraz Stanisława Ignacego Witkiewicza, Tadeusza Micińskiego, Andrzeja Struga, Michała Choromańskiego, Zofii Nałkowskiej, Jarosława Iwaszkiewicza, Teodora Parnickiego”7.

Od powyższych, trafnych i słusznych postulatów minęło już ponad trzydzieści lat. Niektóre z nich zostały zrealizowane, inne są w trakcie realizacji, ale nadal pozostało wiele tematów czekających na wnikliwego badacza. Należałoby np. prześledzić rolę i znaczenie literatury rosyjskiej jako twórczego bodźca w pisarstwie Michała Choromańskiego, wybitnego polskiego powieściopisarza, nowelisty i dramaturga, który karierę literacką rozpoczął w Rosji i pisząc w języku rosyjskim. Był dziennikarzem prasy rosyjskiej. Również jako poeta debiutował w języku rosyjskim. A zatem ten język przez wiele lat był językiem jego wypowiedzi literackiej. Przekładał polską poezję na język rosyjski. W języku polskim debiutował dopiero w 1931 roku.

Można przytoczyć wiele jeszcze przykładów twórczych i osobistych losów polskich pisarzy, którzy wzrastali w kręgu kultury rosyjskiej i gdyby nie rewolucja październikowa, która wstrząsnęła Rosją, gdyby nie odzyskanie przez Polskę niepodległości, zapewne byliby oni pisarzami rosyjskimi, jak choćby Sergiusz Piasecki, czy Teodor Parnicki.

Ciekawe są losy polskich pisarzy urodzonych na Kresach, równie silnie poddanych wpływom obu kultur, polskiej i rosyjskiej, a także rodzimej, „tutejszej” — ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej. Na ten temat, zwłaszcza od przełomu lat 80.–90. ukazało się wiele prac8. Wskażę tylko na dwa znaczące przykłady tych losów.

Jerzy Jankowski, ur. w Wilnie (1887), poeta i publicysta. Organizator wileńskiej grupy literacko-artystycznej „Banda”, redaktor jej almanachu „Żórawce” (1910). Podczas I wojny współpracował w Rosji z polską prasą. W Rosji też zetknął się z awangardowymi prądami w literaturze i sztuce, zwłaszcza silnie oddziałał na tego młodego poetę futuryzm. Po wojnie Jankowski związał się z warszawską grupą futurystów. Jego dorobek poetycki, zawierający młodopolskie symboliczne poezje, poematy prozą i pierwsze w Polsce wiersze futurystyczne mieści się w jednym tomie, wydanym przez autora w 1919, zgodnie z futurystycznym obyczajem pod nieortograficznym tytułem: Tram wpopszek ulicy. Skruty prozy i poemy (1919) i wydrukowanym na pakowym papierze.

Na Kresach również przebywała przez długi okres swojego życia, znaczący dla jej rozwoju twórczego Zofia Kossak–Szczucka, wnuczka malarza Juliusza Kossaka. Od 1909 do 1922 mieszkała na Wołyniu, gdzie przeniosła się jej rodzina i gdzie w 1915 wyszła za mąż. Tu przeżyła rewolucję październikową 1917 i wojnę domową, co opisała w tomie prozy dokumentarnej Pożoga9.

A zatem tytułowy temat — „Polacy w Rosji w XX wieku” może być dla polskich badaczy nie tylko ciekawy, a wręcz fascynujący. W Instytucie Slawistyki PAN, w Pracowni Literatury Rosyjskiej zajmowaliśmy się nim przez pięć lat (1998–2002), w 1998 roku zorganizowaliśmy międzynarodową konferencję naukową, której celem było rozpoznanie pola badawczego. Po konferencji został opracowany pod red. Katarzyny Osińskiej tom zawierający artykuły różnych autorów, wygłoszone na konferencji. Opracowaliśmy także obszerny tom Polacy w Rosji w latach 1915–1917. Kronika (red. J. Szokalski)10. A jednak mimo tych wszystkich działań udało nam się nieco przybliżyć okres wyłącznie czterech lat — 1915–1918. Takie zresztą — z konieczności skromne — postawiliśmy sobie zadanie badawcze.

Długo można by przytaczać przykłady polskich pisarzy, których los związał z Rosją. Ale byli także pisarze, którzy będąc Polakami w Rosji i przywiązując dużą wagę do swojej polskości stali się pisarzami rosyjskimi. Najbardziej przejmującym przykładem — z uwagi choćby na wagę jego nieznanego do niedawna pisarstwa dla kultury światowej — wydaje się dziś Zygmunt Krzyżanowski.

Zygmunt Krzyżanowski (1887–1950) — to niezwykła postać — pisarz, teoretyk i historyk literatury, współtwórca realizacji teatralnych Aleksandra Tairowa, współscenarzysta filmowy, teoretyk dramatu, szekspirolog, tłumacz polskiej literatury pięknej na język rosyjski i jej badacz.

Urodził się 11 lutego 1887 roku w okolicach Kijowa, gdzie jego ojciec, Dominik, przez ponad trzydzieści lat prowadził księgowość w cukrowniach należących do dóbr Riabuszyńskich. Tak w sensie bytowym zakończyło się dla rodziny Krzyżanowskich syberyjskie zesłanie, po którego odbyciu nie wolno im było powrócić do Królestwa Polskiego (był to jeden ze środków polityki rusyfikacyjnej carskich władz) i osiedli na Ukrainie. Był jedynym synem Fabiany i Dominika Krzyżanowskich, polskiej, katolickiej rodziny, której przodkowie pochodzili z okolic Warszawy.

Rodzinie Krzyżanowskich powodziło się na tyle dobrze, że mogła sobie pozwolić na wszechstronne wykształcenie jedynego syna. Ukończył prawo na uniwersytecie kijowskim. Znał biegle siedem języków, w tym łacinę i grekę. Miał szerokie zainteresowania, a wybrane dyscypliny zgłębiał gruntownie, były to filologia i filozofia, które studiował równolegle z prawem na uniwersytecie kijowskim, matematyka, astronomia, historia, teoria sztuki. W latach 1912–1913 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach. Wraz z wybuchem I wojny światowej powrócił do Kijowa i wkrótce zaistniał w środowisku naukowym i artystycznym tego miasta, m.in. prowadził cieszące się wielką popularnością wykłady z historii sztuki. Na jednym z nich poznał swoją przyszłą żonę, aktorkę Annę Bowszek, której zasługą jest zachowanie archiwum Krzyżanowskiego po jego śmierci.

W 1918 r. zadebiutował jako prozaik (wcześniej pisał poezję, ale nie cenił wysoko swoich wierszy) — filozoficznym traktatem–opowiadaniem Jacobi i Jacoby.

W marcu 1922 roku Krzyżanowski wyjechał z Kijowa do Moskwy wraz ze Studiem Żydowskim, które opłaciło mu przejazd. Należy podkreślić fakt, iż ten pisarz samodzielnie i świadomie wybrał Moskwę jako pożądane dla siebie środowisko twórczego rozwoju. Miał już 35 lat, za sobą długie lata studiów i literacki debiut. Przyjechał do miasta, którego kultura artystyczna w tamtym okresie promieniowała na całą Europę. Tworzyła tam niezwykła plejada wspaniałych artystów: poeci Anna Achmatowa, Władimir Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Isaak Babel, Leonid Leonow, twórcy teatralni Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Konstantin Stanisławski, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels. Aleksander Tairow, urzeczony wykładami Krzyżanowskiego z psychologii twórczości artystycznej, zaproponował mu prowadzenie kursu dla Studia przy Teatrze Kameralnym. Zamówił też u niego sztukę na motywach powieści Chestertona pt. „Człowiek, który był Czwartkiem”, którą wystawił w swoim Teatrze Kameralnym. Cieszyła się ona wielkim powodzeniem, bilety były wyprzedane aż do dnia, w którym zerwała się winda wchodząca w skład dekoracji. Zwołana komisja zażądała zmian w scenografii, reżyser odmówił. Sztukę wycofano z repertuaru. To wydarzenie zapoczątkowało długą serię niepowodzeń w życiu Krzyżanowskiego, zupełnie jakby zawisło nad nim fatum. Tom jego znakomitych opowiadań z pierwszej połowy lat 20. — Сказки для вундеркиндов — gotowy już do druku nie ukazał się, bo wydawnictwo, które zamierzało wydać go nagle zbankrutowało. Przyczyna wydawała się normalna dla tamtego, „rynkowego” czasu, ale wkrótce zaczęła również działać cenzura. Okno do zawodowego życia i uznania zatrzasnęło się dwa lata później. Na zawsze. „Filozoficzna wymowa” prozy Krzyżanowskiego, trafnie wychwycona przez cenzurę, była antyrekomendacją do jej wydania, w nowej epoce dyktatury proletariatu, w której wkrótce zaczęła pisarzy obowiązywać doktryna i poetyka realizmu socjalistycznego, swoista kolektywizacja literatury. Zygmunt Krzyżanowski uważał ją za zjawisko niweczące literaturę jako dziedzinę sztuki. Pisał w tym okresie dużo, ale wsłuchując się wyłącznie w swoje artystyczne powołanie.

Przez ostatnie lata swojego życia Krzyżanowski tłumaczył na język rosyjski polską literaturę klasyczną i współczesną, to było w tamtych latach jedynym źródłem jego utrzymania. Po śmierci pisarza na biurku pozostały przekłady Juliana Tuwima i artykuły o polskiej nowelistyce.

W swoich zeszytach z notatkami Zygmunt Krzyżanowski zapisał:
„Pośmiertna sława – turkocący wóz życia jedzie dalej pusto”.

Do niego sława przyszła w czterdzieści lat po śmierci. Za życia w kraju, w którym osiadł jako twórca — w Rosji, która wkrótce stała się Związkiem Radzieckim — nie ukazała się drukiem żadna z jego książek, choć był pisarzem znanym w środowisku literackim Moskwy lat 20. i 30. i bardzo cenionym. „Odkryty” w końcu lat 80. przez Wadima Perelmutera, poetę, eseistę, historyka literatury, dzięki jego staraniom dotarł ze swoją spuścizną do współczesnych czytelników i okazało się, że ten pisarz, który zmarł ponad pół wieku temu i o którym do niedawna niewiele było wiadomo, jest odbierany gorąco, z wielkim zainteresowaniem, a nawet entuzjazmem. W Rosji, która za życia nie chciała go publikować, wychodzi pięciotomowe wydanie` dzieł wszystkich Krzyżanowskiego opatrzone obszernym wstępem i naukowymi komentarzami Wadima Perelmutera. Ukazały się dotąd trzy tomy, w druku jest czwarty. Wyszło kilka tomów jego prozy w przekładzie na język francuski, gdzie najwcześniej zaczęły się też tworzyć jego fan–cluby. Wychodzą kolejne tomy w przekładzie na niemiecki. Na Łotwie w Daugavpils (Dyneburg) zorganizowano dwie konferencje naukowe poświęcone twórczości Krzyżanowskiego i wydano tom rozpraw naukowych. I wreszcie kilka miesięcy temu (w maju 2004 r.) wyszedł pierwszy tom nowelistyki Zygmunta Krzyżanowskiego w Polsce11. Gotowy do druku jest przekład jego powieści Powrót Münchhausena.

Zygmunt Krzyżanowski — w bardzo rozpowszechnionej opinii w Rosji, Francji, Niemczech, na Łotwie, ale i w Polsce — to największe odkrycie w życiu literackim Europy i świata w okresie po transformacji ustrojowej w Rosji. Jest już uważany za pisarza genialnego, choć za życia był niemal niepublikowany, znano go jednak i wysoko ceniono w środowisku literackim Moskwy lat 20.—40. Dziś obraz literatury rosyjskiej tamtych lat bez Zygmunta Krzyżanowskiego byłby niepełny.

Zygmunt Krzyżanowski świadomie przez lata przygotowywał się do działalności pisarskiej. Należy prześledzić i unaocznić czytelnikowi, jak swobodnie ten znakomity erudyta poruszał się w całym europejskim dorobku kulturowym. Fascynującym zadaniem będzie poszukanie w jego dorobku korzeni głęboko tkwiących w całej literaturze europejskiej, zwłaszcza polskiej. Wychował się przecież w kulturalnej polskiej rodzinie, która dużą wagę przywiązywała do jego wykształcenia. Świetnie znał i przekładał na język rosyjski polską literaturę. Całe grupy badawcze w Polsce będą mogły szukać tych związków w twórczości Krzyżanowskiego, mając do dyspozycji pełne wydanie jego dzieł w języku polskim, a nie tylko w wyborach francuskich, niemieckich i rosyjskich. Badacze polscy mogą, a nawet powinni wnieść swój wkład do badań nad twórczością tego pisarza z punktu widzenia wspólnych korzeni cywilizacji europejskiej, w której Krzyżanowskiemu należy się poczesne miejsce. Konieczne jednak są badania archiwalne w Moskwie i Kijowie, które w Moskwie przeprowadzić nie będzie trudno, ponieważ pisarz pozostawił po sobie starannie uporządkowane archiwum przechowywane w Centralnym Państwowym Archiwum Literatury (ЦГАЛИ) i w filii muzeum literackiego «Никитинские субботники».

Należę do grupy osób, które postawiły sobie za cel doprowadzenie do wydania w Polsce dzieł wszystkich Zygmunta Krzyżanowskiego. Ta edycja uzupełni poważną lukę, jaka — z winy historii — powstała w obrazie dorobku literatury XX wieku, a dla polskich uczonych, literaturoznawców i językoznawców (bowiem także niezwykle oryginalny język prozy Zygmunta Krzyżanowskiego zasługuje na specjalne badania) będzie stanowić poważny bodziec do poważnych, głębokich studiów nad spuścizną tego pisarza i jego związkami z Polską.

Przypisy

1 Nina Mole–Bielutin (Antonina z d. Mole) — profesor dr hab., zamieszkała w Moskwie, polskiego pochodzenia (po babce, Zofii Maciejowskiej), historyk i krytyk sztuki, eseistka, dramaturg i autorka scenariuszy filmowych, twórczyni oryginalnego stylu opowiadania scenicznego realizowanego z udziałem aktorów Małego Teatru Akademickiego w Moskwie. Wykładowca na Uniwersytecie Moskiewskim i w Państwowym Instytucie Literatury. Blisko spokrewniona z pisarzem Zygmuntem Krzyżanowskim. Autorka 52 książek naukowych i biograficznych, m.in. Ошибка канцлера, Ее называли княжна Тараканова, Альбом королевы, Дашкова, Марина Мнишек, a także dokumentalnych, m.in. Когда отшумела оттепель. Autorka książki o Warszawie oraz wielu publikacji o sztuce i życiu w Polsce, USA, we Włoszech i Francji. W Polsce wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w przekładzie Walentyny Mikołajczyk–Trzcińskiej jej książka Niech będzie pochwalony! Wiek XX. Widziane z Moskwy, zawierająca cenny, a dotąd nieznany materiał faktograficzny, dla Polaków w szczególności, bowiem jest próbą spojrzenia na minione stulecie przez Polkę z pochodzenia, choć urodzoną i przez całe życie mieszkającą w innym kraju — z pozycji zupełnie nieznanych polskiemu czytelnikowi, nie podejrzewającemu nawet, jakie bogactwo intelektualne i emocjonalne to spojrzenie w sobie kryje. Pod względem gatunku literackiego ta książka jest kroniką rodzinną, wszystkie wydarzenia i wszystkie postacie biorące udział w akcji związane są z losami dwóch polskich rodzin, też ze sobą powiązanych, ich członków, przyjaciół, znajomych, wśród których są wybitni rosyjscy artyści — pisarze, malarze, ludzie teatru.

2 I. Spustek Polacy w Piotrogrodzie 1914–1917, Warszawa, PWN 1966.

3 Zob.: „Przegląd Humanistyczny”, Warszawa 1967, Nr 5, s. 152–164.

4 Ludwik Bazylow Rosja Radziecka a niepodległość Polski. [W:] Rosja Radziecka a sprawa odbudowy niepodległości Państwa polskiego. Materiały z sesji naukowej Instytutu Krajów Socjalistycznych PAN 9 IX 1981. Warszawa, IKS PAN 1984; Rosja w okresie pierszej wojny światowej i rewolucji lutowej (pod red. Ludwika Bazylowa). Prace XI Powszechnego Zjazdu Historyków Polskich, Toruń, wrzesień 1974. Warszawa 1977.

5 Polacy w Petersburgu. Wrocław 1984.

6 Zob. o tym: B. Białokozowicz Polsko–rosyjskie pogranicze intelektualne i jego wyraz w literaturze pięknej, [w:] Dziesięć wieków związków Wschodniej Słowiańszczyzny z kulturą Zachodu, cz. I: Literaturoznawstwo, pod red. J. Borsukiewicza, Lublin, Wydawnictwo UMCS 1990, s. 5–15.

7 B. Białokozowicz Polsko–wschodniosłowiańskie stosunki literackie jako problem badawczy, [w:] „Studia Polono–Slavica Orientalia. Acta Litteraria I”, Ossolineum, Wrocław 1974, s. 35–36.

8 Ich omówienie zob.: E. Czaplejewicz Czym jest literatura kresowa. [W:] Kresy w literaturze. Twórcy dwudziestowieczni, Warszawa 1996. Zob. także: Kresy — pojęcie i rzeczywistość. IS PAN, Towarzystwo Naukowe Warszawskie, Warszawa 1987, w szczególności Stanisław Uliasz Kresy jako przestrzeń kulturowa, s. 131–143 i to co w jego bibliografii. Por. także: Б. Бялокозович Художественные ценности, культурный обмен и межлитературные связи как исследовательская проблема. [W:] Сравнительное литературоведение и русско–польские литературные связи в ХХ веке, ответственный редактор В. Хорев, Москва 1989, с. 23–33; B. Białokozowicz Pogranicza i kresy w literaturze polskiej. Przyczynek do polsko–białoruskich i polsko–ukraińskich stosunków literackich. [W:] Зофье Налковской посвящается…, Материалы научной конференции 16–18 мая 1989 года, под общей редакцией С. Ф. Мусиенко, С. А. Габрусевича, Минск 1991, с. 18–32; B. Białokozowicz Polsko–wschodniosłowiańskie pogranicze kulturowe, styki i kresy jako problem badawczy. [W:] Polsko–wschodniosłowiańskie powiązania kulturowe, literackie i językowe. T. I. Literatura i kultura, pod red. A. Bartoszewicza, WSP Olsztyn 1994, s. 27–48.

9 Z. Kossak Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917–1919. Wyd. 3, Kraków 1923.

10 Tomy są przygotowane do druku.

11 Zygmunt Krzyżanowski Trzynasta kategoria rozsądku, tłum. Walentyna Mikołajczyk–Trzcińska, koedycja: Oficyna Wydawnicza STON 2 i Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2004.

Dwumiesięcznik „W kręgu literatury”, Łódź, nr 9 z 2004 r.

Powrót do spisu treści

JW

TRZYNASTA KATEGORIA ROZSĄDKU

Zygmunt Krzyżanowski (1887-1950), rosyjski pisarz (członek tamtejszego związku pisarzy) z polskim rodowodem, uczestniczył w latach międzywojennych w moskiewskim życiu literackim: tłumaczył z polskiego i pisał teksty prozatorskie. Teraz przełożono u nas dwanaście jego opowiadań, ale nie są to teksty dobre, a kilka jest okropnych. Korzystnie wyróżniają się tylko dwa: Trzydzieści srebrników i Boczna linia. To głównie szkice nowelistyczne: sygnalizują zarys fabuły i możliwość napisania opowieści, ale w realizacji wypadają kiepsko. Dziwaczne pomysły fabularne i modernistyczną manierę narracyjną może ocalić tylko ręka mistrza - w słabym wykonawstwie nie robią dobrego wrażenia. A już wręcz nieznośne są niby filozoficzne wtręty (autor studiował filozofię), osadzone poniżej granicy czytelności. Można w końcu prześledzić ponure dzieje judaszowych srebrników lub zerknąć na portret prowincji w konwencji snu, ale trudne do strawienia okazują się opowieści o ludziach z wielkim uchem, o turnieju gwiżdżących czajników albo o emerytowanym kasjerze, który okno w pokoju przerobił na okienko kasowe. Z tego tekstu - jak i z innych - nie wynika nic. W tomie sporo jest wątków autotematycznych: o pisaniu i o redakcyjnych odmowach druku. Widać ówcześni redaktorzy znali się na rzeczy. Nieczytelność potęguje niedobry przekład, a zwłaszcza maniera piętrzenia zdań wtrąconych. W rezultacie żadna płynność narracji nie istnieje, a licznych partii tekstu nie można zrozumieć. Nie zawsze zgadza się czas akcji (jest/był) i są też fatalne ekwiwalenty frazeologiczne: „daleko od szaf nabitych herboryzowanymi zmysłami”, „miała wygląd nieco gderliwy, motyw w poszukiwaniu tonalności”, „skrzypiące jak sumienie łóżko” itp. Tego nie da się czytać. Ale nie wiem, czy sprawna i uwspółcześniona translacja mogłaby poprawić ogólny wizerunek tomu. Tłumaczka sugeruje, że Krzyżanowski nie mógł przenieść się do Polski, a hermetyczność ZSRR wykluczyła też szanse przekładów na polski. Skąd zatem znaliśmy (i to doskonale!) literaturę sowiecką w latach międzywojennych? Próba przywrócenia opowiadań Krzyżanowskiego do obiegu, i to w Polsce, nie wydaje się udana. Pokonać czas mogą tylko teksty najlepsze, a te takie nie są.

„Nowe Książki”, nr 1/2005

Powrót do spisu treści

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

MOŻLIWE DO PRZEWIDZENIA? POŚMIERTNY POWRÓT EMIGRANTA

Trzy Parki, siostry: przędąca nić żywota Kloto, strzegąca tej nici Lachesis i w chwili ludzkiego zgonu przecinająca nić Atropos, czasem – z nudów – zamieniają się miejscami i czynnościami. Wtedy Los płata ludzkości figla i – rodzi się geniusz.

Wierzę, że autor tej powiastki, Zygmunt Krzyżanowski (1887-1950), odnosił ją także do siebie. Wiedział, że jest pisarzem genialnym, choć za życia nie wydano mu żadnej książki, nie opublikowano niemal żadnego z ponad dwustu opowiadań i ani jednej powieści. Do czasu lepiej mu się wiodło w teatrze, ale i tam, gdy zerwała się stanowiąca fragment dekoracji winda, doścignął go pech: przedstawienie zostało zdjęte i od tego czasu żadna z jego sztuk nie została wystawiona. A jednak, z dzisiejszej perspektywy, można sądzić, że te niepowodzenia Los zgotował mu – na szczęście: człowieka o jego poglądach na sztukę i życie w kraju, w którym mieszkał od 1922 roku, czekał łagier lub wyrok śmierci. Tym krajem był Związek Radziecki, i to – w latach stalinowskiego terroru. To była Moskwa – miasto, do którego pojechał jak do Mekki artystycznej awangardy, jaką było jeszcze w latach dwudziestych XX wieku. Czy mógł przewidzieć, że ten piękny świat dla wielu niebawem stanie się więzieniem?

Mimo wszystko musiał się jednak spodziewać, że jego czas kiedyś nadejdzie. I chociaż o pośmiertnej sławie mawiał, że to turkocący wóz życia, który „dalej jedzie pusto”, to jednak tuż przed śmiercią, z pomocą żony uporządkował rękopisy, złożył je w gotowe do wydania cykle, opatrzył stosownymi datami i wskazał, jak je bezpiecznie przechować.

W tym ukryciu czekały 40 lat – pierwszy rosyjski wybór opowiadań Zygmunta Krzyżanowskiego ukazał się w Moskwie w 1989 roku. Potem ruszyła lawina: rosyjska krytyka uznaje dziś twórczość rosyjsko-polskiego pisarza za największe odkrycie końca XX wieku, tłumaczą go Niemcy, Francuzi... Wreszcie i my – rodacy człowieka, który zawsze o sobie mówił: „Jestem Polakiem, przebywam na emigracji w Moskwie.” Zupełny przypadek sprawił, że akurat ja do jego zaistnienia w Polsce się przyczyniłam.

Jak do tego doszło? Myślę, że praprzyczyną niechcący stała się polska pisarka, nieżyjąca już, Halina Auderska. Zanim doszło do naszego spotkania, język rosyjski znałam – może lepiej niż przeciętny Polak powojennego pokolenia, bo moja rodzina pochodziła z zaboru rosyjskiego – ale głównie w mowie. Z czytaniem szło gorzej, jako że cyrylica bardzo się różni od alfabetu łacińskiego. Otóż podczas wywiadu, przeprowadzanego dla mojej redakcji z pisarką będącą wówczas na tzw. topie z racji telewizyjnego serialu pt. Królowa Bona wg jej powieści, wyszło na jaw, że jednej z książek nie znam. Chodziło o Miecz syreny, chyba najlepszą jej powieść. „Musi ją pani przeczytać – orzekła. – Mam tylko wersję angielską i rosyjską. Którą pani woli?” Nie było wyjścia: „Rosyjską” – jęknęłam, po czym prześlęczałam nad nią wszystkie noce dzielące mnie od autoryzacji wywiadu.

Od tego czasu czytałam po rosyjsku, przetłumaczyłam kilka sztuk teatralnych, jakieś artykuły, a nawet zarabiałam na życie tłumacząc teksty naukowe – ciągle dziwiąc się w duchu przypadkowi, który sprawił, że posiadłam tę umiejętność. Nie przypuszczałam jednak, że kiedykolwiek wezmę się za tłumaczenie prozy, w dodatku tak wybitnej i trudnej. I to – prozy Polaka piszącego po rosyjsku tak, jak Józef Conrad-Korzeniowski pisał po angielsku, czyli: znakomicie. Co więcej: że stanę się rodzajem narzędzia dla nieżyjącego od pół wieku autora, który zdecydował, że nadszedł czas jego rzeczywistego powrotu do Polski.

Uświadomiłam to sobie całkiem niedawno, gdy świetny aktor, Adam Ferency, z właściwym sobie talentem prowadził słuchaczy po metafizycznym świecie opowiadań Krzyżanowskiego, a sam Autor uśmiechał się tajemniczo, acz całkiem wyraźnie z portretu namalowanego na podstawie starego zdjęcia przez... osiadłą w Warszawie moskiewską aktorkę, pieśniarkę i malarkę, Żannę Gerasimową. „Kiedyś on osiadł tam, teraz ona – tu. Czy po to, żeby dać nam jego portret?” – spekulowałam, a Autor na portrecie skinął głową. Uświadomiłam sobie, że takich niewytłumaczalnych zdarzeń było więcej.

Po kilkunastu latach nieobecności jestem w Moskwie, gdzie udało mi się pojechać jako tłumaczka na targi konfekcji. Przy okazji odwiedzam, poznaną przypadkiem u warszawskich znajomych, Antoninę Mole i jej męża, Eli Bielutina. Bielutin jest wielką postacią, awangardowym malarzem, twórcą szkoły tzw. nowego realizmu wystawianym na całym świecie, ale dopiero w dobie pieriestrojki dopuszczonym do głosu we własnym kraju. Pani Nina jest historykiem sztuki, autorką kilkudziesięciu książek, w tym – przepięknej o Warszawie. Oboje mają polskie korzenie i właśnie o tych korzeniach pani Nina zaczęła pisać książkę. Temat zafascynował mnie bardziej niż ich rodzinna kolekcja dzieł sztuki z obrazem El Greco na czele. Może dlatego, że mojej rodzinie dwukrotnie udało się w ostatniej chwili podążyć na Zachód i uniknąć tego, co spotkało innych Polaków mieszkających w carskiej Rosji: na całe dziesięciolecia zamknięcia za żelazną kurtyną.

Co mnie podkusiło, by w czasach, gdy polscy wydawcy z literatury rosyjskiej wdawali jedynie Dostojewskiego i Bułhakowa, brać się za tłumaczenie kilkusetstronicowej książki? By przez siedem lat kołatać do wydawnictw, fundacji, stowarzyszeń i zabiegać o jej wydanie? Tego nie wiem, ale wiem, że w pewnym momencie do sprawy wkroczył wuj autorki – Zygmunt Krzyżanowski.

W 2002 roku w Chlewiskach, na pierwszym po latach spotkaniu polskich i rosyjskich pisarzy, na którym – zupełnie przypadkiem – się znalazłam, młody profesor filozofii z Moskwy, Piotr Kalitn, w swoim wystąpieniu, co i rusz wymieniał nazwisko „genialnego polsko-rosyjskiego pisarza, Zygmunta Krzyżanowskiego”. Nikt z obecnych na spotkaniu luminarzy polskiej krytyki o takim geniuszu nie słyszał, ale... czy to nie o nim pisze tak obszernie w książce „moja” Molewa?...

Okazało się, że tak i po kilku tygodniach przywieziono mi przekazany przez prof. Klaitina wybór opowiadań Krzyżanowskiego. Wydany w Moskwie w 1989 roku. Czytam pierwsze opowiadanie. Itanesis. O istotach, które razi każdy ziemski dźwięk, za to słyszą – harmonię sfer niebieskich. Umykają przed ziemskim zgiełkiem na północ i – giną od mrozu. Czuję, że zanim przeczytam następne opowiadanie – muszę przetłumaczyć to pierwsze. Tłumaczę jedno, drugie, trzecie... Opowiadam o zadziwiającej prozie na prawo i lewo. Poeta i wydawca z Kielc, Staszek Nyczaj, bierze opowiadania do przeczytania i – decyduje się wydać. Ledwo nadążam z opracowaniem tekstów, gdy okazuje się, że pomoże w wydaniu Instytut Adama Mickiewicza. Po kilku tygodniach, w połowie 2004 roku – książka pt. Trzynasta kategoria rozsądku jest w księgarniach. Prezentuje ją Stanisław Górny w TVP3. I – cisza, zupełna cisza: kogo interesuje pisarz-emigrant zza wschodniej granicy? Nad książką zapada milczenie. To samo, które towarzyszyło autorowi do ostatnich lat życia?

Niezupełnie. Krzyżanowski zyskuje pierwszego polskiego sojusznika, dr Wiesławę Olbrych z Instytutu Slawistyki PAN. Pojawiają się następni – jak znany polski scenograf, Paweł Dobrzycki, który osobiście kolportuje Trzynastą kategorię rozsądku wśród ludzi teatru. Jak krytyk, Paweł Zawadzki, który rozsyła ją do kolegów. Jak Włodzimierz Paźniewski, który pisze dużą recenzję w „Rzeczpospolitej”. Ale wcześniej, znów nieoczekiwanie, rodzi się możliwość wydania wspomnień Molewej: toruńskie Wydawnictwo „Adam Marszałek” chce zaryzykować. W Moskwie, przy okazji konsultacji z autorką, otrzymuję z jej rąk następny wybór prozy Krzyżanowskiego: Powrót Münchhausena, zawierający powieść o tym samym tytule. Sytuacja się powtarza: jakiś imperatyw, coś nad czym nie umiem zapanować, każe mi czytać i tłumaczyć, czytać i tłumaczyć... Przyjaciele pukają się w czoła, ale Żanna Gierasimowa maluje portret nieżyjącego pisarza. A wraz z nowym tomem jego prozy zaczynamy upewniać się, że we wszystkim, co pisał, kryje się metafizyka.

Powrót Münchhausena to powieść o tym, jak po dwustu latach nieobecności postać literacka, legendarny baron Münchhausen, z kart książki o sobie wkracza w europejskie wydarzenia w chwili podpisywania traktatu wersalskiego. Wędruje po Europie, jak wędrował sam Krzyżanowski do wybuchu I wojny światowej. Uczestniczy w kongresach i sympozjach, bywa w salonach, pełni funkcje dyplomatyczne i zabawia się tym, że jego zmyślone przygody w krajach starej Europy i wyssane z palca opowieści o porewolucyjnej Rosji elity polityczne świata przyjmują za fakty. Niestety, okazuje się, że życie przerasta wyobraźnię facecjonisty – porewolucyjna Rosja naprawdę przypomina senny koszmar. Baron poddaje się, ale nim ucieknie z życia w karty książki – zanikają litery, instrumentarium jego działań. Czy kończąc tak swoją powieść w 1928 roku Krzyżanowski przewidział, że on sam – na krótko przed śmiercią, na skutek wylewu – przestanie rozróżniać litery, a ostatnich korekt jego przekładów z literatury polskiej dokona żona, Anna?

Takich dziwnych, proroczych wizji w prozie Zygmunta Krzyżanowskiego znajdziemy dużo. Wspaniały erudyta, absolwent prawa i filozofii kijowskiego Uniwersytetu im. Św. Włodzimierza, słuchacz wykładów z interesujących go licznych dziedzin na uniwersytetach europejskich, znawca muzyki, literatury, teatru, poliglota i w każdym calu Europejczyk, wraz z wybuchem I wojny światowej, jako poddany rosyjski – pamiętajmy, że warszawiak też był wtedy poddanym Rosyjskim, jak krakowianin austriackim – musi wrócić do miejsca zamieszkania. Wraca do Kijowa: publikuje, wykłada, głoduje wraz ze wszystkimi i – zastanawia się, co dalej ze sobą zrobić? Rodzicie umierają, umiera najmłodsza siostra i umiera wuj, który zostawia mu wprawdzie w spadku swoją majętność, ale – będzie ona upaństwowiona jak wszystko po rewolucji. Dowiaduje się, że reszta rodziny po wybuchu I wojny światowej została ewakuowana z Warszawy do Moskwy i tam przebywa. Tam również, w grupie artystów związanych z głośnym teatrem Wsiewołoda Meyerholda, przebywa jego cioteczny brat, Włodzimierz Tezawrowski. Władający językiem rosyjskim równie dobrze jak polskim pisarz postanawia do nich dołączyć. Jest rok 1922 – Moskwa tętni życiem artystycznym, nowy ustrój jeszcze nie pokazał ostrości swoich pazurów, a Europa liże rany po wielkiej wojnie. Czy mógł się spodziewać, że za kilka lat ten krok okaże się krokiem nieodwracalnym?

Wtedy na pewno nie. Ale za kilka lat stalinowski terror szczelnie zatrzaśnie granice, zaczną znikać przyjaciele i znajomi, zewsząd wypełzający strach coraz mocniej będzie łapał za gardło. Wszystkich.

Samotność, niezrozumienie, osaczenie, zamknięcie. To też są tematy Krzyżanowskiego, ale – nie tematy główne. On nie opisuje koszmarnej rzeczywistości, w jakiej musi trwać już do śmierci: on tę rzeczywistość deformuje, twórczo przekształca, tworzy nowe światy i nowe mity. Pisze językiem literackim sobie tylko właściwym. Z roku na rok nabierając pewności, że takiego pisarstwa obowiązujące socrealistyczne reguły nigdy nie dopuszczą na światło dzienne. Wegetuje, ale wciąż pisze. Opowiadania, powieści, dramaty, eseje. Takiej prozy nie ma w rosyjskiej literaturze, ale – nie ma też w polskiej.

Przypadek, los, siła wyższa? Był czas, kiedy wydawały mi się ludzkiej tworem wyobraźni. Splot dziwnych okoliczności, który doprowadził to tego, że dwa tomiki prozy Krzyżanowskiego są już w polskich księgarniach, że w Rosji wydano trzy spośród zapowiadanych pięciu tomów dzieł zebranych pisarza, że Wiesławie Olbrych udało się utworzyć przy Fundacji „Slavica Orientalia” Ośrodek Badań Literackich i Teatroznawczych Polska–Rosja im. Zygmunta Krzyżanowskiego, że książka Molewej jest po drugiej korekcie i lada tydzień ukaże się powieść Krzyżanowskiego „Powrót Münchhuasena”, dla mnie samej był czymś – posłużę się tytułem jednego z opowiadań Krzyżanowskiego – „niemożliwym do przewidzenia”. Ale – czy rzeczywiście nikt tego nie przewidział?

„Pierwsza została stworzona Śmierć. Śmierć ostrzyła swoją kosę i czekała. Ale niczego, oprócz niej, jeszcze nie było.
I Śmierć zaczęła się nudzić. Poszła do Boga i poprosiła o zajęcie. Bóg milczał. Śmierć jeszcze lepiej naostrzyła kosę i jeszcze raz pokłoniła się Bogu:
– Pracy!
– No, dobrze – powiedział Bóg.
I stworzył Świat.”

Czy autor tej miniatury – bo to jest jedno, całe opowiadanie Krzyżanowskiego, mistrza małej formy – mógł nie przewidzieć, że siła dla literatury szczególna: CZYTELNIK – gdy tylko do jego prozy dotrze – właściwie ją doceni?

"Feniks", nr 1 z 2005 r.

Powrót do spisu treści

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

ZYGMUNT KRZYŻANOWSKI - POCZĄTEK DROGI DO POLSKI

Na trop tego pisarza natrafiłam zupełnie przypadkowo, bo też i przypadkowo poznałam jego krewną - i w dużym stopniu wychowankę - historyka sztuki i literatury, moskiewską pisarkę polskiego pochodzenia, Antoninę Mole-Bielutinową.

Nina Mole m.in. jest autorką powieści historycznej Marina Mniszek, carica wsiech Rusi (Wydawnictwo ASTRIEL, Moskwa 2001). Kiedy się poznałyśmy, rozpoczynała właśnie pracę nad książką pt. Niech będzie pochwalony! WIEK XX. Widziane z Moskwy, będącą sagą polskich rodzin, które w latach pierwszej wojny światowej los rzucił do Moskwy. Książka ma się ukazać nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek.

Zafascynował mnie temat, obszerna dokumentacja, jaką autorka zgromadziła i galeria występujących w książce postaci, wśród których jedną z ważniejszych zdawał się być nikomu w Polsce nieznany pisarz, krewny autorki, Zygmunt Krzyżanowski. Rozpoczęłyśmy współpracę i polski przekład był gotowy niemal równocześnie z ukończeniem książki przez autorkę. Niestety, przez siedem lat nie mogłam znaleźć polskiego wydawcy dla tej pozycji, choć kołatałam od „Czytelnika”, przez „Bellonę”, po Ministerstwo Kultury i Fundację „Semper Polonia”.

W tym czasie w Moskwie ukazała się napisana przez Ninę Mole od nowa wersja rosyjska wspomnień, na życzenie tamtejszego wydawcy mocno okrojona z wątków polskich, a ja zdobyłam pierwszy rosyjski wybór utworów Zygmunta Krzyżanowskiego, przetłumaczyłam kilka opowiadań i - dzięki Wydawnictwu STON 2 z Kielc oraz Instytutowi Adama Mickiewicza - ukazał się bardzo skromny polski wybór, który trafił w październiku 2004 r. do księgarń. Czeka na wydanie polski gotowy przekład powieści Powrót Münchhausena Krzyżanowskiego i jest grupa tłumaczy, która chce włączyć się do prac translatorskich. Mam nadzieję, że jest to początek drogi do polskiego czytelnika jednego z ważnych twórców emigracyjnych, któremu nigdy nie dane było żyć w niepodległej Polsce a umrzeć przyszło w niedostatku i oficjalnym niebycie.

W kilkadziesiąt lat po śmierci Zygmunt Krzyżanowski doczekał się uznania. Dziś w Rosji jego twórczość ocenia się jako najważniejsze odkrycie literackie ostatniego półwiecza. Podobnie w Łotwie i na Ukrainie, w Niemczech i we Francji. Myślę, że polski czytelnik ma również pełne prawo do poznania dorobku tego niepowtarzalnego, oryginalnego pisarza i eseisty.

Zygmunt Krzyżanowski urodził się 11 lutego 1887 roku w polskiej, katolickiej rodzinie zamieszkałej w okolicach Kijowa, gdzie jego ojciec, Dominik Krzyżanowski, przez ponad trzydzieści lat prowadził księgowość w cukrowniach będących własnością niejakich Riabuszyńskich (inne źródła podają: Morozowych). Marzenie matki Zygmunta o studiach w paryskim konserwatorium skończyło się wprawdzie na godzinach spędzanych przy fortepianie na niekończącym się spotkaniu z Chopinem, ale to właśnie po matce, Fabianie Krzyżanowskiej (z domu Maciejowskiej), syn odziedziczył wyjątkową muzykalność i jej zawdzięczał znajomość techniki gry fortepianowej, co ważne, bo profesjonalizm w tej dziedzinie często daje o sobie znać w jego prozie. (Por. Nina Molewa, Eta dołgaja doroga czeriez XX wiek, Wydawnictwo „Kniżnaja Nachodka”, Moskwa 2003).

Droga artystyczna nie była w rodzinie niczym nowym: najstarsza siostra pisarza, Stanisława, odnosiła sukcesy jako aktorka, a brat cioteczny, Włodzimierz Tezawrowski, był związany z czołówką rosyjskiej awangardy teatralnej i do końca blisko współpracował z Wsiewołodem Meyerholdem. Krzyżanowskim powodziło się na tyle dobrze, że mogli sobie pozwolić na wszechstronne wykształcenie syna - Zygmunt nie śpieszył się z ukończeniem wydziału prawa, które studiował na uniwersytecie w Kijowie przez sześć lat, równolegle z filologią klasyczną i językami nowożytnymi. Interesowała go również matematyka i astronomia, literatura, teoria sztuki i filozofia. Opanował biegle siedem języków, w tym łacinę i grekę. W latach 1912-1914 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach. Znajomość uniwersyteckich ośrodków europejskich, topografii i architektury miast, da o sobie niejednokrotnie znać w jego prozie.

Wraz z wybuchem pierwszej wojny światowej, jako poddany rosyjski, musiał wrócić do miejsca zamieszkania, co zaowocowało zaistnieniem w środowisku naukowym i artystycznym Kijowa. W marcu 1922 roku - po śmierci rodziców - Krzyżanowski znalazł się w Moskwie, gdzie od wybuchu wojny przebywała część jego najbliższej rodziny. Przyjechał ze Studiem Żydowskim, ale na zaproszenie Teatru Kameralnego. Aleksander Tairow - aktor, reżyser, założyciel moskiewskiego Teatru Kameralnego (1914 r.), zaliczany do ścisłej czołówki twórców Wielkiej Reformy Teatru - zafascynowany wykładami Krzyżanowskiego z psychologii twórczości artystycznej, zaproponował mu każdy, jaki tylko zechce kurs dla Studia działającego przy teatrze.

Nawiązała się stała współpraca i artystyczna przyjaźń z Tairowem, która zaowocowała m.in. wystawieniem Człowieka, który był Czwartkiem Chestertona w adaptacji Krzyżanowskiego. Współpracę tę w 1936 roku zakończył zamiar wystawienia Eugeniusza Oniegina w scenicznym opracowaniu Krzyżanowskiego - niestety, mimo zaawansowanych prób, scenografii A. Osmierkina i muzyki S. Prokofjewa, decyzją władz przedstawienie zostało zdjęte przed premierą. Krótko potem Teatr Kameralny - jak wiele innych scen moskiewskich w tych latach - został czasowo zamknięty.

Charakterystyczne, że Zygmunt Krzyżanowski w Moskwie nie miał stałego zatrudnienia. Epizod taki zdarzył się tylko raz, gdy zaproszono go do redagowania Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej. Niestety, zmieniło się kierownictwo zespołu i krótko potem Krzyżanowski złożył na biurku nowej dyrekcji pismo następującej treści: Uważając próbę przekształcenia mnie z człowieka w urzędnika za wielce nieudaną, proszę o zwolnienie z funkcji redaktora. I tak się stało.

Krzyżanowski pisał opowiadania, powieści, scenariusze filmowe, pisma filozoficzne i krytyczne. Publikował z rzadka, nie zawsze pod własnym nazwiskiem, ale był znany i ceniony w środowisku literackim, które orientowało się w wartości jego pisarstwa dzięki tzw. „cztieniom” - popularnym w tamtym czasie spotkaniom w prywatnych domach, na których twórcy prezentowali swoje utwory. Proza Krzyżanowskiego, jego filozoficzne, satyryczno-liryczne fantasmagorie, opowiadania - metafory i metafizyczne powieści w żadnej mierze nie przystawały do oficjalnego, akceptowanego przez władze, socrealistycznego nurtu w sztuce. To, co Europa zaczynała cenić u debiutującego niemal równolegle z Krzyżanowskim Franca Kafki, w stalinowskim państwie - a w poststalinowskim ZSRR również - w oficjalnym obiegu nie mogło ujrzeć światła dziennego. Niemniej, to właśnie wstawiennictwo pisarzy, jak N. Asiejew, S. Mstisławski, W. Wiszniewski, P. Pawlenko, A. Nowikow-Priboj i inni spowodowało, że w krytycznym momencie, gdy w 1939 roku z Moskwy wysiedlano poza tzw. 101 kilometr „elementy podejrzane” (w tym obywateli pochodzenia polskiego) Zygmunta Krzyżanowskiego przyjęto do moskiewskiego Związku Pisarzy, co dało mu glejt nietykalności i szansę przeżycia w postaci kartek żywnościowych.

Mieszkał samotnie w pokoiku na Arbacie twierdząc, że nie stać go na utrzymanie siebie, a co dopiero żony. A jednak w ostatnim okresie życia, gdy zdrowie odmówiło posłuszeństwa, oddał się pod opiekę Anny Bowszek, z którą długoletni związek wtedy właśnie usankcjonował formalnie.

Przez całe życie prześladowały wuja Zygmunta dwie myśli: żeby nie być ciężarem dla innych i pisać tylko to, co się chce pisać. Niezależnie od możliwości publikowania i od sławy. Obecnie pierwszą z tych zasad musiał w sobie stłumić - został przewieziony do mieszkania żony, Anny Bowszek. Z drugą zasadą też nie działo się lepiej: w nowych warunkach pisać mu się nie chciało. Jak mawiał, jego „myśli się zabawiały”. Nie - rozbiegały się, ale - „zabawiały się” i nie układały w obrazy ani w uporządkowane ciągi. Wielokrotnie z rozdrażnieniem zauważał, że w pokoju jest zbyt czysto i ładnie, zaś jego myśli „wznoszą się od nieładu i są tu nie na miejscu”.

W notatkach wuja Zygmunta pojawiły się nowe myśli:

1. O życiu myśleć za późno, pora wymyślić swój koniec.
2. Życie dośpiewane i dopite.
3. Najbliższa stacja przeznaczenia: śmierć.
4. Życie należy zdać tak, jak wartownik zdaje wartę.

Wuj Zygmunt odszedł w wigilię 1950 roku.

Krzyżanowski przez cały okres moskiewski zajmował się pracą translatorską, tłumacząc polskich klasyków, a tuż przed śmiercią m.in. poezję Juliana Tuwima. W 1942 roku odbył jeszcze długą podróż po Syberii z wykładami o Szekspirze, jednak lata wojny i tuż po niej cechowało to, że przestał pisać prozę.

Niepublikowany za życia dorobek twórczy Krzyżanowskiego został skrupulatnie zarchiwizowany przez żonę, Annę Bowszek, której w 1957 roku udało się nawet doprowadzić do opracowania dwutomowego wyboru jego powieści, opowiadań i artykułów. Edycja nie doszła do skutku i pierwsze książkowe wydanie wyboru utworów Krzyżanowskiego ukazało się w Moskwie dopiero w 1989 roku, staraniem odkrywcy tej zapomnianej twórczości, poety i literaturoznawcy, Wadimia Perelmutera. Potem pojawiły się kolejne wybory. Obecnie, w ramach programu wydawniczego Federacji Rosyjskiej, wychodzi pięciotomowe wydanie dzieł zebranych pisarza (Zygmunt Krzyżanowski, Sobranyje soczinienija w piati tomach, Wydawnictwo Sympozjum, Sankt Petersburg, (tom 1-3), Wybór i komentarze - Wadim Pelermuter). Właściwie dopiero teraz zaczyna się rysować w miarę pełne wyobrażenie o rzeczywistym dorobku pisarskim Krzyżanowskiego.

Archiwa pośmiertne Zygmunta Krzyżanowskiego zawierają utwory ułożone, zgodnie z jego wolą, w zamknięte cykle. Są to m.in.: Skazki dla wunderkindow - 29 opowiadań, Cziem liudi miertwy - 9 opowiadań, Czużaja tiema - 6 opowiadań, Nieukuszennyj łokot' - 20 opowiadań, Mał mała mienszie - 29 opowiadań, Sbornik rasskazow 1920-1940 - 13 opowiadań. Tego układu przestrzega skrupulatnie rosyjski wydawca dzieł zebranych, Wadim Perelmuter. Nie wiemy jednak do dziś, co jeszcze kryje się w archiwach w Odessie i Kijowie, gdzie zaginęły, i czy w ogóle się odnajdą, sztuki teatralne i scenariusze filmowe, oraz korespondencja Krzyżanowskiego. Zagadek jest wiele, ale też coraz szerszy krąg osób interesuje się spuścizną pisarza. Jak na razie najmniej uczestniczą w tym polscy krytycy, badacze literatury i tłumacze.

Mam nadzieję, że skromny wybór opowiadań w moim przekładzie stanie się czytelnym sygnałem, że w kręgu literatury rosyjskiej istnieje twórczość autora europejskiej miary, który nigdy nie wyparł się polskich korzeni. Zygmunt Krzyżanowski prawdopodobnie pisał głównie w języku rosyjskim - jak Conrad-Korzeniowski w języku angielskim. Conrada przetłumaczyliśmy i przyswoiliśmy naszemu piśmiennictwu.

Pora zająć się Krzyżanowskim. Za jego życia hermetyczne granice Związku Radzieckiego nie dały pisarzowi cienia szansy na zaistnienie w świecie i w Polsce. A wielka to szkoda, bo precyzja stylu, specyficzne obrazowanie, język poszukujący nowych określeń i niespotykana odwaga metafory nawet teraz, po latach, są w stanie oszołomić, zafascynować i zadziwić czytelnika.

Zygmunt Krzyżanowski, Trzynasta kategoria rozsądku, wybór i przekład Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, Instytut Adama Mickiewicza i Oficyna Wydawnicza STON 2, Kielce 2004.

„Wspólnota Polska”, nr 2 z 2005 r.

Powrót do spisu treści

Tadeusz Zubiński

PEŁNOKRWISTY PISARZ

Podwójnie pokrzywdzony, dziwny, bo niepokorny pisarz. Nie mógł zażywać literackiego szczęścia, gdyż zawsze jakoś przychodził nie w porę. Dopiero dziś w Polsce, gdy ukazał się pionierski wybór jego opowiadań jest jeszcze bardziej niepożądany niż w Rosji sowieckiej, a na pewno nieoczekiwany. Dlaczego taka konfuzja? Ano z powodu dramatycznej różnicy potencjałów, pomiędzy dziełem Zygmunta Krzyżanowskiego a możliwością percepcji i powszechnym, skomercjalizowanym bezguściem współczesnego polskiego czytelnika, nachalnie urabianego poprzez dyspozycyjnych pseudo-krytyków i skomercjalizowane media.

Bez wątpienia intelektualista najczystszej próby, pobudzający do samodzielnego myślenia, zatem w polskim obiegu intelektualnym nieoczekiwany, i niepożądany, gdyż trudny do polonistycznego okiełznania. Zygmunt Krzyżanowski nie był łatwym literatem, bynajmniej nie zadowalając się doraźną kategorią ładności, a tym bardziej użyteczności potocznie akceptowanej. Co prawda już na pierwszy rzut czytelniczego oka nasuwają się łatwe analogie z Conradem. Bez wątpienia biograficzne takowe filiacje występują. Obaj z urodzenia kresowcy, obaj przeszli na obcą stronę, swym pisarskim potencjałem zasilając dwie literatury. Zygmunt Krzyżanowski, pisarz pełnokrwisty, zupełnie nieznany w kraju swego pochodzenia, w Rosji właśnie dobija się do czytelnika, a u tamtejszych krytyków zaczyna zażywać spóźnionej chwały. Świetne, i bardzo samodzielne pióro, tajemnicza, ale bez kuglarskich udziwnień, twórczość. Siłą rzeczy stał się porównywalnym na naszym podwórku z Witkacym i Gombrowiczem, bodaj czy tego pierwszego cokolwiek nie przerastał rozmachem pisarskiej wyobraźni. Proza skupiona, detalicznie czysta, wąskoprzestrzenna, powabna w sensie narracyjnego przekazu, w przekazie szalenie bolesna, drapieżnie postdostojewska. Groteska gogolowska, podskórnie ciepłe tony, ale i bezradne współczucie jak z najlepszego Czechowa.

Parę jeszcze koniecznych acz podstawowych danych z życiorysu: Zygmunt Krzyżanowski urodził się pod Kijowem, w jednych z tych cukrowano-czarnoziemnych majątków 11 lutego 1887 (tłumaczka i zarazem autorka lakonicznego wstępu nie sprecyzowała, według jakiego stylu to rachuba, przyjmijmy, że według starego, ale to już nie zła maniera, ale okropna reguła, że w naszym obcowania ze wschodnim sąsiadami cechuje naszą stronę: jeśli nie nadęta ignorancja, to kalkowe uproszczenia). Pobierał solidne, burżuazyjne wykształcenie, gdyż też pochodził z burżuazji. W okresie sowieckim cierpiał niedostatek, pisał do szuflady, zmarginesowany, i umarł jak się łatwo domyśleć w głębokim niedostatku. Właściwie rodziny nie założył, dopiero na łożu śmierci zalegalizował swój długoletni związek z Anną Bowszek. Zmarł poniekąd profetycznie, bo w wigilię 1950 roku w Moskwie.

Kim był ten zdeklarowany samotnik i jakie ważkie dzieło stworzył ten życiowy desperat, neurastenik, erudyta? Władał siedmioma językami, i to autentycznie, filozof, tłumacz literatury polskiej na rosyjski, człowiek teatru, dandys swego czasu, bo bywały przed I wojną światową Europejczyk, outsider za czasów stalinowskich, a na to pytanie odpowie sobie wrażliwy czytelnik już sam, po lekturze wyboru opowiadań tego jedynego barona Münchhausena rosyjskiej literatury. Nie mając dostępu do oryginału muszę zawierzyć zdolnościom i sumienności tłumaczki. Choć przyznam, że niepokoi mnie następujący passus pomieszczony w obszernym szkicu Włodzimierza Paźniewskiego, a w całości zamieszczony w „Rzeczypospolitej” w numerze z 18/19 grudnia 2004: „Przyswajaniem Krzyżanowskiego polszczyźnie zajęła się warszawska tłumaczka Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, moja dobra znajoma z okresu studiów”.

Jakaż to familiarnie płaska rekomendacją a tym bardziej dwuznaczne kryterium dla czytelnika! Do licha, czyżby znów zaleciało tą polską kołtuńską towarzyskością!

Zygmunt Krzyżanowski, Trzynasta kategoria rozsądku, tłumaczenie Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, Koedycja i Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2004

„Akant” 6(97)/2005
oraz (pod tytułem 'Pisarz z najgłębszego literackiego podziemia') DRESZCZ, nr 7, lipiec-sierpień 2005 r. s. 10-11.

Powrót do spisu treści

Tadeusz Zubiński

CONRAD ZE WSCHODU

Mamy wyjątkową okazję: otóż w naszej kieleckiej bliskości pojawia się zjawisko literackie, pisarz niezwykły, z literackiego niebytu wyłuskany przez tłumacza o wyjątkowo czułym literackim słuchu na powaby tego wyjątkowego pisarstwa - Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską i sumiennego wydawcę kieleckiego Stanisława Nyczaja.

Krzyżanowski – pisarz, i prekursor, ironista, mag. I jeszcze taka powikłana biografia. Zygmunt Krzyżanowski (1887–1950) rodem Polak, rosyjski pisarz, świadek historii, w okrutnych czasach nocy stalinowskiej skazany na samotność, życiowy desperat, neurastenik, erudyta władający siedmioma językami, filozof, wizjoner, tłumacz literatury polskiej na rosyjski, światowiec, wojażer przed pierwszą wojną światową. Początki sielsko-kresowe, pobierał solidne burżuazyjne wykształcenie. W okresie sowieckim cierpiał niedostatek, pisał do szuflady, zmarginesowany, zmarł jak się łatwo domyśleć w głębokim niedostatku. Właściwie rodziny nie założył, dopiero na łożu śmierci zalegalizował swój długoletni związek z Anną Bowszek.

Reasumując pisarz-archipelag. Na pierwszy rzut oka często upokarzany i jak dotąd pokrzywdzony, bo niepokorny autor. Nie mógł zażywać literackiego szczęścia, gdyż zawsze jakoś przychodził nie w porę. W Polsce, gdy w roku 2004 ukazał się pionierski wybór jego opowiadań nastąpiła konfuzja w kręgach opiniotwórczych, co świadczy, że pewno był nie oczekiwanym. Dlaczego miała miejsce taka wieloznaczna reakcja i takie rozstrzelanie osądów? Z powodu dramatycznej różnicy potencjałów, pomiędzy dziełem Krzyżanowskiego, a możliwością percepcji i powszechnym skomercjalizowanym bezguściem obowiązującym pośród współczesnych polskich czytelników, totalnie i nachalnie urabianych przez dyspozycyjnych pseudokrytyków i porażająco skomercjalizowane media.

Krzyżanowski - obserwujący mizerię ludzkiej kondycji poprzez literackie okulary groteski i ironii, bez wątpienia intelektualista najczystszej próby, pobudzający do samodzielnego myślenia, zatem w polskim obiegu intelektualnym nie oczekiwany i niepożądany, gdyż trudny do polonistycznego okiełznania. Co więcej, Krzyżanowski nie jest łatwy w lekturze, gdyż nie zadowala się doraźną kategorią potocznej ładności. Co prawda już na pierwszy rzut czytelniczego oka nasuwają się łatwe analogie z Conradem. Bez wątpienia biograficzne filiacje występują. Obaj z urodzenia kresowcy, obaj przeszli na mocniejszą stronę, swym pisarskim potencjałem zasilając i tak dwie ogromne literatury. Na naszych oczach Krzyżanowski w Rosji, na Łotwie i na Zachodzie dobija się do czytelnika, a u tamtejszych krytyków dosłownie ostatnio - i od razu zaznaczmy, że i słusznie - zaczyna zażywać spóźnionej sławy. Twórczość oryginalna, bez kuglarskich udziwnień, Krzyżanowski staje do rywalizacji na naszym podwórku z Witkacym i Gombrowiczem.

Proza najwyżej próby, w przekazie moralnym szalenie bolesna, społecznie drapieżna. Groteska gogolowska, choć pobrzmiewają podskórnie cieplejsze tony współczucia dla upodlonej jednostki, tym samym następuje manifestacja fatalizmu przekleństwa rosyjskiej historii. Warta odnotowania jest doskonale skomponowana z atmosferą tekstu szata graficzna obu książek.

Zygmunt Krzyżanowski, Trzynasta kategoria rozsądku, tłum. Walentyna Mikołajczyk-Trzcińską, s. 195, koedycja Ston 2 i Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2004. Zygmunt Krzyżanowski, Niemożliwe do przewidzenia, tłum. Walentyna Mikołajczyk-Trzcińską, s. 134, koedycja Ston 2 i Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2005.

"Teraz" nr 7/8(19/20). lipiec-sierpień 2005

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

ZAPOZNANY GENIUSZ LITERATURY XX WIEKU — ZYGMUNT KRZYŻANOWSKI

Zygmunt Krzyżanowski (1887–1950) — to niezwykła postać — „Europejczyk w każdym calu, wykwintny, sofistyczny i lapidarny, mający zwyczaj przekształcać filozoficzne i fizykalne paradoksy w zwięzłe, a wprasowujące czytelnika w fotel opowieści, których nie sposób zapom-nieć” — tak krótko, a trafnie scharakteryzował tego wybitnego pisarza Jan Gondowicz.

Był Polakiem piszącym po rosyjsku, pisarzem, teoretykiem i history-kiem literatury, współtwórcą realizacji teatralnych Aleksandra Tairowa, współscenarzystą filmowym, teoretykiem dramatu, szekspirologiem, tłumaczem polskiej literatury pięknej na język rosyjski i jej badaczem. Uprawiając tak wiele dziedzin sztuki, w każdej z nich osiągnął szczyty.

Zygmunt Krzyżanowski od 1922 r. do końca życia mieszkał i tworzył w Moskwie. Był wysoko ceniony w środowisku kulturalnym, zwłaszcza teatralnym i pisarskim tamtego okresu, a to dzięki tzw, „cztieniom”, bardzo popularnym spotkaniom literackim, na których pisarz czytał swoje utwory. Na spotkania z nim przychodziło wielu znanych rosyjskich pisarzy tamtych lat, m.in. Andriej Bieły, co zostało odnotowane w historii rosyjskiego życia literackiego tamtych lat. Ale ani jedna z przygotowanych przez niego do druku książek nie wyszła wtedy1, co spowodowało, że po śmierci został na długo zapomniany; to zapomnienie nastąpiło zresztą wcześniej, bo przez ostatnich dziesięć lat życia, dotknięty głęboką depresją, już nie tworzył. Niemniej jego dorobek jest imponujący — blisko dwieście opowiadań, pięć powieści, eseje, szkice, studia, scenariusze.

Dzisiaj krytycy — pisząc o tym, jak Krzyżanowski łączył w swoich utworach fantastykę z filozoficznym esejem, o roli groteski w jego wieloznacznych, parabolicznych obrazach, wskazują na pokrewieństwo jego pisarstwa z nowatorskimi dokonaniami Calvino, Borgesem i Kafką, ale był przecież od nich wcześniejszy, tyle, że nieznany, bo niepublikowany. Zapoznanym geniuszem literatury nazwał Krzyżanowskiego Gieorgij Szengieli w swoim notatniku w zapisie z początku stycznia 1951 r., tj. w kilka dni po śmierci pisarza (zm. 28 grudnia 1950 r.). Tę notatkę przeczytał w niemal trzydzieści lat później Wadim Perelmuter. Sam będąc poetą, eseistą, historykiem literatury, zainteresował się wyzierającym z zapisu Szengielego rzadko spotykanym podziwem znanego pisarza dla innego, nieznanego, o którym sam nic nie wiedział, mimo iż profesjonalnie zajmował się literaturą, dotarł więc do archiwum Krzyżanowskiego, przekazanego przez jego rodzinę do RGALI (Rosyjskie Archiwum Państwowe Literatury i Sztuki), a po zapoznaniu się z nim przez już ponad dwadzieścia lat pracuje nad przywróceniem kulturze światowej spuścizny tego pisarza. Dla nas te działania mają dodatkowo duże znaczenie, ponieważ Zygmunt Krzyżanowski był Polakiem, mieszkał co prawda w Rosji, ale do końca życia mówił o sobie, że jest tam emigrantem.

Urodził się 11 lutego 1887 roku w okolicach Kijowa, gdzie jego ojciec, Dominik, przez ponad trzydzieści lat prowadził księgowość w cukrowniach należących do dóbr Riabuszyńskich. Tak w sensie bytowym zakończyło się dla rodziny Krzyżanowskich syberyjskie zesłanie, po którego odbyciu nie wolno im było powrócić do Królestwa Polskiego (był to jeden ze środków polityki rusyfikacyjnej carskich władz) i osiedli na Ukrainie. Był jedynym synem Fabiany i Dominika Krzyżanowskich, polskiej, katolickiej rodziny, której przodkowie pochodzili z okolic Warszawy.

Krzyżanowskim powodziło się na tyle dobrze, że mogli sobie pozwolić na wszechstronne wykształcenie jedynego syna. Ukończył prawo na uniwersytecie kijowskim. Znał biegle siedem języków, w tym łacinę i grekę. Miał szerokie zainteresowania, a wybrane dyscypliny zgłębiał gruntownie, były to filologia i filozofia, które studiował równolegle z prawem na uniwersytecie kijowskim, matematyka, astronomia, historia, teoria sztuki. W latach 1912–1913 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach. Po wybuchu I wojny światowej powrócił do Kijowa i wkrótce zaistniał w środowisku naukowym i artystycznym tego miasta, m.in. prowadził cieszące się wielką popularnością wykłady z historii sztuki. Na jednym z nich poznał swoją przyszłą żonę, aktorkę Annę Bowszek, której zasługą jest zachowanie archiwum Krzyżanowskiego po jego śmierci.

W 1918 r. zadebiutował jako prozaik (wcześniej pisał poezję, ale nie cenił wysoko swoich wierszy) — filozoficznym traktatem-opowiadaniem Jacobi i Jacoby.

W marcu 1922 roku Krzyżanowski wyjechał z Kijowa do Moskwy wraz ze Studiem Żydowskim, które opłaciło mu przejazd. Należy podkreślić fakt, iż ten pisarz samodzielnie i świadomie wybrał Moskwę jako pożądane dla siebie środowisko twórczego rozwoju. Miał już 35 lat, za sobą długie lata studiów i literacki debiut. Przyjechał do miasta, którego kultura artystyczna w tamtym okresie promieniowała na całą Europę. Żyła w nim i tworzyła niezwykła plejada wspaniałych artystów, poeci Anna Achmatowa, Władimir Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Isaak Babel, Leonid Leonow, nowatorscy twórcy teatralni Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Konstantin Stanisławski, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels. Aleksander Tairow, urzeczony wykładami Krzyżanowskiego z psychologii twórczości artystycznej, zaproponował mu prowadzenie kursu dla Studia przy Teatrze Kameralnym. Zamówił też u niego sztukę na motywach powieści Chestertona pt. „Człowiek, który był Czwartkiem" i wystawił ją w swoim Teatrze Kameralnym. Sztuka cieszyła się wielkim powodzeniem, bilety były wyprzedane aż do dnia, w którym zerwała się winda wchodząca w skład dekoracji. Zwołana komisja zażądała zmian w scenografii, reżyser odmówił. Sztukę wycofano z repertuaru. To wydarzenie zapoczątkowało długą serię niepowodzeń w życiu Krzyżanowskiego, trwającą jeszcze przez niemal czterdzieści lat po jego śmierci. Tom jego znakomitych opowiadań z pierwszej połowy lat 20. — Skazki dla wunderkindow (Bajki dla cudownych dzieci) — gotowy już do druku nie ukazał się, bo wydawnictwo, które przygotowało jego edycję, nagle zbankrutowało. Przyczyna, z której powodu nie wyszła pierwsza książka Zygmunta Krzyżanowskiego była normalna i zrozumiała dla tamtego, „rynkowego” okresu, ale inne jego książki też nie doczekały się publikacji i to z powodów, które nabrały decydującego znaczenia w nowej epoce, takich, które na wiele dziesięcioleci zamknęły pisarzowi dostęp do zawodowego życia i uznania, do czytelników — wkrótce zaczęła działać sowiecka cenzura. „Filozoficzna wymowa" prozy Krzyżanowskiego, trafnie wychwycona przez czujnych cenzorów, była antyrekomendacją do jej wydania, w nowej epoce dyktatury proletariatu, w której wkrótce zaczęła pisarzy obowiązywać doktryna i poetyka realizmu socjalistycznego, swoista kolektywizacja literatury. Zygmunt Krzyżanowski uważał ją za zjawisko niweczące literaturę jako dziedzinę sztuki. Pisał w tym okresie dużo, ale wsłuchując się wyłącznie w swoje artystyczne powołanie, a wszelkie próby, aby być jak wszyscy, przystosować swój sposób myślenia do otoczenia, okazały się beznadziejne.

Przez ostatnie lata życia Krzyżanowski tłumaczył na język rosyjski polską literaturę klasyczną i współczesną. Po jego śmierci na biurku pozostały przekłady Juliana Tuwima i artykuły o polskiej nowelistyce.

W swoich zeszytach z notatkami Zygmunt Krzyżanowski zapisał:
„Pośmiertna sława - turkocący wóz życia jedzie dalej pusto”.

Do niego sława przyszła w czterdzieści lat po śmierci. Został „odkryty” w końcu lat 80 i bardzo szybko okazało się, że ten pisarz, który zmarł pół wieku temu i o którym do niedawna niewiele było wiadomo, jest odbierany gorąco, z wielkim zainteresowaniem, a nawet entuzjazmem. W Rosji, która za życia nie chciała go publikować, wychodzi pięciotomowe wydanie dzieł wszystkich Krzyżanowskiego opatrzone obszernym wstępem i naukowymi komentarzami jego „odkrywcy”, Wadima Perelmutera. Wyszły już tomy jego prozy w przekładzie na język francuski, gdzie najwcześniej zaczęły się tworzyć fan–cluby Zygmunta Krzyżanowskiego. Wychodzą kolejne książki w przekładzie na niemiecki. Na Łotwie w Daupavpils (Dyneburg) zorganizowano już dwie konferencje naukowe poświęcone twórczości Krzyżanowskiego i wydano zbiór rozpraw naukowych będących ich pokłosiem. I wreszcie wyszedł (w maju 2004 r.) pierwszy tom nowelistyki Zygmunta Krzyżanowskiego w Polsce w przekładzie Walentyny Mikołajczyk–Trzcińskiej.

1 Powrót Z. Krzyżanowskiego z „niebytu” zaczął się dopiero w 1988 r., kiedy to „Litieraturnaja uczoba” wydrukowała jego opowiadanie Kwadraturin (w księdze trzeciej). Wkrótce dzięki staraniom Wadima Perelmutera zaczęły wychodzić zbiory prozy Krzyżanowskiego — w 1989 Wospominanija o buduszczem (Wspomnienia o przyszłości), w 1990 Wozwraszczenije Miunchgauziena (Powrót Münchausena), w 1991 Skazki dla wunderkindow (Bajki dla cudownych dzieci), w 1994 Statji o litieraturie i tieatrie (Artykuły o literaturze i teatrze), od 2001 roku wychodzi pięciotomowe wydanie dzieł wszystkich Zygmunta Krzyżanowskiego z obszernym wstępem i komentarzami Wadima Perelmutera (wyszły już trzy tomy, czwarty jest przygotowany do druku).

‘Skomplikowane stosunki Polaków i Rosjan’, książka pod redakcją prof. Michała Dobroczyńskiego i dr Joanny Marszałek-Kawy, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2005 r., s.173–176.

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

POSŁOWIE DO POWROTU MÜNCHHAUSENA

Powrót Münchhausena Zygmunta Krzyżanowskiego to utwór powstały z potrzeby wypowiedzenia się pisarza na temat münchhauseniady, który go fascynował od dawna, od kiedy zetknął się z opowieściami barona Münchhausena – pewnie już w gimnazjum, a może w latach studiów na Uniwersytecie Kijowskim lub podczas licznych podróży po Europie, wcześniej nim przyszły pisarz mógł powziąć zamiar literackiego przetworzenia tego fenomenu.

W 1914 r. wybuchła I wojna światowa, w 1917 – rewolucja w Rosji, a wkrótce później wojna domowa. Zygmunt Krzyżanowski, Polak urodzony na Kijowszczyźnie, był poddanym rosyjskim, ale we współczesnych mu wydarzeniach historycznych nie brał udziału. Spędził ten czas w Kijowie. Krótko pracował jako prawnik, czyli w wyuczonym zawodzie, potem rozpoczął twórczość literacką, przede wszystkim jednak wykładał — historię i teorię teatru, literatury, muzyki, psychologię twórczości (m.in. w Konserwatorium Kijowskim i w Instytucie Muzyczno-Dramatycznym im. N. Łysenki). Te współczesne wydarzenia historyczne dotknęły go jednak pośrednio, mianowicie przez fakt utraty zapisanego mu przez stryja majątku, który miał stanowić oparcie materialne dla pracy twórczej. Krzyżanowski bowiem, po wszystkich swoich peregrynacjach i mimo wymienionych tu zajęć, powziął decyzję, iż będzie zajmować się w życiu wyłącznie literaturą i sztuką, niezależnie od tego, czy muzy zapewnią mu środki utrzymania. Utrata majątku po stryju skazała go na biedę, która będzie go prześladować do końca życia.

W 1922 r. Zygmunt Krzyżanowski wyjechał do Moskwy, gdzie mieszkał do śmierci, i tworzył, dopóki to było możliwe. Zmarł w grudniu 1950 roku.

Wkrótce po przyjeździe do stolicy nawiązał kontakty z tamtejszym środowiskiem twórczym, zwłaszcza teatralnym. Na zaproszenie Aleksandra Tairowa prowadził kurs z psychologii twórczości artystycznej dla Studia przy Teatrze Kameralnym. Dla tegoż teatru napisał sztukę na motywach powieści Gilberta Chestertona The Man Who Was Thursday, tak właśnie zatytułowaną: Człowiek, który był Czwartkiem. Sztuka została wystawiona i cieszyła się dużym powodzeniem.

W tym też okresie ponownie zetknął się z Münchhausenem: w 1923 r. wyszedł w Moskwie-Petersburgu nowy przekład przygód barona Münchhausena według wersji Raspego, dokonany przez Kornieja Czukowskiego. Krzyżanowski, który już od dawna zgłębiał temat münchhauseniady, teraz dostrzegł w fantastycznych przygodach barona świetny materiał na scenariusz filmowy dla szybko rozwijającej się radzieckiej kinematografii. Na przełomie 1924/1925 roku odbył rozmowy ze studiem filmowym „Mieżrabfilmrus'”, po czym w ciągu kilku miesięcy napisał zamówiony scenariusz. Został on niestety odrzucony. Krzyżanowski próbował (wspólnie z M. Nappelbaumem) założyć prywatne studio filmowe. Także bez powodzenia. Ostatecznie zdecydował się napisać na ten temat powieść. Czy korzystał z gotowego już, napisanego przez siebie scenariusza? Należy przypuszczać, że tak, zwłaszcza iż wiele fragmentów utworu napisanych jest takim właśnie „filmowym” językiem. Jakby scenę po scenie rejestrowała kamera. Przypomnijmy tę z szaloną fasolą zarastającą dom Münchhausena w Londynie, która wyciąga z ulicy redaktora podrzędnego pisemka i wpycha go do domu na spotkanie z Münchhausenem.

Główny bohater – tytułowy baron Münchhausen, będący wymysłem autora powieści i jego własnością, co w utworze jest wielokrotnie czytelnie podkreślane, występuje tam w wielu przenikających się, nakładających na siebie rolach. Ale ta postać ma także swój byt pozaliteracki — Karl Friedrich Hieronymus von Münchhausen jest postacią historyczną. Żył w latach 1720–1797, był oficerem na żołdzie rosyjskim w oddziałach księcia Brunszwiku, walczył w dwóch kampaniach przeciwko Turcji, po czym osiadł w Hanowerze. Przez lata jego głównym zajęciem było opowiadanie w gronie przyjaciół, wspólnie z nimi biesiadujących, swoich wielce ciekawych, choć fantastycznych i najzupełniej niewiarygodnych wojennych i myśliwskich przygód. Atrakcyjność tych opowieści, jak też sposób ich podawania (sam baron był postacią ciekawą dla otoczenia) sprawiły, iż stały się one powszechną własnością, a ich autor wszedł do ludowej legendy jako Baron Łgarz (Lügenbaron). Bohatera powieści Zygmunta Krzyżanowskiego łączy z nim przede wszystkim nazwisko, co ma zresztą duże znaczenie w poetyce tego utworu, ponieważ jest to nazwisko znaczące.

Powieść powstawała bardzo szybko. W końcu lata 1927 r. Krzyżanowski na spotkaniu literackim w domu Wołoszyna w Koktebelu zaprezentował jej pierwszą wersję. Po kilku miesiącach, na początku 1928 r., pisarz ostatecznie dopracował utwór i złożył go w wydawnictwie „Ziemla i Fabrika”. Redaktor naczelny wydawnictwa, poeta Władimir Narbut, chciał powieść wydać, doceniając jej walory literackie, znał zresztą dobrze i cenił Krzyżanowskiego. Niestety, uniemożliwiły to recenzje powieści – były miażdżące. Najłagodniejsze zarzuty dotyczyły satyry Krzyżanowskiego, że „nudna i mało wyrazista”, co gorsze jednak, zarzucano pisarzowi nieprawdziwe i oszczercze prezentowanie radzieckiej rzeczywistości. Sprawa zakwestionowanego maszynopisu ciągnęła się długo. Nagle, z dnia na dzień, na skutek donosu Narbut został wyrzucony z partii i zwolniony z wszystkich stanowisk. To zdecydowało o losach powieści. Została wydana w Rosji (wtedy jeszcze ZSRR) po raz pierwszy dopiero w 1990 roku.

Jednym z przyjaciół podejmowanych przez autentycznego barona Münchhausena był Rudolf Erich Raspe, bibliotekarz w Kassel. Aby uniknąć kary za popełnioną kradzież, Raspe uciekł do Anglii, gdzie w 1785 r. wydał w Londynie w języku angielskim własną, autorską wersję przygód barona, nadając jej tytuł Opowieści barona Münchhausena o jego cudownych podróżach i kampaniach w Rosji. Co prawda Raspe twierdził, iż autorem tych opowieści jest sam Münchhausen, on tylko zapisał to, co baron opowiadał w szerszym gronie przez lata, ale jego autorski wkład w zbudowanie postaci barona jest niewątpliwy. Bohater Raspego ma spójną osobowość, której cechą najbardziej rzucającą się w oczy jest zwycięstwo fantazji nad rozumem, demonstracyjne ignorowanie logicznych, przyczynowo-skutkowych związków między wydarzeniami.

W rok po wyjściu książki Raspego, tj. w 1786 r., poeta Gottfried Bürger wydał przekład niemiecki tej książki, pod tytułem Cudowne podróże na lądzie i morzu, kampanie i wesołe przygody barona von Münchhausena. Jego tekst w porównaniu z oryginałem Raspego jest znacznie szerszy i ma bardziej wyrazistą satyryczną tonację. To nie tylko przekład, lecz w dużym stopniu tekst oryginalny: przygody Münchhausena w wersji niemieckiego poety balladowego Gottfrieda Bürgera.

Książki te, przekładane na wiele języków i wznawiane przez dwa stulecia, uczyniły z Münchhausena charakterystyczną postać literacką — człowieka obdarzonego nieokiełznaną wyobraźnią, żądnego przy tym poznania świata i poznającego go w miarę — i ponad miarę — ludzkich możliwości. Taka wyobraźnia to wielki dar, wyróżnia ona barona Münchhausena pozytywnie spośród otoczenia, nastawiając do niego przyjaźnie innych ludzi. Przy czym porównanie tekstów Raspego i Bürgera wskazuje, iż obaj stworzyli bardzo pochlebny wzór podobnego bohatera. W jeszcze większym stopniu dotyczy to stwierdzenie francuskiego przekładu Przygód barona Münchhausena, dokonanego przez Théophile'a Gautiera (syna) — jest to wersja przeznaczona dla dziecięcego czytelnika, wydana we Francji w 1862 r. W Polsce w 1991 r. książkę wydały Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe w pięknym przekładzie Julii Hartwig i ze wspaniałymi ilustracjami Gustave'a Doré, znanymi zresztą z innych wydań, jak też z filmu Karla Zemana. We wszystkich tych wersjach baron Münchhausen, choć dzielny i odnoszący wiele sukcesów w wojennym fachu, jest w gruncie rzeczy człowiekiem łagodnym i dobrodusznym. A jednak zdarzało się, że tę postać odbierano inaczej, jako bohatera negatywnego. Na przykład dla Marka Hłaski, który czytał wersję Raspego, Münchhausen — „to tępy bursz, Prusak, dziwkarz, samochwał, łajdak, dla którego ojczyzną jest pieniądz: będzie mordował za pieniądze każdego władcy” (cytat z felietonu Hłaski w „Po prostu”, nr 30/1954, o fragmentach Opowieści barona Münchhausena, publikowanych w 1954 roku w „Dookoła świata”). Bardzo to specyficzny odbiór, jednak jeśli w odniesieniu do Münchhausena Raspego jest on jeszcze w ogóle możliwy, to bohatera powieści Zygmunta Krzyżanowskiego nie można byłoby w ten sposób określić w żadnym z jego wcieleń.

Jakież to wcielenia? Jest ich wiele. Pierwsze – to opisany byt historyczny, który miękko przeszedł w istnienie ściśle literackie, oparte na fikcji. Ten drugi byt jest znacznie ciekawszy i barwniejszy. W Powrocie Münchhausena Krzyżanowski nawiązał do długiej, liczącej blisko trzy tysiące lat tradycji literackiej, którą dobrze znał, poruszał się bowiem swobodnie w całym europejskim dorobku kulturowym i duchowo czuł się z nim mocno związany. Poza tym jako wykształcony filozof, zwłaszcza dobrze znający zasady logiki, który wybrał literaturę piękną jako najbardziej odpowiadające mu narzędzie intelektualnej i twórczej penetracji świata, musiał zainteresować się postacią fantasty i wizjonera, z założenia nigdy nie mówiącego prawdy, ale też nigdy nie kłamiącego.

Żołnierz (tu: oficer) na czyimś żołdzie, a więc zawodowy wojak — to jeden z najstarszych i najbardziej znanych typów, nieprzerwanie obecny we wszystkich epokach literackich w naszym kręgu kulturowym. Wszyscy Münchhausenowie, których wymieniłam — Raspego, Bürgera, Gautiera i wreszcie Krzyżanowskiego – związani są tą samą tradycją literacką Żołnierza Samochwała. Wiadomo jednak, że każda tradycja może wydawać różne owoce – poprzez budowanie różnych wersji tych samych postaci. Sięgnijmy więc do historii.

Samochwał — taki właśnie tytuł miała zaginiona sztuka grecka powstała w czasach antycznych. Jej bohater — zarozumialec, opowiadający niestworzone historie o swoich wyczynach wojennych, o niezwykłych przygodach i przerażających opałach, z których umiał wyjść cało jedynie dzięki własnej odwadze i sprytowi — stanowi pierwowzór dla wszystkich późniejszych podobnych postaci. Co prawda, jeśli sięgnąć do mitów, pod pewnymi względami za prawzór podobnego bohatera można uznać już Odyseusza, czyli Ulissesa, który w mitologii greckiej, a za nią w rzymskiej był bohaterem radzącym sobie w każdej opresji. W antycznej literaturze greckiej taki bohater był szeroko znany. We fragmentach, urywkach, zachowały się wzmianki o podobnej postaci występującej w wielu komediach Menandra. Sam Menander prowadził w Atenach życie światowca, a bohaterami i odbiorcami jego utworów była ówczesna ateńska arystokracja. Jej przedstawiciele spędzali znaczną część życia na wojnach, to bowiem wynikało z ich statusu społecznego, taka była ich powinność. Zawsze jednak pozostawali ludźmi wytwornymi, obca im była przesadna rubaszność, choć elementy rubasznego komizmu, sądząc po odnalezionych fragmentach, są w sztukach Menandra obecne. Jego twórczość niemal w całości zaginęła, ale znane są łacińskie przeróbki sztuk Menandra — trzy Plauta i cztery Terencjusza, w których pojawiają się pierwowzory postaci Żołnierza Samochwała. Takie zapożyczenia były wtedy normalną praktyką. U Plauta Żołnierz Samochwał występuje pod różnymi imionami aż w sześciu sztukach, z których najbardziej znany pozostał Pyrgopolinik w Żołnierzu Samochwale. Były to komedie popularne, a zamiarem ich autora było pobudzenie widza do śmiechu poprzez nagromadzenie komizmu sytuacyjnego i barwny, choć niewybredny, potoczny język, można by rzec — język gminu. Inaczej jest u Terencjusza. Ten drugi, obok Plauta, najbardziej popularny dramaturg starożytnego Rzymu pochodził z Kartaginy, do Rzymu trafił jako niewolnik senatora Terencjusza Lukana, który go później wyzwolił. Przebywając w środowisku arystokratycznym, przesiąkniętym kulturą grecką, gardził zapewne popularną, dość prostacką komedią Plauta. W przeciwieństwie do niego pisał językiem warstw wykształconych. Żołnierz Samochwał Terencjusza, przedstawiony w jego najbardziej znanej komedii Eunuch jako Thrason (postać zapożyczona od Menandra) pozbawiony jest cechy rubaszności, choć odznacza się humorem i polotem. Tak więc te dwa typy Żołnierza Samochwała stały się wzorem dla późniejszych projekcji tej postaci.

Najbardziej znanym Samochwałem, już w literaturze nowożytnej, pozostaje Sir John Falstaff, najsłynniejsza postać komiczna Szekspira. Krzyżanowski znakomicie znał twórczość Szekspira, od lat młodzieńczych był dla niego wzorem twórcy i bez wątpienia wpłynął na kształtowanie się osobowości twórczej Polaka. Jeśli zatem Krzyżanowski w którymś momencie swego życia, będąc już dorosłym, gruntownie, i to w wielu dziedzinach wykształconym człowiekiem, dokonuje wyboru swej dalszej drogi twórczej „pomiędzy Kantem a Szekspirem” (sam to tak właśnie określał), i wybiera Szekspira, to Powrót Münchhausena dobitnie wskazuje, jakich wzorów u niego szukał. Eseistyka pisarza potwierdza, iż jego ulubionym bohaterem spośród wszystkich postaci szekspirowskich był właśnie Falstaff. Warto wszakże zaznaczyć, że u Szekspira Falstaffów jest dwóch: ten w Henryku IV — to dowcipny i wesoły gaduła, choć zarazem bezczelny kłamczuch, natomiast w Wesołych kumoszkach z Windsoru ten sam Falstaff jest już tylko marnym i żałosnym bufonem. To też odpowiada starej antycznej tradycji dwoistego charakteryzowania postaci Samochwała.

Różne oblicza, różne odmiany Samochwała powtarzają się przez wieki. Także w literaturze polskiej. Nie będę mówić o wcześniejszych, mniej znanych. Polskim najsławniejszym Żołnierzem Samochwałem jest Sienkiewiczowski Zagłoba — łgarz i hultaj, lubujący się w fortelach, ale też wierny przyjaciel, a także dzielny rycerz, gdy zachodzi potrzeba. Natomiast innym, również wielce przekonującym i chwytającym za serce, choć żałosnym Samochwałem jest Papkin w Zemście Aleksandra Fredry — „lew Północy, rotmistrz sławny i kawaler”. Można jednak zauważyć po głębokim namyśle, że choć Zagłoba i Papkin jako postacie literackie nader różnią się, to z punktu widzenia podstawowych cech osobowości – są oni jak bracia.

Baron Münchhausen jako literacki typ w utworach opisujących różne wersje jego przygód jest nawiązaniem do tej samej długiej, sięgającej do czasów antycznych tradycji. Musiał się pojawić, miał zarezerwowane dla siebie miejsce w literaturze europejskiej – opowieści barona Münchhausena i im podobne ukazywały się już wcześniej, zanim Raspe wydał w Londynie swoją książkę (np. w Vademecum für lustige Leute, 1781–1783), dlatego nie może dziwić, że tak szybko zyskał wielką popularność. O samym baronie Münchhausenie i o jego literackich wcieleniach Zygmunt Krzyżanowski wiele czytał po niemiecku być może już w okresie studiów na Uniwersytecie Kijowskim, a najprawdopodobniej w czasie swoich podróży po Europie. Jak widać zafascynował go temat człowieka żyjącego równie pełnym życiem w różnych wymiarach bytu.

Jednak Münchhausen Krzyżanowskiego, mając tak wiele wspólnego z imiennikami w cytowanych już utworach, różni się zarazem od nich zasadniczo. Nad żądzą poznawania świata góruje u niego chęć jego kreowania, a właściwie ich, wielu światów – ten fantasta stwarza sobie taką mnogość światów, jaką mu dyktuje natchnienie. Po raz pierwszy też nie jest w gruncie rzeczy, jak w poprzednich wersjach przygód barona, Żołnierzem Samochwałem, taki był zarówno historyczny Münchhausen, jak też wszystkie jego dotychczasowe wcielenia literackie. Autor nadał mu co prawda nazwisko przynależne tej postaci i wyposażył w rozpoznawalne atrybuty zewnętrzne — ma on charakterystyczną kamizelę, długą szpadę w zniszczonej pochwie, trąbkę w pokrowcu z koralików i warkocz ze wstążką. Ale owe stare akcesoria, związane z jego tożsamością, znaną z wcześniejszych powieści, tym razem baron pozostawia w szafie w swojej posiadłości w Bodenwerder, podróżuje bez nich, bowiem w XX wieku te atrybuty mogłyby śmieszyć, choć – czasem odczuwa ich brak, na przykład harcapa, za który mógłby się wyciągnąć z trudnych sytuacji, w jakie oczywiście popada. A więc mimo zastosowania chwytów, dzięki którym Krzyżanowski chciał czytelnie osadzić swojego bohatera w określonej rzeczywistości literackiej, jego Münchhausen nie jest powszechnie znanym i ogólnie rozpoznawalnym typem Samochwała, jeśli już – to więcej niż z tamtym facecjonistą i hultajem ma wspólnego z mężem stanu, oczywiście na sposób münchhausenowski fikcyjnym mężem fikcyjnego stanu.

Pojawił się w Niemczech, Anglii i Rosji na początku lat dwudziestych, ponieważ tego wymagał moment historyczny. Akcja powieści rozpoczyna się w dniu wybuchu buntu kronsztadzkiego w 1921 r., ale w retrospekcji Münchhausen próbuje wyjść z książki o sobie do innej rzeczywistości literackiej już w 1919 roku, wprost na jedno z posiedzeń konferencji wersalskiej. Musiał na pewien czas ukryć się z powrotem w książce, między stroną 68 a 69, ponieważ obawiał się posądzenia o szpiegostwo, jednak poczucie misji wobec ludzkości, która znalazła się na niebezpiecznym zakręcie historii, wypchnęło go z powrotem do świata początku lat dwudziestych XX wieku. Oczywiście, jeśli miał pomóc ludzkości w tym okresie jej dziejów, musiał zająć się polityką.

Charakterystyczny i wiele mówiący jest jego wygląd zewnętrzny: to człowiek o wytwornej powierzchowności – ma podłużną twarz o ciężkich powiekach, nos rasowy z cienkimi chrapkami, jest starannie ogolony i –przypomina samego Zygmunta Krzyżanowskiego na jego najbardziej znanym zdjęciu. Pragnę podkreślić to podobieństwo: wydaje się być zamierzone. W ubiorze barona zwracają uwagę lakierowane, nieskazitelnie utrzymane pantofle, a także kamień księżycowy, błyszczący na jego serdecznym palcu. Warto wspomnieć o rodowym herbie, który też jest wymowny: pięć heraldycznych kaczek w locie, nanizanych na sznur. To stary herb literackich Münchhausenów, ale u Krzyżanowskiego w tym herbie pod ogonem ostatniej kaczki wije się napis: mendace veritas. Przypisanie legendarnemu Lügenbaronowi takiego herbu nadaje tej postaci nowych znaczeń. Przedziwne związki prawdy i kłamstwa w całym Powrocie Münchhausena odgrywają bardzo ważną rolę, tu tylko je sygnalizuję, bo to temat na oddzielną rozprawę.

Gdziekolwiek Münchhausen pojedzie, wszędzie wytwornie mieszka. Na przykład w Londynie — w dwupiętrowej willi przy Bayswater Road, którą wybrał specjalnie w pewnym oddaleniu „od hałaśliwego, wymieniającego ludzi na ludzi Charing Cross. Z tyłu willi przestronne i niezbyt hałaśliwe ulice Paddington, z okien górnego piętra – za długim zwojem ogrodzenia – milczące aleje Parku Kensington”. Jest to miejsce bardzo prestiżowe. Baron ma eleganckiego sekretarza, który nosi za nim teczkę z dokumentami, a wśród nich protokoły Ligi Narodów, oryginalne dokumenty pokoju brzeskiego, stenogramy posiedzeń konferencji amsterdamskiej, waszyngtońskiej, wersalskiej, sewrskiej i wielu, wielu innych porozumień i paktów. To sygnalizuje, że baron wszędzie tam był, we wszystkich tych wydarzeniach uczestniczył i ma o nich swoje zdanie – nader krytyczne, dlatego bez żalu rozstaje się z dokumentami, które ich dotyczyły, traktując je jako niepotrzebną makulaturę.

Mimo poczucia misji Münchhausen bardzo sceptycznie zapatruje się na politykę. Nie odmawia jednak swojej pomocy w załatwianiu spraw trudnych, bo też jest w tym niezrównany. Kapitalnym przykładem jest przedstawiony Katarzynie II (baron Münchhausen u Krzyżanowskiego żyje w kilku epokach równocześnie) pomysł na modernizację przemysłu futrzarskiego, który polega na tym, aby nie zabijać zwierzęcia, tylko zmusić je biciem do zrzucenia skóry. Dawniejsi Münchhausenowie też dokonywali podobnej sztuki, ale w odniesieniu do pojedynczych sztuk, podczas gdy bohater Krzyżanowskiego, znając teorię Darwina o przystosowalności zwierząt do środowiska, potrafi to robić na skalę masową: umiejętnie bite zwierzę będzie dotąd zrzucać kolejne skóry, aż padnie. Carycy bardzo się ten sposób pozyskiwania skór spodobał i postanowiła zastosować go – wobec ludzi. Bo też Rosja, gdzie tak chętnie batożono, świetnie się nadaje do takich pomysłów.

Jest więc Münchhausen Krzyżanowskiego pomysłowym reformatorem, musi jedynie znaleźć dla siebie pole do popisu, potrzebna mu skala godna jego fantazji. Dlatego przyjmuje propozycję wyjazdu do Rosji Radzieckiej jako korespondent najpoważniejszych gazet zachodnich, wpływających na kształtowanie polityki tej części Europy i Ameryki. Tu szybko napotyka zadania na swoją miarę. Ułożył na przykład plan racjonalizacji przemysłu rozbójniczego poprzez wyeliminowanie księżycowych nocy, które przeszkadzają w zbójeckim fachu. Zauważył, że rosyjski naród, mając płuca godne zazdrości, ponieważ rozwija je dmuchając w samowary – jeśli dmuchnie na jasno świecący księżyc, to on zgaśnie. Tak się stało, banda dmuchnęła z całych sił, księżyc zgasł, a zbójcy mogli się obłowić, grabiąc podróżnych, którzy nie umieli sobie poradzić w ciemnościach. Pomysł genialny w swej prostocie. U Krzyżanowskiego ma on też wyraźne odniesienie do współczesnego mu życia literackiego. Powieść o nieugaszonym księżycu (Powiest' niepogaszennoj łuny) — taki tytuł miała nowela Borysa Pilniaka opublikowana w 1926 r., która spowodowała ostrą kampanię polityczną przeciwko autorowi. Wtedy właśnie Krzyżanowski pisał swój Powrót Münchhausena i stąd z pewnością pomysł gaszenia księżyca i fragmenty w powieści wprost odnoszące się do opisanej sytuacji, np. takie oto stwierdzenie głównego bohatera utworu: „I jeżeli znajdzie się człowiek, który na przekór przepowiedni zechce pisać o «niegasnącym księżycu», niech się obawia spotkania ze mną, Münchhausenem: dowiodę mu kłamstwo”. W ten sposób pojawiła się w powieści bardzo czytelna aluzja do aktualnej sytuacji w życiu literackim Moskwy.

Najbłyskotliwsze pomysły wprowadzone w życie w Rosji przez Münchhausena jako męża stanu i wielkiego reformatora dotyczyły walki z głodem. Problem ten dotykał w życiu samego Krzyżanowskiego, który też głodował, a bywało, że w jego otoczeniu ludzie umierali z głodu. Już pomysł, aby z zagranicy sprowadzić głodującym wykałaczki, pobudza wyobraźnię czytelnika, podobnie jak propozycja zmobilizowania zaklinaczy szczurów i lekarzy-hipnotyzerów. Jednak najznakomitsza jest idea tzw. münch-dań, ponieważ rozwiązuje jednocześnie dwa problemy: oszukiwania głodu i poszukiwania więzi społecznej. Tu zresztą Krzyżanowski ponownie nawiązał do wcześniejszych Opowieści barona Münchhausena: w jednej z nich baron wystrzelił do stadka kuropatw, które zapragnął mieć jako pieczyste na swym stole, nie nabój, lecz pałeczkę, na którą nadziało się siedem ptaków, wielce tym zdumionych. To opisane zdarzenie mogło bawić słuchaczy przygód barona tylko w poprzednich stuleciach, ale nie w XX wieku po rewolucji – kiedy to głód w Rosji był rzeczywisty, straszny i masowy, co w powieści Krzyżanowskiego jest udokumentowane w przytoczonych listach rosyjskich korespondentów Münchhausena.

Opisane powyżej w konwencji gorzkiej satyry kompromitujące Rosję radziecką fakty i wydarzenia Münchhausen opublikował na pierwszych stronach gazet w Anglii i Ameryce, co spowodowało, że ich „duże nakłady stały się gigantyczne”, wygłosił także na ten temat odczyt w Towarzystwie Królewskim w Londynie. Jego relacje zostały przyjęte z wielkim aplauzem przez odbiorców na Zachodzie, którzy nie znajdowali w nich nic nieprawdopodobnego, bo przecież w Rosji, kraju położonym poza horyzontem cywilizacji, możliwe jest wszystko, co w cywilizowanym świecie Zachodu byłoby uznane za czystą fantazję. Przyznano baronowi w ekspresowym tempie taką liczbę orderów i medali, że na jego ubraniu nie starczało już na nie miejsca i przyszło je zawieszać z odstępstwem od protokółu. Otrzymał także dyplomy i tytuły członka korespondenta, doktora itd. wszelkich możliwych akademii i uniwersytetów. Jego osobiste przedmioty – stary pieróg, wytarta kamizela, kapelusz i harcap – zostały uznane za relikwie cywilizacji zachodniej i jako takie złożone w Opactwie Westminsterskim (nie każdy król mógł dostąpić podobnego zaszczytu). Zaczęto wznosić mu pomnik i miał być nawet przyjęty przez króla Połączonego Królestwa Brytanii i Obojga Indii na osobistej audiencji, ale nie pozwolił monarsze dostąpić zaszczytu spotkania z sobą, wyjechał przed wyznaczoną audiencją, czym obraził Jego Majestat, ale tym sposobem, jak to określił autor: „wymknął się spod uderzenia ciężkiej łapy brytyjskiego lwa”, unikając konsekwencji rozpętanej afery.

Ostrzem swojej satyry pisarz godzi nie tylko w Rosję, ale też w całą starą, zmurszałą Europę. Kpi z polityków, z historycznych kongresów i ich uczestników, z instytucji i wszystkich postaci utożsamiających władzę.

Zygmunt Krzyżanowski był wszechstronnie wykształcony i przekazał tę wiedzę swojemu bohaterowi, który fachowo rozprawia na każdy temat, jaki pojawi się w utworze: potrafi wypowiadać się o pisarzach, reprezentujących różne odmiany literatury i różne kręgi literackie, epoki i kierunki, z niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie dyscyplin matematycznych dyskutuje o teorii prawdopodobieństwa, a z najwybitniejszymi filozofami spiera się o kwestie bytu, trafiając przy tym w sedno, nawet jeśli czyni to niekonwencjonalnie. Np. cytując jeden z aforyzmów Kanta: „Człowiek człowiekowi — celem i niczym prócz celu być nie powinien”, kojarzy to sformułowanie z brutalnym natarciem 21 maja 1871 r. plutonu wersalczyków na obrońców Komuny Paryskiej. Komunardzi są – w dosłownym sensie – celem dla wymierzonych w nich karabinów. Takie wypowiedzi bohatera powieści świadczą o jego głębokim sceptycyzmie wobec rzeczywistości, do jakiej trafił, równie głębokim, jak sceptycyzm wobec tej rzeczywistości samego Krzyżanowskiego. Tak było już wtedy, kiedy pisał Powrót Münchhausena, tj. w latach 1926–1927; ten sceptycyzm będzie w nim narastać prowadząc z czasem do rozpaczy i – nieco później, od lat czterdziestych – do niemocy twórczej.

W miarę jak rozwija się akcja powieści, Münchhausen staje się coraz bardziej bezpośrednim i czytelnym wyrazicielem poglądów samego Krzyżanowskiego, zwłaszcza na sztukę, jej cele i zadania. W kluczowym dla zrozumienia utworu przedostatnim rozdziale Münchhausen mówi o sobie jako o mistrzu fantastyki czystej, a o swoich pomysłach, że przychodzą na świat z zachwytu i uśmiechu, a nie z brudu i krwi. Odchodzi, czyli umiera, kiedy zrozumiał, że zachorował na morbus veritatis, chorobę prawdy, okropną i wstydliwą dla postaci, której żywiołem jest fikcja. Charakterystyczne, że Krzyżanowski napisał to na kilka lat przed wprowadzeniem – po założeniu Związku Pisarzy Radzieckich ZSRR – realizmu socjalistycznego jako podstawowej metody twórczej w Związku Radzieckim, bezwzględnie obowiązującej pisarzy, której nieprzestrzeganie narażało nie tylko na niemożność druku, ale w tamtych latach mogło się wiązać ze znacznie surowszymi konsekwencjami. Owo przymusowe ujednolicenie myślenia twórczego, a nawet myślenia w ogóle we współczesnym mu świecie, Krzyżanowski zobrazował w odniesieniu do Rosji jako strzyżenie światopoglądu przy pomocy zwyczajnej fryzjerskiej maszynki do strzyżenia, tylko z nieco wydłużonymi rączkami w szklanych uchwytach („naród rosyjski jest bardzo pomysłowy”) – wymyślił to i przeprowadził eksperymentalnie specjalnie do tego powołany Instytut Niwelowania Psychik. Ten fantastyczny pomysł ma również aż nadto wiele rzeczywistych związków z ówczesnym życiem w Rosji, a także późniejszym, już po napisaniu Powrotu Münchhausena, bo i ta wizja Krzyżanowskiego okazała się prorocza.

Wadim Perelmuter, poeta, eseista, historyk literatury, „odkrywca” Zygmunta Krzyżanowskiego w końcu lat osiemdziesiątych, w swoich komentarzach poświęconych Powrotowi Münchhausena napisał, że ta powieść wydaje się najbardziej bezkompromisowa w całej spuściźnie pisarza, który nie uwzględnia w niej kategorycznych wymogów, stawianych pisarzom już wtedy, w końcu lat dwudziestych, a później, po wprowadzeniu socrealizmu, te wymogi przybrały jeszcze skrajniejsze formy. To, że powieść nie ukazała się drukiem, o co zabiegał Krzyżanowski, według wszelkiego prawdopodobieństwa w okresie stalinowskim uratowało mu życie.

Pomysły Münchhausena w powieści Krzyżanowskiego na poprawienie ludziom ich egzystencji, jeśli wydają się absurdalne, to nie są bardziej absurdalne niż rzeczywistość, do jakiej trafił. Przy czym literacki bohater Krzyżanowskiego, jak wynika z rozwoju akcji, w odróżnieniu od poprzednich wersji tej postaci, do Rosji nie tylko nie pojechał, ale nawet w ogóle nie miał takiego zamiaru. Wszystkie opisane fantastyczne poczynania zrodziły się w jego głowie, były fantazjami, zmyśleniami, o których sądził, że są dostatecznie nieprawdopodobne, aby ugruntować jego sławę światowego łgarza. To było jego ambicją, ale też potrzebą, bo tylko w tej roli mógł istnieć i usiłował ją grać najlepiej jak umiał. Poniósł klęskę. Załgany świat nie potrzebował superłgarza. Ten definitywny krach na jedynym danym mu polu działania spowodował koniec Münchhausena, który zachorował i odszedł, oczywiście do książki („safianowej trumny”). Ale Zygmunt Krzyżanowski w Rosji opisanej w Powrocie Münchhausena mieszkał i tworzył. To, co opisał, odzwierciedla w sposób twórczo przetworzony warunki jego własnej egzystencji, a jego bohater jest w gruncie rzeczy nim samym, ukrytym pod ogólnie znaną maską. I to, jak sądzę, jest kluczem do odczytania niniejszej wersji przygód barona i charakteru tej postaci. Krzyżanowski konstruuje swojego bohatera, wykorzystując kilka pięter fikcji, konwencji i umowności. Odwołuje się do typu i natychmiast go burzy. Już sposób, w jaki się pojawił jego Münchhausen w powieści, jest z tego punktu widzenia charakterystyczny — wyszedł z książki o sobie, funkcjonującej jako jego dom w utworze Krzyżanowskiego, i zaczął w niej działać jako gotowa postać. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale w podobny sposób znalazł się w moskiewskim środowisku literackim Zygmunt Krzyżanowski, nader konsekwentnie i samodzielnie kształtując swą biografię pisarza, która na dobre zaczyna się od przyjazdu do Moskwy. Niewiele można znaleźć wiarygodnych materiałów o jego przedmoskiewskim życiu.

Zygmunt Krzyżanowski świadomie wybrał Moskwę jako pożądane dla siebie środowisko twórczego rozwoju, a podjął tę decyzję w 1922 r. Skłania ona do refleksji. W tamtym czasie wielu pisarzy rosyjskich, ryzykując życie, wyjeżdżało z sowieckiej Rosji, często przez „zieloną granicę” (np. na początku 1920 r. Zinaida Gippius, Dymitr Mereżkowski, Konstanty Balmont, Iwan Bunin, w 1921 Aleksander Riemizow). Krzyżanowski — jako aktywny uczestnik kijowskiego życia literackiego — musiał o tym wiedzieć. Co więcej, w Moskwie mieszkało wielu członków jego bliższej i dalszej rodziny, uczestniczących w życiu kulturalnym, zwłaszcza teatralnym, stolicy. Utrzymywał z nimi stały kontakt. Musiał wiedzieć o represjach (w 1921 r. rozstrzelano Lwa Gumilowa, jednego z najwybitniejszych poetów epoki, a śmierć ta odbiła się szerokim echem w środowisku), ale wiedział też, że mimo postępującej totalitaryzacji życia w Rosji artyści korzystają tam ze względnej swobody wypowiedzi artystycznej. Podążał więc do Moskwy jak ćma do światła, potrzebował bowiem kontaktu z odpowiednim dla siebie środowiskiem. Do niebezpieczeństwa, czyhającego zewsząd, zdążył się przyzwyczaić. Miał już 35 lat, za sobą długie lata studiów i literacki debiut. Jechał do miasta, którego kultura artystyczna w tamtym okresie promieniowała na całą Europę. Tworzyła tam niezwykła plejada artystów: poeci – Anna Achmatowa, Włodzimierz Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy – Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Izaak Babel, Leonid Leonow, twórcy teatralni – Konstantin Stanisławski, Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels. Krótko po przyjeździe do Moskwy poznał ich wszystkich i – co ważne – zdobył w tym środowisku mocną pozycję.

Wracając do powieści: Münchhausen Krzyżanowskiego starzeje się w jego utworze niewspółmiernie szybko do mijającego czasu. Autor w realnym życiu również – przyczyną jest narastające rozczarowanie i gorycz, potem – w ich efekcie – wieloletnia depresja i powolne zanikanie sił psychicznych i fizycznych. Przy czym nie środowisko artystyczne w Moskwie go rozczarowało, znalazł w nim właściwie wszystko, czego szukał, nie znalazł natomiast warunków do skromnej choćby egzystencji jako pisarz żyjący z pióra. Ale jego bohater, kiedy ogarnie go apatia i zgorzknienie, może powrócić na odpowiednią stronę powieści, Krzyżanowski natomiast musi żyć dalej. W swoim utworze jakby przewidział, co go czeka w przyszłości — to co Münchhausena: częściowy paraliż mózgu, uniemożliwiający rozróżnianie liter. Tyle że Krzyżanowskiemu przydarzyło się to w 1950 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią (opisuje to żona pisarza, Anna Bowszek, w swoich wspomnieniach o mężu zatytułowanych Oczami przyjaciela). Sam autor opisał tę chorobę w odniesieniu do stworzonego przez siebie bohatera prawie ćwierć wieku wcześniej.

‘Powrót Münchhausena’, Wydawnictwo BOSZ, 2005

Powrót do spisu treści

BRAWO, PANIE BARONIE!
NIECH ŻYJE FANTAZJA!

Zostałem mile zaskoczony, co w przypadku literatury nie zdarza mi się aż tak często, jak bym sobie życzył. Zupełnie nieznany mi autor, Zygmunt Krzyżanowski. Książka napisana dość dawno temu, w okresie rewolucyjnych przemian na ziemi rosyjskiej, a zadziwiająco nowoczesna. I to nie poprzez udziwnioną formę, brnięcie przez którą można porównać do przedzierania się przez raniące ciało chaszcze. I nie z powodu, tak obecnie modnej, szokującej, łamiącej kolejne tabu czy bulwersującej treści. Świeża, ożywcza i pełna specyficznego uroku. Mówiąc krótko – maestria słowa pisanego. Treść polana obficie humorem wybornym, choć momentami o gorzkim posmaku piołunu. Tu słowa lśnią, słowa żyją. Pisarz, jak wędrowiec poszukujący nowych lądów, odkrywa nowe ich znaczenia. Te ukryte pod dobrze znaną nam powierzchnią codziennych nawyków, wyświechtanych sensów. Pisarz zdrapuje z nich patynę jednoznaczności. Uwalnia słowa i zwroty z oków utartych schematów!

Szokujące jest to, że powieść powstała w latach dwudziestych XX wieku w Kraju Rad. W okresie, gdy walka z wszędzie dostrzeganą kontrrewolucją dotyczyła także słowa pisanego i mówionego. Utwór został skazany na najbardziej wyrafinowaną dla pisarza i twórcy karę – na zapomnienie, wymazanie ze świadomości społecznej. Jeśli się o czymś nie mówi i nie pisze, to tego po prostu nie ma. Mimo starań fanatyków jedynej słusznej Prawdy, powieść przetrwała, choć autor zmarł, przeżywszy w nędzy kilkadziesiąt lat w kraju powszechnego dobrobytu. Pisarz nie był, jak można by mniemać, rusofobem, swoją książkę napisał po rosyjsku. Szczery podziw musi zatem budzić doskonałe, skrzące się barwnym i żywym językiem tłumaczenie pani Mikołajczyk-Trzcińskiej.

Bohaterem powieści jest baron Hieronimus von Münchhausen. Niektórzy, zapewne słyszeli, co nieco, o tej barwnej postaci, patronie najlepszych dziennikarzy i najwybitniejszych polityków. Co prawda, to prawda: patronie anonimowym, nieuświadamianym i wstydliwie przez nich przemilczanym. Wielbicielu nierealności stosowanej. Żołnierzu samochwale wypływającym w każdej ważniejszej bitwie, stale decydującym o losach świata. Wraca on do nas po latach nieobecności. Wraca jak zwykle w glorii chwały i zmyśleń, w gęstych oparach absurdu towarzyszących mu wiernie i pokornie, jak jego ulubione angielskie mgły.

Krzyżanowski zgotował nam dość wysublimowaną literacką ucztę. Wysublimowaną, a zatem nie dla każdego. Igraszki semantyczne, zabawa skojarzeniami, żonglerka wieloznacznością. Baron von Münchhausen nie jest w stanie wydusić z siebie prostych zdań i niewyszukanych dowcipów. On stawia przed sobą zadania na miarę swojej nieokiełznanej fantazji. Poszukuje zagubionego wczorajszego dnia. Odkrywa trudną prawdę o zeszłorocznym śniegu. Żyje pełnią życia, cierpi pełnią cierpienia. Bo cierpienie musi przyjść, gdy na jego niewyparzonym języku zamiast blagi pojawia się nieoczekiwanie PRAWDA. Jak to możliwe, nieszczęsny baronie?! Otóż był taki kraj, w którym nie można było zełgać, a każde wypowiedziane zdanie mogło mieć tylko jedną wartość logiczną – prawda. Kraj zasiedlony taką niezliczonością sensów, że i dziś, gdy o tym myślimy głowa może rozboleć i... pęknąć. Godzący w sobie tyle rozmaitych niedogodności, Baron trafia do tego Kraju, działa tam, mówi, olśniewa, a odkrywszy sens prawdziwej nowoczesności i nieuniknionego postępu – znika. I tak, jak pojawił się z hukiem, tak znika po cichu, pokornie, dyskretnie. Zakłamany nowoczesny świat już nie potrzebuje takiego wyrafinowanego super łgarza. I tylko niektórzy z nas ciągle jakoś tak głupio tęsknią za jego cudownie absurdalnymi zmyśleniami. "Münchhausen śpi, ale jego dzieło oka nie zmruży"!

Recenzja użytkownika "speedi" na wortalu literackim granice.pl

Powrót do spisu treści

Kulturalna Warszawa. Co? Gdzie? Kiedy?

Miejsce: Klub Księgarza, Rynek Starego Miasta 22/24

Od: 2006-01-19, godz. 17:00, 2006-01-19

Cena: wstęp wolny

Informacje dodatkowe:

Promocja pierwszej przełożonej na polski (przez Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską) powieści Zygmunta Krzyżanowskiego (1887–1950), odkrywanego w Rosji 40 lat po śmierci, stawianego przez krytyków obok Kafki, Witkacego, Bułhakowa i Gombrowicza... Nieustraszony baron, poszukiwacz przygód, powraca do wstrząśniętej po I wojnie światowej Europy. Zaskakują jego obserwacje, opisy iskrzące sardonicznym poczuciem humoru, nieprzewidywalne zwroty akcji, przewrotny i zaskakujący finał powieści, która, pisana w latach 1927–28, była pierwotnie scenariuszem filmowym.

Skomplikowane osobiste losy i kataklizmy historyczne rzuciły Krzyżanowskiego w 1922 r. do Moskwy; pisał wprawdzie głównie po rosyjsku, ale zawsze uważał się za Polaka. Tworzył w osamotnieniu, bez szans na wydanie – pozostawił bogaty dorobek dopiero niedawno odkrywany i publikowany: powieści i nowele, dramaty i scenariusze filmowe, eseistykę filozoficzną, prace z zakresu teorii teatru i historii dramatu.

Książkę, wydaną przez wydawnictwo BOSZ, zilustrował Zygmunt Januszewski, wstępem poprzedził Paweł Zawadzki, a posłowie napisała Wiesława Olbrych. O jej walorach mówić będzie Tadeusz Górny, a fragmenty odczyta Henryk Boukołowski.

Nota bez podpisu www.kulturalna.warszawa.pl

Powrót do spisu treści

Beata Kęczkowska

NOWE OBLICZE BARONA

Powrót Münchhausena to książka napisana przez zmarłego w 1950 r. Polaka Zygmunta Krzyżanowskiego po rosyjsku. Dopiero teraz po raz pierwszy została wydana w Polsce w tłumaczeniu Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, z ilustracjami Zygmunta Januszewskiego. Dziś odbędzie się jej wieczór promocyjny.

Dostaliśmy do rąk tom, w którym słowo współgra z obrazem. Autorem ilustracji do „Powrotu...” jest Zygmunt Januszewski, grafik wykładający w pracowni projektowania ilustracji na wydziale grafiki warszawskiej ASP.

Beata Kęczkowska: – Po co w książce dla dorosłych obrazki? Ilustracje, zwłaszcza dziś, kojarzą się raczej z książkami dla dzieci.

Zygmunt Januszewski: – W czasach, kiedy wyobraźnią dziecięcą sterują konsole do gier, a dorośli coraz chętniej oglądają „dobranocki”, podziały te się zacierają. Dzieci i młodzież ulegają fascynacji szybkością. Ich żywiołem stają się obrazy ruchome, gdzie nie trzeba wiele myśleć, wystarczy kliknąć. W rozmowach ze studentami i przyjaciółmi wyczuwam jednak narastający przesyt szybkością. Potrzebujemy chwili refleksji. Literatura z istoty swej otwiera się na inny wymiar, uruchamia wyobraźnię. Powrót Münchhausena Krzyżanowskiego to szczególny przypadek ponadpokoleniowy i ponadczasowy ze względu na barwną postać barona, mistrza konfabulacji i przygód. Postanowiłem „odczytać” go obrazami, które rozgrywają się niespiesznie w rytm czytania.

B. K.: – Na czym polegało to „odczytanie”?

Z. J.: – Postawiłem sobie za cel odtworzyć równoległość lektury i oglądania, naturalną jednoczesność doznań, odwołując się do bogatej tradycji obcowania z livre illustré. Efektem jest szereg stop-klatek z filmu, który powstaje w imaginacji czytelnika – bez ograniczeń wiekowych.

B. K.: – Jak to jest mierzyć się z mitem, w tym wypadku Münchhausenem, zakorzenionym w wyobraźni czytelników?

Z. J.: – Mit Lügenbarona (Baron Kłamczuch) jest mi bardzo bliski, w każdym z nas jest go po trochu. Münchhausen zmyśla z brawurą i poczuciem humoru, z fantazją. Nie jest tylko szaławiłą i samochwałą podróżującym na armatniej kuli. To postać archetypiczna. Zarówno w wymiarze ikonograficznym, jak i psychologicznym. Mocno zakotwiczona w wyobraźni zbiorowej dzięki ilustracjom Gustava Doré oraz filmowej adaptacji Terry’ego Gilliama, najbardziej twórczego spośród członków grupy Monty Pythona. Na dodatek Krzyżanowski postanowił zderzyć mit barona z widmem komunizmu w Rosji Sowieckiej, z którą sam był w permanentnym konflikcie. Jego bohater walczy z absurdem dyktatury proletariatu i wydaje się, że przechytrzy ją swym kunsztem fikcji, ale finał nie jest, niestety, kolejnym sukcesem Münchhausena. Dopada go bowiem morbus vivendi, czyli choroba prawdy. W moich rysunkach baron pozostaje sobą, jest rozpoznawalny, w charakterystycznym stroju z epoki.

B. K.: – Co zatem w nim nowego?

Z. J.: – Właściwą atmosferę buduje zderzenie go z atrybutami obcej mu rzeczywistości „najlepszego z ustrojów”. Nie odwołuję się bezpośrednio do znanych wątków ikonograficznych w rodzaju wyciągania się za warkocz z topieli czy jazdy na połowie konia. Staram się na podstawie tekstu Krzyżanowskiego zaproponować coś swojego i nowego, zapraszając czytelnika do zabawy i smakowania przewrotnych wizji literackich naszego rodaka piszącego po rosyjsku. Tak, tę dziwną atmosferę poruszania się między epokami i konwencjami chciałem zachować, a czarno-biały rysunek przez swą ruchliwość i światłocień podsyca jeszcze te klimaty i wchodzi wyimkami bezpośrednio w dialog z tekstem.

Rozmawiała: Beata Kęczkowska

(Wieczór promocyjny książki Zygmunta Krzyżanowskiego „Powrót Münchhausena” – Klub Księgarza. Rynek Starego Miasta 22/24, godz. 17.)

Beata Kęczkowska, KSIĄŻKI. Przed wieczorem promocyjnym Powrotu Münchhausena. Nowe oblicze Barona., „Gazeta Wyborcza. Stołeczna”, 19.01.2006.

Powrót do spisu treści

Piotr Zawadzki

KRZYŻANOWSKI Z KRZYŻA ZDJĘTY

„Finansowy przekręt sprzed dwóch tysięcy lat wciąż nierozliczony!” – tak mogłyby krzyczeć gazety. Idzie oczywiście o pytanie, co się stało z 30 srebrnikami Judasza. Pisarzem, który drążył Ewangelię, jest Zygmunt Krzyżanowski. Urodzony w 1887 roku w zamożnej, katolickiej, polskiej rodzinie nieopodal Kijowa, odebrał bardzo staranne wykształcenie, podróżował po całej Europie, znal wiele języków, studiował, prócz historii literatury i sztuki, filozofię, astronomię, matematykę, logikę. W 1922 roku zjawił się w Moskwie i wsiąkł w bardzo artystyczne towarzystwo – Achmatowej, Jesienina, Babla, Bułhakowa, Wertyńskiego, Majakowskiego, Wachtangowa, Meyerholda, Stanisławskiego. Jego sztuka na motywach Chestertona Człowiek, który był czwartkiem odniosła sukces, a była tak sugestywna, że podczas jednego ze spektakli zerwała się winda, część scenicznej dekoracji. Zażądano zmian w scenariuszu, autor odmówił i popadł w niełaskę Losu, Cenzury i możnych tego świata. Żył w niewyobrażalnej nędzy w sześciometrowym pokoiku na Arbacie, utrzymując się z przekładów polskiej poezji i literatury na język rosyjski, miał zakaz druku, pisał wyłącznie do szuflady. Wschód potrafi uczyć człowieka pokory! Odczytywanie opowiastek w małym gronie przyjaciół było jedną z nielicznych radości pisarza, którego cały dorobek, zapisany „ludzkości”, ocaliła żona, która też nie doczekała druku powieści, opowiadań, miniatur męża. Dopiero 50 lat po śmierci Krzyżanowskiego – zmarł w 1950 – rosyjskie Ministerstwo Kultury zdjęło zeń klątwę i wydano pięć grubych tomów jego dzieł. Niemcy i Francuzi około 10 lat wcześniej przetłumaczyli utwory zebrane Krzyżanowskiego. W Polsce jako jeden z pierwszych odkrył go Jan Gondowicz. Aliści po kilku latach mało owocnych starań zniechęcił się; w dodatku okazało się, iż trudno byłoby udowodnić, że Krzyżanowski jest nieślubnym potomkiem słynnego francuskiego markiza de Custine, co Jana przyprawiło o depresję. Przekonanego, że zapewni Krzyżanowskiemu honorowe miejsce na półce między Italo Calvino, Borgesem a Kafką.

Małe kieleckie wydawnictwo Ireny i Stanisława Nyczajów wydało zbiór opowiadań 13 kategoria rozsądku; pierwszą książkę Krzyżanowskiego w ojczyźnie. Na druk czeka Powrót Münchhausena, cudna powieść, w której porwała mnie scena opisu wizyty barona w Londynie. Rozgniewał katedrę św. Pawła, która dobywszy się z fundamentów, ściga barona po Londynie, aż ten musi salwować się ucieczką na koniu szachowym! Ale przecież podobna scena jest w Cyberiadzie Lema oraz w filmie Latającego Cyrku Monty Pythona, gdzie stara londyńska kamienica dobywa się z fundamentów, przepływa Atlantyk i wydaje wojnę nowojorskim wieżowcom! Więc baron Münchhausen, tkwiąc przez ponad 150 lat między 68 a 69 stroną swej książki, wymyślił Zygmunta Krzyżanowskiego! Tenże, jak na dżentelmena przystało, zrewanżował się opisem dalszych przygód barona, nam zostawiając odkrycie, że Latający Cyrk Monty Pythona powstał w jego wyobraźni, gdzieś około 1930 roku, w Moskwie...

Profesorzy, krytycy, poloniści, którzy do tej pory nie odczuwali braku trzynastej kategorii rozsądku, nabrali wody w usta, pełni konsternacji. Bo cóż warta ich cała wiedza, skoro takie odkrycia są możliwe? O szkolnym koledze Iwaszkiewicza i Bułhakowa nikt nie wiedział w Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza, dopóki tłumaczka książki, Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, uroczyście nie zostawiła tam 13 kategorii rozsądku. O tyle mnie to nie dziwi, że ważna polonistka z tegoż muzeum nigdy nie słyszała o baronie Münchhausenie. W Instytucie Badań Literackich usłyszałem, że „przecież pisał po rosyjsku”! Ale tłumaczył z polskiego na rosyjski polską poezję!

Zachwycony książką, rozesłałem jej egzemplarze zaprzyjaźnionym krytykom i polonistom. Prof. Stanisław Bereś podał rzetelną informację w "Telewizyjnych Wiadomościach Literackich", Włodzimierz Paźniewski opublikował w "Rzeczpospolitej" piękny tekst, uzupełniony fragmentem Powrotu Münchhausena. Trafnie odczytując genialne opowiadanie o judaszowych srebrnikach, dał też w "Gościu Niedzielnym" recenzję powalającą na kolana, która mogłaby samemu Papieżowi służyć za temat kazania!

Zmarły w Moskwie polski pisarz, skazany przez Los na zapomnienie, mógłby być postacią z Kabaretu Starszych Panów. Zdjęty z krzyża jest kłopotem dla żyjących – co być może przewidywał, opisując kłopoty niedogrzebanego nieboszczyka... Wystarczy wziąć do ręki gazety, by przekonać się, że świat i rzekomo chrześcijańska Europa są zainteresowane wyłącznie obiegiem pieniędzy.

„Twórczość”, nr 1 z 2006 r.

Powrót do spisu treści

Krzysztof Masłoń

ODKRYWANIE ZYGMUNTA KRZYŻANOWSKIEGO.
BARON MÜNCHHAUSEN W KRAJU BOLSZEWIKÓW

Proza Zygmunta Krzyżanowskiego nareszcie po polsku. Autor Powrotu Münchhausena, piszący po rosyjsku Polak, do śmierci (w 1950 roku) uważał się za przebywającego w Rosji emigranta.

Baron Münchhausen, sławny fantasta i fanfaron, trafia do kraju, w którym — jak się z wielkim bólem przekonuje — „nie można zełgać”. W zetknięciu z rzeczywistością porewolucyjnej Rosji radzieckiej bledną jego najbardziej nieprawdopodobne zmyślenia. Jako zawołany łgarz ponosi zatem klęskę, przypieczętowaną przyjęciem jego relacji przez odbiorców na Zachodzie, którzy zaakceptowali wszystko, co im opowiedział o pierwszym w świecie państwie bolszewików, ponieważ — ich zdaniem — tam, poza horyzontem cywilizacji, nie ma rzeczy niemożliwych.(...)

Całość do przeczytania w: „Rzeczpospolita”, 4-5.01.2006.

Powrót do spisu treści

Maria Jentys

ŚWIĘTY NIKT. O ZYGMUNCIE KRZYŻANOWSKIM

Pisarz rosyjski, o korzeniach polskich, urodzony 11 lutego (30 stycznia nowego stylu) 1887 r. w osadzie fabrycznej pod Kijowem, zmarły 24 grudnia 1950 w Moskwie, znany za życia z nielicznych publikacji w prasie oraz z „cztienij” w mieszkaniach artystów moskiewskich, został „odkryty” w Rosji 40 lat po śmierci, dzięki zabiegom Wadima Perelmutera.

Zafascynowany jego twórczością poeta ów, eseista i historyk literatury, już w roku 1957 zaczął walczyć o pisarskie zaistnienie owego – jak pisał o Krzyżanowskim – „przeoczonego geniusza”, jednak przygotowane wówczas dwutomowe wydanie wyboru utworów – pieczołowicie zarchiwizowanych przez żonę pisarza, aktorkę Annę Bowszek – nie doszło do skutku. Dopiero w roku 1989 powieści i opowiadania Zygmunta Krzyżanowskiego pojawiły się na rynkach księgarskich Rosji, Łotwy i Ukrainy, a parę lat wcześniej – Niemiec i Francji. Uznany za objawienie literackie, najwybitniejsze zjawisko literatury rosyjskiej lat 20., od razu znalazł miejsce w panteonie pisarzy, obok najniezwyklejszych: Kafki, Witkacego, Bułhakowa, Gombrowicza.

W Polsce ów wybitny Polak, któremu przyszło umrzeć w ZSRR w niedostatku i „oficjalnym niebycie” i odrodzić się w Rosji w glorii geniuszu, jest przyjmowany z umiarkowanym entuzjazmem – mimo że jeden z jego gorliwszych polskich promotorów obwołał go „wcieloną niemożliwością”, a znany moskiewski krytyk, Piotr Kalitin, nazwał pisarzem rosyjsko-polskim, dorównującym naszym najwybitniejszym. Jego skąpa polska bibliografia powiększa się wolno, choć systematycznie – dzięki staraniom grona zaprzysięgłych wielbicieli pisarza: krytyków i historyków literatury, tłumaczy, wydawców. Pierwszy przekład fragmentu utworu Zygmunta Krzyżanowskiego zawdzięczamy bodaj Marianowi Zenonowi Kalinowskiemu (Wspomnienia z przeszłości, „Literatura na Świecie” 1993 nr 10), pierwsze szkice o pisarzu – Janowi Gondowiczowi (m.in. Bezkompromisowy cudak, „Przekrój” 2002 nr 33) i Włodzimierzowi Paźniewskiemu (Zbuntowana republika słów, „Rzeczpospolita. Plus-Minus” 2004 nr 51), zaś trzy pierwsze książki: zbiór opowiadań Trzynasta kategoria rozsądku (Oficyna Wydawnicza „STON 2”, Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2004), Niemożliwe do przewidzenia. Miniatury z cyklu „Małe, mniejsze, malutkie” (Oficyna Wydawnicza „STON 2”, Instytut Adama Mickiewicza, Kielce 2004), powieść Powrót Münchhausena (Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2005) – przede wszystkim tłumaczce Walentynie Mikołajczyk-Trzcińskiej, lecz także wydawcy i historykowi literatury Stanisławowi Nyczajowi – autorowi posłowia do drugiej z nich (Fenomen Zygmunta Krzyżanowskiego), Pawłowi Zawadzkiemu – autorowi wstępu do trzeciej (Krzyżanowski z krzyża zdjęty), Wiesławie Olbrych – autorce posłowia do Powrotu Münchhausena, profesorowi Zygmuntowi Januszewskiemu – twórcy wizualnego odpowiednika powieści o Baronie Łgarzu.

Lektura owych trzech książek, wraz z towarzyszącymi im wysoce kompetentnymi i pięknie napisanymi wstępami i posłowiami, pozwala wyrobić sobie dość dobrze ugruntowane zdanie o życiu i twórczości owego niezwykłego polskiego emigranta w ZSRR lat 1922-1950, a przy tym wyobrazić sobie niewypowiedzianą niedolę geniusza skazanego na egzystencję żebraczą i artystyczny niebyt. Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, w słowie wstępnym do Trzynastej kategorii rozsądku, opowiada, że niemal przypadkiem – przez autobiograficzną powieść Niny Mole-Bielutin (polski przekład: Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak będzie pochwalony!, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2005), Rosjanki o polskim rodowodzie – trafiła na trop pisarza, któremu przyszło rozkwitnąć pisarsko i zmarnieć w Moskwie.

A skąd się tam wziął? Urodził się – przypomnijmy – pod Kijowem, w polskiej, katolickiej rodzinie. Ojciec, Dominik Krzyżanowski herbu Dębno, wydziedziczony i wcielony przymusowo do armii carskiej, po powrocie z Syberii osiadł na Ukrainie i został księgowym w cukrowniach niejakich Riabuszyńskich. Przodkowie jego wywodzili się wprawdzie spod Warszawy, lecz Dominik Krzyżanowski nie mógł powrócić do rodowych dóbr. Matka Zygmunta, Fabiana z domu Paszuta, spędzająca niezliczone godziny przy fortepianie, zaszczepiła synowi miłość do muzyki. Dobrze płatna posada pozwoliła państwu Krzyżanowskim zapewnić Zygmuntowi wszechstronne wykształcenie. Po ukończeniu Czwartego Gimnazjum Państwowego w Kijowie podjął wielokierunkowe studia – z zakresu prawa, filologii klasycznej, języków nowożytnych (opanował biegle pięć, prócz greki i łaciny), matematyki, astronomii, literatury, teorii sztuki i filozofii – na Uniwersytecie Świętego Włodzimierza tamże. Jako student podróżował latem po Europie, zimą 1912–1913 słuchał wykładów na Sorbonie i w Mediolanie. Pisał (po polsku) i publikował korespondencje z tych podróży. Odbył w Kijowie praktykę aplikanta sądowego, początek I wojny światowej spędził w okopach. Potem zajął się już tylko pisaniem (debiutował w 1918 r. opowiadaniem filozoficznym Jacobi i Jakoby w piśmie „Zori”) oraz wykładaniem historii muzyki w konserwatorium, a historii teatru i literatury w Studio Żydowskim i w Ukraińskim Instytucie Teatralnym (gdzie zaprzyjaźnił się z aktorką Anną Bowszek, przyszłą żoną).

W marcu 1922 roku, zaproszony przez Aleksandra Tairowa, wyjechał ze Studiem Żydowskim do Moskwy, by poprowadzić dla teatru kurs z psychologii twórczości. Zamieszkał w ośmiometrowej klitce na Arbacie, w sąsiedztwie Michaiła Bułhakowa. Na przełomie lat 1923/24 odniósł w teatrze Tairowa sukces sztuką napisaną na motywach powieści Gilberta Chestertona Człowiek, który byt czwartkiem. Już wtedy dał się poznać jako mistrz „zapadających się i eksplodujących przestrzeni, bocznych gałęzi czasu, gry krzywych luster, przedrzeźniających się akcji i teatru w teatrze” (Jan Gondowicz), jako „mistrz przestrzeni” (Toporów). Jego sceniczna adaptacja Eugeniusza Oniegina Puszkina nie doczekała się realizacji, bo teatr został zamknięty. Nie ukazały się też jego Bajki dla wunderkindów, bo wydawnictwo upadło. Zjazd Pisarzy Radzieckich (1934) zaś przekreśli! wszelkie szanse pisarza na publikację czegokolwiek. By zarobić na chleb, przekładał na język rosyjski polską klasykę. W 1936 r. groziło mu wysiedlenie, jako „elementowi podejrzanemu”, poza tzw. 101 kilometr od granic Moskwy, lecz wtedy przyszli mu z pomocą przyjaciele po piórze, którzy zdobyli dlań legitymację członka moskiewskiego związku pisarzy. Gotowy do druku kolejny zbiór nowel przepadł w zawierusze wojennej. Przez ostatnie 10 lat życia Zygmunt Krzyżanowski pisał jedynie eseje i wygłaszał prelekcje o literaturze (m.in. w 1942 r. na Syberii – o dramatopisarstwie Szekspira). Przez ostatni rok, z pomocą żony, do której przeniósł się z Arbatu, przekładał Żeromskiego, Mickiewicza, Tuwima i pisał monografię o Fredrze.

W maju 1950 r., wskutek częściowego paraliżu mózgu, przestał rozróżniać litery. Zmarł w grudniu tegoż roku. Zostawił w notatniku sentencję: „Pośmiertna sława – turkocący wóz życia jedzie dalej pusto”. Nie wydał za życia żadnej książki. Spośród 200 nowel ogłosił kilkanaście. Wydawcy i krytycy przyszywali mu łatki w rodzaju: „rozpasany szubrawiec”, „zbyt cuchnie Kafką”. A on był „ponad układy”. Był nie tylko niecenzuralny, ale i nierosyjski (Jan Gondowicz), gdyż cechy jego stylu – „mordercza zwartość”, „przeraźliwa, gotycka wyobraźnia” – sytuowały go w innym kręgu kulturowym. A jednak umiłowanie zmysłowości i transcendencji, ironii i groteski zbliżało go do Bułhakowa, Nabokova, Pasternaka.

Dorobek nowelistyczny Zygmunta Krzyżanowskiego, zebrany przez Annę Bowszek, złożony w Centralnym Państwowym Archiwum Literatury w Moskwie i w filii muzeum literackiego „Nikitinskije subbotniki”, zawiera się w sześciu cyklach: Skazki dla wunderkindów (29 opowiadań); Czem ludi miortwy (9 opowiadań); Czużaja tiema (6 opowiadań); Nieukuszennyj lokot' (20 opowiadań); Mał, mała, mieńsze (29 opowiadań); Sbornik rasskazow 1920-1940 (13 opowiadań). Ponadto są w archiwum: powieści – Kłub ubijc bukw (1926), Powrót Münchhausena (1927-1928, wyd. pol. 2005), Wspomnienia z przyszłości (1929), Kolekcjoner szczelin (1932); dramaty i scenariusze filmowe, reportaże i eseje, szkice (o Szekspirze, Bernardzie Shaw), libretto do opery, przekłady z literatury polskiej, wykłady, rozprawy, artykuły. Istny skarbiec dla wydawców i badaczy literatury!

Trzynasta kategoria rozsądku to wybór dwunastu opowiadań fantastycznych z lat 1922–1939. W utworze tytułowym, tragikomicznej opowieści dziada-grabarza o niedogrzebanym nieboszczyku, odbywającym długa wędrówkę po świecie żywych w poszukiwaniu miejsca dla siebie, autor, z właściwym sobie poczuciem ironii i paradoksu, tak oto objaśnia istotę ich umownej „fantastyczności”:

[...] wszyscy wyzuci lub dokładniej: pozbawieni swoich umysłów, wysiedleni ze wszystkich dwunastu kantowskich kategorii rozsądku, muszą sie zmieścić w jakiejś kategorii trzynastej; w takiej logicznej bocznej linii, byle jak podczepionej do obiektywnie obowiązującego myślenia. Jeśli wziąć pod uwagę, że na tę trzynastą kategorię rozsądku dajemy przyzwolenie wszystkim naszym wymysłom i alogizmom, stary grabarz może być użyteczny dla zapoczątkowanego przeze mnie cyklu nowel „fantastycznych”.

Oczywiste jest, że owa „fantastyczność” to wyższa forma „realistyczności”, możliwie najbardziej skutecznej artystycznie wobec paranoidalnej rzeczywistości państwa totalitarnego. W pozornie niewiarygodnej historii „biednego bezgrobowca”, „niezakopańca”, można doczytać się zarówno historii pisarza uśmierconego zakazem publikacji, jak też każdego innego „żywego trupa”, czyli człowieka wysiedlonego ze swego umysłu za sprawą komunistycznej (i innej) indoktrynacji. Można jednak radować się i delektować tą brawurowo napisaną historią także z czystej potrzeby dozy absurdu. Odpowiednikiem „trzynastej kategorii rozsądku” jest „boczna linia” w profetycznym opowiadaniu o takim właśnie tytule, której bohater odbywa dziwną podróż do „nocnej” krainy poetów, pełnej postaci i zdarzeń rodem z koszmarnych snów. Mówi się tam o nieuchronnym rozpadzie rzeczywistości pod naporem „podziemia”, które, „wypłynąwszy na wierzch, nie boi się rozpadu jej słońc”; zapowiada się pogrążenie ludzkości w „słodkim, milionomózgim śnie braterstwa”. Do najświetniejszych w tomie należą wszakże opowiadania autobiograficzne – Kubaturat i Szwy. Bohater pierwszego, urzędnik Sutulin, zajmujący ośmiometrowe mieszkanie na Arbacie – takie, jakie zajmował przez trzydzieści lat pisarz – otrzymuje pewnego dnia od wysłannika zagranicznej firmy buteleczkę esencji do powiększania pomieszczeń. Pełen niedowierzania naciera KUBATURATEM ściany, podłogę i sufit swojej klitki. I po kilku dniach jest zaiste lokatorem nieskończoności, ginącym w pustce, daremnie wzywającym pomocy. Bohater-narrator Szwów to z kolei mieszkaniec „minus Moskwy”, czyli ktoś, kto jest między „tu” i „tam”, w jakimś „pomiędzy” – w szwie, nędzarz-mędrzec, dla którego człowiek człowiekowi nie wilkiem jest, lecz upiorem, bo wilk przynajmniej w cudzą krew wierzy i wgryzie się zębami w cudze gardło, a upiór nie wierzy ani w człowieka, ani w Boga. Szwy można chyba zaliczyć do najbardziej porażających utworów o głodzie i samotności. Brawurą i finezją narracyjną oraz oryginalnością myślową urzekają opowieści „łowcy tematów” – Zakładka do książki (tu m.in. motyw wędrującej po Europie wieży Eiffla), Trzydzieści srebrników (historia złowieszczej „działalności” przeklętych pieniędzy Judaszowych), Turniej śpiewaków (z udziałem śpiewających czajników), metaforyczne Okno, Śmierć elfa, Kielich, groteskowy Żółty węgiel.

Alegoryczność, paraboliczność, parodystyczność, metaforyczność i fantastyczność – środki, których pisarz użył przy formowaniu opowieści z Trzynastej kategorii – przesądziły także o niezwykłym, niepowtarzalnym kształcie miniatur z tomu Niemożliwe do przewidzenia, zwłaszcza takich arcydziełek kunsztu narracyjnego, jak Szewc z Bieriezajki, Gracze, Orfeusz w piekle, Tubki, Ostatni z Aturów czy Jedna kopiejka.

Cech autobiografii duchowej polsko-rosyjskiego mistrza fantazji, gry i parodii – autobiografii połączonej z eksplikacją pisarskiej zasady mendace veritas (z kłamstwa – prawda) – można dopatrzyć się w powieści Powrót Münchhausena. Zygmunt Krzyżanowski ukrył się w niej pod postacią ukochanego (od dzieciństwa) Barona Łgarza – mającego swój pierwowzór w osiemnastowiecznym Karlu Friedrichu Hieronymusie von Münchhausen, a unieśmiertelnionego przez twórców literackich wersji jego porywających „łgarstw” (Rudolfa Ericha Raspego – 1785, Gottfrieda Burgera – 1786, Theophile'a Gautiera syna – 1862) – by opowiedzieć o sobie, dwudziestowiecznym wcieleniu człowieka obdarzonego nieokiełznaną wyobraźnią, poprzez munchhauseniadę o Rosji sowieckiej, czyli o kraju, „o którym nie można zełgać”. Gdyby powieść ukazała się w latach swego powstania (1927–1928), byłaby rewelacją, ale i niechybnym wyrokiem śmierci dla autora. Dziś jest przede wszystkim literackim odkryciem, kolejnym fantasmagorycznym świadectwem dotyczącym sowieckiej Rosji, no i niewątpliwie źródłem niekłamanych czytelniczych satysfakcji dla wielbicieli nieśmiertelnego czarującego „blagiera” (zob. wstęp Pawła Zawadzkiego do powieści).

Badacz literatury znajdzie w pożegnalnych wynurzeniach barona-dyplomaty, (bo nie żołnierza samochwała) – przed jego zniknięciem w „safianowej trumnie” książki o sobie, między stronicami 68 a 69 – ważkie, zgoła testamentowe słowa i konstatacje pisarza: pożegnanie z alfabetem (na krótko przed śmiercią – przypomnijmy – Krzyżanowski „zgubił” litery) i uzmysłowienie sobie – w konfrontacji z fantasmagorycznością życia w ZSRR – równowartości i wymienności obu sposobów opisu: fantazjotwórstwa i realizmu. Oto jak do tego doszedł:

Wrzuciłem swoją fantazję do wnętrza ciemnej i pustej dla mnie czteroliterówki: ZSRR. Krążyła od litery do litery i wydało mi się, że jej skrzydła nie zawadziły ani razu o realność, fantazje przemykały obok faktów, dopóki nie zaczął się zarysowywać kraj niebywały, świat wyjęty z mego, Münchhausena, oka, który według mnie nie był w niczym gorszy i bardziej mglisty od świata wciskającego się na silę swymi promieniami do wnętrza naszych oczu.

[...]

Teraz wydawało mi się, że to ten, to inny akapit grzeszą przeciw nieprawdzie; [...] raz nabrawszy wobec siebie podejrzenia o prawdziwość, [...] nie mogłem się uspokoić i w każdym słowie majaczyła mi zakradająca się prawda. Pod wieczór odrzuciłem pokreślony rękopis i wpadłem w ciężkie zamyślenie: czyżbym zachorował naprawdę, czyżby to była okropna i wstydliwa morbus veritatis [...]?

Po odrzuceniu „gąszczu domysłów i przypuszczeń”, kraj wysnuty spod pióra stał się krajem autentycznym: fakty „w podstawowym zarysie” stały się fantazjami, a fantazje faktami. Der Heilige Niemand, Święty Nikt, autor ukochanego przez bohatera-narratora powieści niemieckiego zbioru legend i cudów, nie zawiódł swego wyznawcy: odbierając jeden świat, dał mu ich „sto setek” – wspaniałe królestwo bez granic, gdzie miast walki o istnienie mógł podjąć walkę o nieistniejące i stać się stwórcą światów, wszechświatów, słońc, księżyców. W szaleńczej grze jego fantazji przeciw faktom niezmiennie wygrywały fantazje, dopóki nie natknął się na kraj, „o którym nie można zełgać” – na ZSRR. Ów gigantyczny czerwony hetman nieoczekiwanie przerwał „linię pionów” niepokonanego dotąd gracza i unicestwił całą grę. Rozbrojony wojownik, bez jednej figury, postanowił zagrać samym sobą. I zagrał. Wynik gry mistrza czystej fantazji z czerwonym hetmanem to – zamrożone na pół wieku – dzieło Zygmunta Krzyżanowskiego, to jego życie, jego emigrancki los. Los Świętego Nikogo.

„Migotania, przejaśnienia”, nr 2 (11), czerwiec 2006 oraz w książce 'Argonauci naszych czasów. O prozie polskiej (i niepolskiej)', Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń, 2009.

Powrót do spisu treści

Dariusz Nowacki

"POWRÓT MÜNCHHAUSENA" ZYGMUNTA KRZYŻANOWSKIEGO

Z jednej strony zapewnia się nas, że mamy tu do czynienia z twórcą, który stoi w jednym szeregu z Kafką, Bułhakowem i Witkacym, z drugiej zaś strony poznajemy tę rewelację z ponaddziesięcioletnim opóźnieniem. Przegapione arcydzieło czy promocyjna przesada?

Dziwna sprawa z prozą Zygmunta Krzyżanowskiego (1887-1950), Polaka piszącego po rosyjsku. Ten doskonale wykształcony, władający kilkoma językami artysta i filozof rodem spod Kijowa osiadł w 1922 r. w Moskwie i wybrał niezależność. Pisał do szuflady. Zostawił po sobie bogaty dorobek literacki i teoretyczny. Jego pisma odkryto i zaczęto publikować dopiero po roku 1989.

Promotorzy tego dzieła twierdzą, że jest to sensacyjne odkrycie na skalę europejską. Ponoć na początku lat 90. prozą Krzyżanowskiego zachwycili się Francuzi i Niemcy. A w Polsce? Nasi rusycyści również uznali tę twórczość za genialną, tak świetną - mówiąc złośliwie - że przez długie lata nikt nie chciał wydać jej przekładów na język polski. Dopiero w 2004 r. nakładem małej kieleckiej oficyny ukazał się skromny tom opowiadań Zygmunta Krzyżanowskiego.

I na tym właśnie polega dziwna sprawa. Z jednej strony zapewnia się nas, że mamy do czynienia z twórcą, który stoi w jednym szeregu z Kafką, Bułhakowem i Witkacym, z drugiej zaś strony poznajemy tę rewelację z ponaddziesięcioletnim opóźnieniem. Przegapione arcydzieło czy promocyjna przesada? Pojawienie się "Powrotu Münchhausena", pierwszej powieści Krzyżanowskiego przyswojonej polszczyźnie, to dobra okazja, żeby wyrobić sobie pogląd w tej sprawie.

Tę błyskotliwą i dowcipną powieść Zygmunt Krzyżanowski pisał w latach 1927-28. Mimo że doktryna realizmu socjalistycznego została przyjęta w Związku Radzieckim dobrych kilka lat później, "Powrót Münchhausena" nie miał podówczas większych szans na publikację. Zbyt wiele było w tej powieści zjadliwej satyry odnoszącej się do życia społecznego i gospodarki pierwszych lat po rewolucji.

Tytułowy Münchhausen jest oczywiście pożyczką literacką. U Krzyżanowskiego niemiecki baron niejako wychodzi z kart XVIII-wiecznej książki i zjawia się w Europie na początku lat 20. XX wieku. Widzimy go w Niemczech, Anglii i sowieckiej Rosji. I choć - co sam podkreśla - jest rówieśnikiem Kanta, trzyma się nieźle i humor go nie opuszcza. Najpierw jest kimś w rodzaju dyplomaty, który złośliwie komentuje stosunki polityczne, dowcipkuje na temat poczynań europejskich elit władzy. Później, w zasadniczej części powieści, wchodzi w rolę rosyjskiego korespondenta gazet zachodnich. Jednak nic tu nie jest pewne - nawet to, czy baron rzeczywiście przebywał w Moskwie. Przecież mamy do czynienia z niepoprawnym łgarzem i samochwałą, jednym z największych w dziejach kultury Zachodu.

Krzyżanowski bawi się świetnie, a my wraz z nim. Rosyjski pisarz nie tylko doraźność ma na względzie. Dopisuje i nowe (XX-wieczne), i stare (zgodne z duchem oryginału) przygody szalonego barona. Spośród starych epizodów jednym z bardziej zabawnych jest krótka relacja ze wspólnego pobytu Münchhausena i Diderota na dworze carycy Katarzyny. Baron przeprowadza tam "doświadczenie, które może dokonać przełomu w przemyśle futrzarskim" i jednocześnie kpi z teorii Darwina. Wielopiętrowe fikcje, zabawa anachronizmami, żonglowanie bzdurami na resorach to mocna, a może i najmocniejsza strona tej powieści.

Utwór Zygmunta Krzyżanowskiego ma też głębszą warstwę. Żywiołem tytułowego bohatera jest zmyślenie. Opowiada on rzeczy niestworzone, zupełnie nieprawdopodobne do czasu konfrontacji z radziecką rzeczywistością. Jest on przecież wysłannikiem Zachodu, który ma przedstawić sytuację w kraju bolszewików. Mnoży więc na potęgę swoje łgarstwa, ale tu czeka go niespodzianka. Zachodnie elity nie dziwią się jego doniesieniom, ponieważ uznają, że na Wschodzie wszystko jest możliwe, nawet dzielenie koni na pół (jedna połówka orze, druga jest wierzchowcem) - to raz. A dwa - baron popada w depresję, kiedy zauważa, że wymyślane przez niego nonsensy przegrywają w konfrontacji z absurdami radzieckiej gospodarki i życia społecznego.

Hieronim von Münchhausen szybko gaśnie i umiera, to znaczy - wraca do starej księgi, z której na chwilę wyszedł. Świat jest aż tak dalece pogrążony w kłamstwie, że nie potrzebuje nawet najbardziej pomysłowego łgarza. No i sama rzeczywistość jest aż nadto absurdalna, nie trzeba niczego zmyślać, wystarczy ją (rzeczywistość) cytować.

Nie potrafię rozstrzygnąć wątpliwości, od której zacząłem. Tym bardziej, że lektura powieści w przekładzie może być zwodnicza. Zaufać rozentuzjazmowanym rusycystom czy sobie? Jeśli sobie, to o "Powrocie Münchhausena" powiem, że to sympatyczna i efektowna powieść, ale raczej nie arcydzieło literackie najwyższej próby.

Powrót Münchhausena Zygmunt Krzyżanowski, przeł. Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, BOSZ, Olszanica

wyborcza.pl, ostatnia aktualizacja 28-02-2006 14:57

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

POWRÓT ZYGMUNTA KRZYŻANOWSKIEGO

Wiele ostatnio mówi się i pisze o Zygmuncie Krzyżanowskim, rosyjskim pisarzu polskiego pochodzenia, który żył w latach 1887-1950, a w Moskwie tworzył w 1922-1940. Jego powrót do Polski odbył się za sprawą Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, od lat znanej jako dziennikarka, krytyk teatralny i literacki, pisarka (zresztą regularnie pisząca dla Państwa „Miesięcznika”), tłumaczka literatury pięknej. Od niespełna dwóch lat najwięcej szacunku przynoszą jej przekłady prozy, którą samodzielnie wyszperała dzięki swoim dziennikarskim pasjom i sama przełożyła na język polski, co w dzisiejszym czasie trzeba robić na własne ryzyko. Dzięki niej zyskaliśmy kontakt z wybitną spuścizną pisarza, o którym do niedawna nie wiedzieli nawet specjaliści, i to nie tylko w Polsce, ale nigdzie w świecie. Ten kontakt, to trzy tomiki prozy Zygmunta Krzyżanowskiego w jej przekładzie: Trzynasta kategoria rozsądku i Niemożliwe do przewidzenia, oba wydane w 2004 r, przez Oficynę Wydawniczą „STON 2” w Kielcach dzięki wsparciu finansowemu Instytutu Adama Mickiewicza, oraz Powrót Münchhausena, który wyszedł w 2005 r. nakładem Oficyny Wydawniczej BOSZ w Olszanicy, opatrzony w piękne ilustracje Zygmunta Januszewskiego.

Jeszcze półtora roku temu nie mieliśmy nic (prawie nic: malutki fragment prozy Krzyżanowskiego, w przekładzie Mariana Kalinowskiego. drukowała w 1993 r. „Literatura na świecie”, w ostatnich latach ukazało się w czasopismach naukowych parę artykułów o nim), a dziś mamy już sporo, jak na pisarza wczoraj zupełnie u nas nieznanego. Ten genialnie piszący Polak, szturmem, choć zza grobu, dzięki ogromnej pracy wybitnego pisarza i uczonego, Wadima Perelmutera, podbija świat. Marzymy o dostępie do całej jego twórczości, w tym znakomitej eseistyki naukowej.

Dzieje Krzyżanowskiego, Polaka w Rosji w XX wieku, jego miejsce w życiu kulturalnym, zwłaszcza literackim i teatralnym, Moskwy w latach 20. i 30., są charakterystyczne dla czasów i miejsca, gdzie zrządzeniem losu, ale i z własnego wyboru, się znalazł. W marcu 1922 roku Krzyżanowski wyjechał z Kijowa do Moskwy, gdzie jako twórcy zaczęło mu się robić tam za ciasno. Mógł jechać do Polski, był przecież Polakiem, a Polska właśnie się odrodziła po latach niewoli, nie miał tam nikogo. Natomiast - zrządzeniem historii - miał liczną rodzinę w Moskwie, dokąd udała się wcześniej, licząc na angaż w teatrach moskiewskich, jego narzeczona, potem żona, Anna Bowszek, aktorka pochodzenia czeskiego. Ponadto środowisko kulturalne Moskwy początku XX wieku ciągnęło go jak magnes.

Pisarz samodzielnie i świadomie wybrał Moskwę, jako pożądane dla siebie środowisko twórczego rozwoju. Miał 35 lat, za sobą lata studiów i literacki debiut. Przyjechał do miasta, którego kultura artystyczna w tamtym okresie promieniowała na całą Europę i tworzyła niezwykła plejada artystów: poeci – Anna Achmatowa, Władimir Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy – Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Isaak Babel, Leonid Leonow, twórcy teatralni – Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Konstantin Stanisławski, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels.

O tym tłumaczka Zygmunta Krzyżanowskiego, Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, dowiedziała się kilka lat temu od Niny Mole–Bielutinej, której pisarz był wujecznym dziadkiem: jej babka była jego rodzoną siostrą. Ale dla niej był nie tylko krewnym, był jedną z najważniejszych postaci w życiu, jej bożyszczem, to on zaszczepił jej twórczą pasję, osobowość. Był stałym gościem w mieszkaniu zajmowanym przez jej rodzinę w Moskwie, dokąd została ewakuowana z Warszawy w 1915 r., kiedy do stolicy Królestwa Polskiego dotarł front, a miasto na kilka lat miało się znaleźć pod okupacją niemiecką. Zrządzeniem losu ta rodzina, podobnie jak wiele jej podobnych, nigdy już nie mogła powrócić do Polski. Jej trzy pokolenia zamieszkały w Moskwie, wśród nich byli pisarze, aktorzy, reżyserzy, dramaturdzy, śpiewacy, zawsze artyści najwyższych lotów, którzy wnieśli poważny wkład do rosyjskiej kultury w XX wieku. Opisy tych wydarzeń znajdziemy w kolejnej książce (właściwie „księdze”, bo to wielki, blisko 600-stronicowy tom dużego formatu) przełożonej przez Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską: Nina Mole-Bielutin Wiek XX widziany z Moskwy, wydanej przez Wydawnictwo Adam Marszałek w Toruniu w 2005 r. Książka, napisana ponad dziesięć lat temu, nie mogła się ukazać w Rosji, bowiem zawiera - zdaniem rosyjskich wydawców - zbyt wiele poloniców. Edycja Adama Marszałka jest więc jej pierwszym światowym wydaniem.

Nina Mole–Bielutina, historyk i teoretyk sztuki, jest znaną autorką wielu cennych pozycji książkowych z dziedziny rosyjskiej historii sztuki, zwłaszcza XIX wieku, a także beletryzowanych biografii historycznych postaci. Jej książka Wiek XX widziany z Moskwy jest dziełem niezwykłym, ma wielką wartość już z uwagi na wysoki poziom literacki, a zawarty w niej unikalny materiał faktograficzny czyni ją dziełem bezcennym, w szczególności dla Polaków, bowiem jest próbą spojrzenia na minione stulecie przez Polkę z pochodzenia, choć urodzoną i przez całe życie mieszkającą w innym kraju — z pozycji zupełnie nieznanych polskiemu czytelnikowi, nie podejrzewającemu nawet, jakie bogactwo intelektualne i emocjonalne to spojrzenie w sobie kryje.

A więc, w krótkim czasie, dzięki staraniom tłumaczki, wydawców i Instytutu Adama Mickiewicza otrzymaliśmy cztery niezwykle interesujące pozycje książkowe. Niestety, tylko Powrót Münchhausena jest w dostatecznie dużym nakładzie, aby można ją było znaleźć w księgarniach. Pozostałych należy szukać raczej przez Internet.

„Miesięcznik” nr 3 z 2006 r.

Powrót do spisu treści

Paweł Zawadzki

POLSKI EMIGRANT

„W Polsce ceni się wszelką twórczość emigracyjną powstałą na zachodzie Europy i w obu Amerykach, ale żadną miarą nie dopuszcza się do świadomości faktu istnienia dużej grupy emigracyjnej polskiej inteligencji twórczej po wschodniej stronie granicy. Tak było ze względów politycznych w okresie międzywojennym. W czasach PRL nie mógł to być temat publiczny z tych samych względów. Dziś mógł, ale nie jest modny. Tymczasem emigracja polska ta ‘zachodnia’ i ‘wschodnia’ jeżeli czymkolwiek się od siebie różni, to tym, że ta, która osiadła na Zachodzie, nie chciała do reżimowej Polski wrócić, a ta zatrzymana na Wschodzie nie mogła. Jeżeli w ogóle przeżyła.” (W. Mikołajczyk-Trzcińska).

Antoni Słonimski ujął to tak: „Jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa, obrotowym. Raz bronimy Zachodu przed Wschodem, a raz Wschodu przed Zachodem”. Żart Pana Boga, który umieścił Polaków między Rosją a Niemcami, ma różne skutki: zamiłowanie do paradoksu i absurdu, łączenie przeciwieństw, łagodność i zuchwalstwo, pragmatyzm i romantyzm. Co gimnastykuje umysł, sprzyja ciekawej wyobraźni. Postacią symboliczną, uosobieniem efektu zderzenia Wschodu z Zachodem, może być postać i twórczość Zygmunta Krzyżanowskiego. Jego książki można postawić na półce między Witkacym, Bułhakowem, Kafką a Latającym Cyrkiem Monty Pythona; lub między Italo Calvino, Borgesem, Kafką a Gombrowiczem. Rosjanie porównują go do Witkacego i Gombrowicza, uważając za „największe odkrycie literatury rosyjskiej lat 20.”.

Zygmunt Krzyżanowski urodził się w 1887 roku w zamożnej, katolickiej, polskiej rodzinie nieopodal Kijowa. Rodziców było stać na bardzo staranną edukację jedynaka, który studiował prawo i filozofię, interesując się również matematyką, astronomią, historią, literaturą, teorią sztuki, filologią klasyczną. Prócz łaciny i greki znal pięć języków, odbywał podróże wakacyjne po całej Europie, głównie przez Wiedeń do Włoch, bywał w Berlinie, przez pół roku na Sorbonie słuchał wykładów Bergsona, Poincarego, Meyersona. Poznał Rudolfa Steinera, twórcę antropozofii, uczestnicząc podczas wakacji w budowie Goetheanum. Logiczny, precyzyjny umysł, wszechstronne wykształcenie i zainteresowania pozwalają go uznać za postać symboliczną; Polska z Kresów ze znakomitą edukacją europejską. Współpracował z ukraińskim Instytutem Teatralnym w Kijowie, tamże poznał aktorkę Annę Bowszek, późniejszą żonę.

W 1922 roku znalazł w Moskwie i pozwolił, by uwiodła go ówczesna bohema artystyczno-literacka. Być może przyjaźnie z Achmatowa, Bułhakowem, Bablem, Jesieninem, Majakowskim, Stanisławskim, Meyerholdem, Wachtangowem, Tairowem, małżeństwem bakteriologów Ludmiłą i Aleksandrem Siewiercowami (którym zawdzięczał pomoc i opiekę) być może te przyjaźnie były po prostu istotnym powodem pobytu pisarza w Moskwie aż do 1950 roku (w którym zmarł).

Jego sztuka na motywach Chestertona Człowiek, który był Czwartkiem odniosła sukces, a zarazem zapoczątkowała zakaz druku, niełaskę cenzury i możnych tego świata. Pisał więc niemal wyłącznie do szuflady, żyjąc w niewyobrażalnej nędzy w sześciometrowej klitce na Arbacie, utrzymywał się z tłumaczenia poezji i literatury polskiej na rosyjski; jak wielu Polaków na Wschodzie – ćwiczył cnotę pokory. Ów niemal najważniejszy przymiot ducha na Wschodzie – pokora – cnota tak wygodna dla tyranów i wszelkiej władzy...

Czytając dziś utwory Zygmunta Krzyżanowskiego łatwo zrozumieć, że zakaz druku po polsku ocalił mu życie; gdyby do ówczesnych cenzorów dotarły np. niektóre strony Powrotu Münchhausena, ich autor zapewne podzieliłby los np. Ilfa i Pietrowa, autorów książek 12 krzeseł i Złote cielę – rozstrzelanych za poczucie humoru, z jakim opisywali porewolucyjną Rosję.

Dorobek pisarza, dedykowany „całej ludzkości”, ocaliła żona, która też nie doczekała druku utworów męża. Dopiero w 1989 roku ukazała się w Moskwie pierwsza książka Zygmunta Krzyżanowskiego, a Wadim Perelmuter – jego odkrywca i badacz, mówił o Krzyżanowskim jako „przeoczonym geniuszu”. I dzięki jego staraniom ukazały się już trzy z pięciu zaplanowanych tomów pism zebranych Zygmunta Krzyżanowskiego. Są to opowiadania, nowele, miniatury, scenariusze filmowe, dramaty, szkice o Szekspirze i Bernardzie Shaw, reportaże, eseje, aforyzmy, wykłady, rozprawy i artykuły filozoficzne.

W 1991 roku pierwszy przekład Krzyżanowskiego ukazał się we Francji (teraz ukazał się tam też Powrót Münchhausena); w 1992 roku w Niemczech. Na Łotwie zorganizowano dwie konferencje naukowe poświęcone jego twórczości i wydano tom rozpraw naukowych. W Polsce dopiero w 2004 roku ukazał się zbiór opowiadań 13 kategoria rozsądku i zbiorek miniatur Niemożliwe do przewidzenia oraz powieść Powrót Münchhausena (2005). Nie licząc dwóch opowiadań, które ukazały się w „Przekroju” (33/2002) oraz „Ikarze” (7-8/2002). Fakt, że dziś odkrycie pisarza tej rangi było możliwe – jest zaskakujący dla badaczy i krytyków literackich. „Być może, w Moskwie odnajdą się jeszcze nowe, nieznane dotąd dramaty Witkacego” – ten komentarz określa sytuację.

Los Zygmunta Krzyżanowskiego z wielu powodów można uznać za symboliczny – do końca życia uważał się za polskiego emigranta w Moskwie i utrzymywał się z tłumaczenia polskiej poezji i literatury na rosyjski. Przemilczany przez prawie pół wieku, „przeoczony geniusz” jest dowodem, że może zbyt gorliwie przerabiamy werset, iż „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”, nie doceniamy i nie znamy dobrze dorobku twórców emigracyjnych. Którzy dokonując w swym życiu swoistej syntezy kultury kraju pochodzenia z kulturą kraju, w którym osiedli – zostawiają po sobie twórczość bardzo oryginalną i niezwykłą. A nasz niefrasobliwy stosunek do nich w przyszłości zaowocuje notkami encyklopedycznymi, z których będzie wynikać, iż ci twórcy mieli „polskie korzenie”... jeśli autorzy notek zechcą to w ogóle zaznaczyć.

Zygmunt Krzyżanowski: Trzynasta kategoria rozsądku. Wyd. Ston 2, Kielce 2004 Zygmunt Krzyżanowski: Niemożliwe do przewidzenia. Wyd. Ston 2, Kielce 2004. Zygmunt Krzyżanowski: Powrót Münchhausena. Wyd. B0SZ, Lesko 2005, s. 203, cena 14 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni „Nowego Dziennika”).

„Przegląd Polski”, Tygodniowy dodatek literacko-społeczny „Nowego Dziennika” (Nowy Jork), 7 kwietnia 2006 r.

Powrót do spisu treści

Paweł Zawadzki

SZKOŁA PRZETRWANIA

Kompozytor i dyrygent Paolo Stefano Bellucci, urodzony w Belluno we Włoszech, w 1880 roku przeniósł się do Krakowa na zaproszenie rodziny Potockich. Ożeniwszy się z panną Potocką, kuzynką rodziny, do końca życia przebywał już w Krakowie. Jego jedyny syn Michał po ukończeniu krakowskiego gimnazjum w latach wojny wyjechał do Rosji, zaciekawiony zachodzącymi tam wydarzeniami. W latach dwudziestych, zaistniawszy jako pisarz (pisał po polsku), podejmował próby powrotu do kraju. Bezskuteczne – objęcia Rosji były zachłanne i zazdrosne – został rozstrzelany. Mimo starań zamieszkałej w kraju rodziny nie udało się też sprowadzić do kraju jego syna – Eligiusza. Mimo to całe życie Eligiusza zostanie związane z Polską i pierwsza zagraniczna wystawa malarstwa Eli Bielutina odbyła się w warszawskiej galerii Krzywe Koło w 1961 roku. Szykanowany przez Rosjan, popierany i podtrzymywany przez polskich przyjaciół (m.in. Marię Kuncewiczowa, Stanisława Herbsta, Jana Bogusławskiego), Eli Bielutin stał się uznanym malarzem i teoretykiem sztuki, autorem dwudziestu książek naukowych, twórcą szkoły nowoczesnego malarstwa, opozycyjnej wobec doktryny socrealizmu. Jego obrazy wystawiano we Francji, Stanach Zjednoczonych, Japonii, Kanadzie, Włoszech, na Węgrzech; w Polsce ostatnio w 1991 roku.

Mieszkająca w Warszawie absolwentka wydziału fizyczno-matematycznego Sorbony, żona wyższego oficera carskiego, w 1900 roku urodziła córkę, która – wywieziona podczas pierwszej wojny światowej do Rosji – stała się matką Niny Mole, późniejszej żony malarza Bielutina. Nina Mole-Bielutin była blisko spokrewniona z Zygmuntem Krzyżanowskim (1887–1950), który w latach 1922–1950 mieszkał w Moskwie. Jej książka, zatytułowana Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak będzie pochwalony!, jest kroniką dwóch rodzin, przeplataną dokumentami epoki – panoramą stulecia, któremu mimo wszystko autorka na pożegnanie mówi po staropolsku: „Niech będzie pochwalony!”. Liczącą blisko 600 stron książkę opublikowało toruńskie wydawnictwo Adama Marszałka w 2005 roku w tłumaczeniu Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej.

W 1949 roku Moskiewskie Państwowe Muzeum Sztuki z okazji 70. urodzin Ojca i Nauczyciela – Stalina, zorganizowało wielką wystawę prezentów od artystów i narodu. Przy tej okazji po raz pierwszy można było zobaczyć obrazy Picassa, Lćgera, a w osobnym, oddalonym pawilonie – Xawerego Dunikowskiego i Felicjana Kowarskiego. I w tym właśnie opustoszałym budynku, przed obrazami Kowarskiego poznali się Nina Mole i Eli Bielutin, przyszli małżonkowie.

Nina (Antonina) Mole opisuje w książce swoje spacery (małej Antośki) z wujkiem Zygmuntem (Krzyżanowskim). W 1950 roku w notatkach Zygmunta Krzyżanowskiego pojawiają się takie myśli:
„ 1. O życiu myśleć już za późno, pora wymyślić swój koniec.
2. Życie dośpiewane i dopite.
3. Najbliższa stacja przeznaczenia – Śmierć.
4. Trzeba swoje życie zdać tak, jak wartownik zdaje wartę”.

Ich autor, który pracował wtedy nad przekładem na rosyjski Mickiewicza, spytany przez żonę: „Czy chce wam się żyć?” (przez całe życie zwracali się do siebie przez „wy”) – odpowiedział: „Nie wiem... dusza mi się naderwała”. W ciepły i pogodny dzień 1 maja 1950 roku wskutek wylewu krwi do mózgu pisarz stracił możliwość rozróżniania liter, zmarł kilka miesięcy później.

Sytuację twórców w tamtych latach oddaje cytat: „W Związku Radzieckim istnieje tylko jedna alternatywa: być niewolnikiem albo buntownikiem. A jeśli niewolnictwo nie zadowala, trzeba uczyć się myśleć. W samotności. Wyłącznie samodzielnie. Wszystko inne to zaklęcia jak w sabacie wiedźm. Do ludzkiego poznania ma się to nijak”.

Zygmunt Krzyżanowski żył jak pustelnik w 6-metrowej klitce na Arbacie (żona zabrała go do siebie na krótko przed śmiercią), pisał do szuflady i nietrudno zrozumieć, że zakaz druku ocalił mu życie. Moskwa lat 20. była wrzącym tyglem, a przyjaźnie z takimi twórcami, jak: Bułhakow (Krzyżanowski znal go jeszcze z Kijowa), Achmatowa, Babel, Jesienin, Majakowski, Tairow, Stanisławski, Wachtangow, Meyerhold – wśród których szybko zdobył sobie mocną pozycję – być może były jedynym i najważniejszym powodem jego pobytu w Moskwie. Choć trzeba wziąć też pod uwagę wszelkie ograniczenia natury administracyjnej i politycznej, najprzeróżniejsze szykany, jakich nie szczędzono artystom.

Z kart książki co chwila ktoś znika na zawsze, po prostu schodzi ze sceny nieodwołalnie. Można być trochę omroczonym duszną atmosferą osaczenia, zagrożenia, w jakiej żyli ówcześni pustelnicy – ci, którzy nie chcieli być niewolnikami ani jawnymi buntownikami. Gdyby użyć języka dzisiejszych czasów, to można byłoby powiedzieć, że przeżycia i emocje amatorów sportów ekstremalnych czy rozmaitych szkół przetrwania są mizerną namiastką, przedszkolnymi rozrywkami wobec pełnej hazardu i adrenaliny gry o życie, toczonej w tamtych latach w Związku Radzieckim. W ziemskiej skorupie diamenty powstawały pod niewyobrażalnym ciśnieniem, nikt nie badał tego, co to ciśnienie zniszczyło po drodze, przy okazji.

„Przeoczony geniusz” – jak o Krzyżanowskim powiedział jego odkrywca Wadim Perelmuter to diament najczystszej wody, który nabiera blasku w pół wieku po swojej śmierci. Otwierając zarazem nieoczekiwaną perspektywę: jeśli tej rangi odkrycia są nadal możliwe, to co można jeszcze w Rosji odnaleźć?

Nina Mole-Bielutin, Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak będzie pochwalony! Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2005 Internet www.marszalek.com.pl e-mail: info@marszalek.com.pl.

„Przegląd Polski”, Tygodniowy dodatek literacko-społeczny „Nowego Dziennika” (Nowy Jork), 7 kwietnia 2006 r.

Powrót do spisu treści

Maja Cybulska

POWRÓT

Mam przed sobą trzy książki Zygmunta Krzyżanowskiego: miniatury zatytułowane Niemożliwe do przewidzenia, opowiadania Trzynasta kategoria rozsądku (Kielce, 2004) i powieść pt. Powrót Münchhausena (Olszanica, 2005) przełożone z rosyjskiego przez Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską. Wszystkie opatrzone są notami o pisarzu autorstwa Stanisława Nyczaja, tłumaczki, Pawła Zawadzkiego i Wiesławy Olbrych, z których będę tutaj korzystać.

Gdyby autor tych utworów wiedział, jak bardzo niemożliwe da przewidzenia okazały się losy jego książek, to by niczym jego powieściowy bohater pogratulował sobie słowami: „My Münchhausenowie zawsze wiernie służyliśmy fikcji”. Ale ta wierna służba nie wynagrodziła go za życia sukcesem. Tworzył w ponurym kraju, w ponurych czasach. A nawet po jego śmierci, kiedy się nieco rozjaśniło, Aleksander Twardowski, redaktor „Nowego Mira”, znanego pisma literackiego, skwitował teksty pisarza pogardliwym komentarzem „zbyt cuchną Kafką”.

Zygmunt Krzyżanowski (1889–1950) pochodził z polskiej rodziny katolickiej zamieszkałej w okolicach Kijowa. Ojciec prowadził księgowość w cukrowniach. Matka była osobą muzykalną i po niej przyszły pisarz odziedziczył muzyczny talent. Jego rodzeństwo było również uzdolnione artystycznie. Sytuacja materialna rodziny układała się pomyślnie i można było zagwarantować Zygmuntowi wszechstronne wykształcenie. Studiował na uniwersytecie kijowskim prawo, filologię klasyczną i języki. Znał ich, łącznie z greką i łaciną, siedem. Pasjonowała go matematyka, astronomia, literatura, historia sztuki i filozofia. Zapoznał się również z uniwersytetami we Francji, Włoszech, Szwajcarii i w Niemczech. W 1922 r., przyjechał do Moskwy, gdzie znalazł się w twórczym środowisku. Związał się z teatrem Aleksandra Tairowa. Dla jego sceny adaptował powieść Chestertona pt. „Człowiek, który był Czwartkiem”. Głównie zaś pisał opowiadania, powieści, rozprawy filozoficzne i krytyczne. Ale nie drukowano go. Poza zastrzeżeniami natury ideologicznej, prześladował go pech. A to zainteresowany tekstami redaktor został zwolniony ze stanowiska, a to zmieniło się kierownictwo zespołu, z którym miał współpracować. Aż na dobre scementował się socrealizm i Krzyżanowskiego skazano na niebyt. Wegetował w jakiejś klitce na Arbacie, utrzymywał się dzięki tłumaczeniom z literatury polskiej, wykładom i rozmaitym dorywczym zajęciom. Ambicje literackie zaspokajał czytaniem swoich utworów w wąskim kręgu przyjaciół. Nie otrzymał zezwolenia na odwiedzenie Polski. W 1936 r. groziło mu wysiedlenie poza 101 km z Moskwy. Jako obywatel pochodzenia polskiego był „elementem podejrzanym”. Ale znaleźli się przyzwoici ludzie, którzy sprawili, że został przyjęty do moskiewskiego związku pisarzy. Przydzielono mu kartki żywnościowe i zapewniono nietykalność. Paradoksalnie, nietykalny był zawsze, bo jako pisarz nie istniał. Trudno zniszczyć kogoś, kogo nie ma. Taką opinię wyraził nieprzychylny Krzyżanowskiemu Aleksander Twardowski: „Absolutna niemożność wydania jakiejkolwiek książki ocaliła mu życie”. W Rosji odkryto go i zaczęto wydawać w czterdzieści lat po śmierci. Do Polski trafił później i został pokochany, co wnoszę nie tylko z wyszczególnionych studiów krytycznych, ale z tonu załączonych do tekstów opracowań, przesiąkniętych głębokim podziwem dla kunsztów tego pozbawionego Polski Polaka, który pisał po rosyjsku. Tłumaczony był również na języki zachodnie.

W opowiadaniach Krzyżanowskiego zadziwia umiejętność konstruowania fabuły wokół wysnutego z fantazji konceptu. Niech to będzie konkurs wokalny czajników, wędrówka srebrników judaszowych, które splamione krwią niewinnego proroka, do dzisiaj zakażają świat, tragiczna i cudowna historia elfa, który schronił się w wiolonczeli, samonapełniający się kielich, czy kubaturat – preparat do powiększania powierzchni mieszkalnej stłoczonych na mikroskopijnym metrażu obywateli. A przy tym wyłaniają się błyskotliwe akcenty dotyczące np. pociągów pamiętających czasy Stephensona, kiedy „dopiero uczyły się jeździć”, albo koniecznego do życia wydatku „na skrzypiące jak sumienie łóżko”. Niecodzienne są pomysły Krzyżanowskiego. Powieść Powrót Münchhausena dosłownie zniewala czytelnika ich bogactwem. Baron Karl Friedrich Hieronymus Münchhausen (1720–1797) był postacią autentyczną. Oficer na żołdzie rosyjskim w oddziałach księcia Brunszwiku brał udział w dwóch kampaniach przeciwko Turcji, po czym osiadł w Hanowerze. Jego ulubionym zajęciem było opowiadanie nieprawdopodobnych historii na temat swoich wyczynów wojennych i myśliwskich, więc przeszedł do legendy jako Baron-Łgarz. W Powrocie Münchhausena baron jest nie tyle łgarzem, co wyrafinowanym fantastą, rzuconym do Związku Sowieckiego, który odmalował z druzgocącym szyderstwem. Nie chodzi o bezpośrednie, krytyczne określenia sytuacji w ojczyźnie proletariatu, ale o spiętrzenie obrazów literackich uderzających w bzdurę i nieludzkość państwa.

Pawłowi Zawadzkiemu należy się dobre słowo za przystanie mi książek Krzyżanowskiego. Dzięki nim sporo dowiedziałam się o nieznanym dotychczas, oryginalnym pisarzu. Tak mało wiadomo o Polakach, którzy nie wrócili z Rosji do Kraju. Pomijam ideologów biorących udział w budowie świetlanego ustroju, którego ofiarami niejednokrotnie sami się stali. Myślę o „szeregowych” Polakach, którzy znaleźli się w pułapce stalinizmu. Krzyżanowskiego od zapomnienia ocalił olśniewający talent. Co ocali innych?

Opublikowane w rubryce: Ex Libris Mai Cybulskiej, „Tydzień Polski”, Londyn, 23.04.2006

Powrót do spisu treści

Paweł Zawadzki

SZTUKA PRZETRWANIA

Emocje, jakich dostarczają najbardziej szalone sporty ekstremalne czy szkoły przetrwania, to przedszkolne igraszki w porównaniu z pełną adrenaliny, hazardową grą o przeżycie, jaka była udziałem twórców, artystów, poetów, pisarzy – obecnych w Moskwie lat 20-tych ub. wieku. Drobny przykład: dwóch wesołków, Ilja Ilf i Ilja Pietrow, napisało dwie genialne książki – 12 krzeseł i Złote cielę, żartując sobie z rzeczywistości rosyjskiej po 1917 roku. Książki bawią do dziś, choć ich autorzy długo nie pożyli – zostali rozstrzelani. Rewolucja pożera nie tylko własne dzieci... Ilu dzisiejszych pretendentów do literackich laurów byłoby skłonnych podjąć tak ryzykowną grę o swoje życie i twórczość?

Sytuację w tamtych latach określa cytat: „...w Związku Radzieckim istnieje tylko jedna alternatywa: być niewolnikiem, albo – buntownikiem. A jeśli niewolnictwo nie zadawala, trzeba uczyć się myśleć. W samotności. Wyłącznie samodzielnie. Wszystko inne, to zaklęcia jak w sabacie wiedźm. Do ludzkiego poznania ma się to nijak.”

Zygmunt Krzyżanowski urodził się w 1887 roku nieopodal Kijowa w zamożnej, polskiej, katolickiej rodzinie kresowej. Rodziców było stać na bardzo staranną edukację jedynaka, który studiował prawo i filozofię, interesując się również matematyką, astronomią, historią, literaturą, teorią sztuki, filologią klasyczną. Prócz łaciny i greki (!), znał pięć języków, odbywał podróże wakacyjne po całej Europie, głównie przez Wiedeń do Włoch, bywał w Berlinie, przez pół roku słuchał wykładów na Sorbonie, poznał Rudolfa Steinera, twórcę antropozofii, uczestnicząc podczas wakacji w budowie Goetheanum. Logiczny, precyzyjny umysł, wszech-stronne wykształcenie i zainteresowania – czyli: Polak z Kresów z europejską edukacją, co nie było wówczas rzadkością a raczej normą. Współpracował z ukraińskim Instytutem Teatralnym w Kijowie, tamże poznał aktorkę, Annę Bowszek, późniejszą żonę. W 1922 roku znalazł się w Moskwie i pozwolił, by uwiodła go ówczesna awangarda artystyczno-literacka, wśród której szybko zdobył sobie uznanie i mocną pozycję. Być może przyjaźnie z Bułhakowem, Achmatową, Bablem, Jesieninem, Majakowskim, Stanisławskim, Meyerholdem, Wachtangowem, Tairowem, małżeństwem bakteriologów, Ludmiłą i Aleksandrem Siewiercowymi (którym, zawdzięczał pomoc i opiekę) – być może, te przyjaźnie były najważniejszym powodem, dla którego Zygmunt Krzyżanowski mieszkał w Moskwie do 1950 roku (w którym zmarł). Choć trzeba wziąć też pod uwagę wszelkie ograniczenia natury politycznej i administracyjnej, najróżniejsze szykany jakich wówczas nie szczędzono artystom.

Jego sztuka na motywach Chestertona pt.: Człowiek, który był Czwartkiem odniosła sukces, a zarazem zapoczątkowała zakaz druku, niełaskę cenzury i możnych tego świata. Pisał więc wyłącznie do szuflady, żyjąc w skrajnej nędzy w sześciometrowej klitce na Arbacie, utrzymywał się z tłumaczenia polskiej poezji i literatury na rosyjski. Jak wielu Polaków na Wschodzie – ćwiczył cnotę pokory. Ów niemal najważniejszy przymiot ducha na Wschodzie – pokora – cnota tak wygodna dla tyranów i wszelkiej władzy ... Dorobek pisarza, dedykowany „całej ludzkości” — ocaliła żona, choć i ona nie doczekała druku utworów męża. Dopiero niemal pół wieku po śmierci pisarza jego dorobek odkryto, uznano za „największe odkrycie literatury rosyjskiej lat 20-tych”, nazwano „przeoczonym geniuszem”, wydano go po raz pierwszy. Dzięki staraniom Wadima Perelmutera, ukazały się już trzy z pięciu zaplanowanych tomów pism zebranych Zygmunta Krzyżanowskiego. Są to opowiadania, nowele, miniatury, scenariusze filmowe, dramaty, szkice o Szekspirze (z prelekcjami o Szekspirze jeździł m.in. po Syberii) i Bernardzie Shaw, reportaże, eseje, aforyzmy, wykłady, rozprawy i artykuły filozoficzne.

W 1991 roku pierwszy przekład Krzyżanowskiego ukazał się we Francji (aktualnie ukazał się tam też Powrót Münchhausena), w 1992 roku – wybór opowiadań w Niemczech. Na Łotwie zorganizowano dwie konferencje naukowe poświęcone twórczości Krzyżanowskiego i wydano tom rozpraw naukowych. W Polsce, dopiero w 2004 roku ukazał się zbiór opowiadań pt.: Trzynasta kategoria rozsądku i zbiorek miniatur Niemożliwe do przewidzenia oraz powieść Powrót Münchhausena (2005). Nie licząc dwóch opowiadań, które ukazały się w „Przekroju” (33/2002) oraz „Ikarze” (7–8/2002). Trochę historii. Kompozytor i dyrygent, Paolo Stefano Bellucci, urodzony w Belluno we Włoszech, w 1880 roku przeniósł się do Krakowa na zaproszenie rodziny Potockich. Ożeniwszy się z panną Potocką, kuzynką rodziny, do końca życia przebywał już w Krakowie. Jego jedyny syn Michał, po ukończeniu krakowskiego gimnazjum, wyjechał do Rosji w latach wojny, zaciekawiony zachodzącymi tam wydarzeniami. W latach dwudziestych, zaistniawszy jako pisarz (pisał po polsku) – podejmował próby powrotu do kraju. Daremne — objęcia Rosji były zachłanne i zazdrosne – został rozstrzelany. Mimo starań zamieszkałej w kraju rodziny nie udało się też sprowadzić do kraju syna Michała — Eligiusza, którego całe życie będzie związane z Polską: pierwsza zagraniczna wystawa malarstwa Eli Bielutina odbyła się w warszawskiej galerii Krzywe Koło w 1961 roku. Szykanowany przez Rosjan, popierany i podtrzymywany przez polskich przyjaciół – m.in. Marię Kuncewiczowa, Stanisława Herbsta, Jana Bogusławskiego, Eli Bielutin stał się uznanym malarzem i teoretykiem sztuki, autorem ponad dwudziestu książek naukowych, twórcą szkoły nowoczesnego malarstwa, opozycyjnej wobec doktryny socrealizmu. Jego obrazy wystawiano we Francji, Stanach Zjednoczonych, Japonii, Kanadzie, Włoszech, na Węgrzech; w Polsce ostatnio w 1991 roku.

Mieszkająca w Warszawie absolwentka wydziału fizyczno-matematycznego Sorbony, ożeniona z wyższym oficerem carskim, w 1900 roku urodziła córkę, która wywieziona podczas ewakuacji po wybuchy pierwszej wojny światowej do Rosji, stała się matką Niny Mole-Bielutin – późniejszej żony malarza, Eli Bielutina.

Książka Niny Mole-Bielutin pt. Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak będzie pochwalony! jest kroniką dwóch rodzin, przeplataną dokumentami epoki. Panoramą stulecia – któremu, mimo wszystko, autorka mówi na pożegnanie po staropolsku: „Niech będzie pochwalony!”. Tę liczącą blisko 600 stron książkę wydało wydawnictwo Adama Marszałka z Torunia w 2005 roku, w tłumaczeniu Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej.

W 1949 roku Moskiewskie Państwowe Muzeum Sztuki z okazji 70. rocznicy urodzin Ojca i Nauczyciela, Józefa Stalina, zorganizowało wielką wystawę prezentów od artystów i narodu. Przy tej okazji, po raz pierwszy można było zobaczyć obrazy Picassa i Légera, a w osobnym, oddalonym pawilonie – Xawerego Dunikowskiego i Felicjana Kowarskiego. I w tym właśnie opustoszałym pawilonie, przed obrazami Kowarskiego, poznali się Nina Mole i Eli Bielutin, przyszli małżonkowie. Nina (Antonina) Mole opisuje w książce m.in. swoje spacery (małej Antośki) z wujem, Zygmuntem Krzyżanowskim, który w 1950 roku notował takie myśli:

1. O życiu myśleć już za późno, pora wymyślić swój koniec.
2. Życie dośpiewane i dopite.
3. Najbliższa stacja przeznaczenia – Śmierć.
4. Swoje życie trzeba zdać tak, jak wartownik zdaje wartę.

Ich autor pracował nad przekładem na rosyjski Mickiewicza; w pogodny i ciepły dzień 1 maja 1950 roku, wskutek wylewu do mózgu, stracił możliwość rozróżniania liter. Zmarł kilka miesięcy później.

Książka Niny Mole-Bielutin zawiera mnóstwo nieznanych dotąd informacji, pisana w dużej części przez naocznego świadka wydarzeń, oddaje klimaty moskiewskie, atmosferę burzliwych czasów. Z kart książki co chwila znika ktoś na zawsze, po prostu schodzi ze sceny nieodwołalnie. Można być omroczonym duszną atmosferą osaczenia, zagrożenia, w jakiej żyli ówcześni samotnicy – ci, którzy nie chcieli być niewolnikami, ani jawnymi buntownikami. Zygmuntowi Krzyżanowskiemu zakaz druku ocalił życie, Nina Mole-Bielutin i jej mąż przeżyli, mimo szykan. I mimo wszystko autorka zdobywa się na pożegnanie owego stulecia: „Niech jednak będzie pochwalony!”.

W 1992 roku w warszawskiej Zachęcie była prezentowana wystawa pt. Jesteśmy – pierwsza tak duża po 1945 roku prezentacja artystów emigracyjnych, która i tak była ledwie czubkiem góry lodowej. Tu warto zrobić uwagę, że ci artyści w swej sztuce dokonywali syntezy kultury kraju urodzenia z kulturą kraju osiedlenia, co powinno być dziś dla nas szczególnie interesujące.

Kilka miesięcy później, w Domu Polonii przy Krakowskim Przedmieściu, miała miejsce druga, o wiele mniej okazała wystawa pt.: Przetrwali – polscy artyści (i polskiego pochodzenia) na Wschodzie. Przemknęła niezauważona, mało kto ją jeszcze pamięta. „W Polsce ceni się wszelką twórczość emigracyjną powstałą na Zachodzie Europy i w obu Amerykach, ale żadną miarą nie dopuszcza się do świadomości faktu istnienia dużej grupy emigracyjnej polskiej inteligencji twórczej po wschodniej stronie naszych granic. Tak było ze względów politycznych w okresie międzywojennym. Za czasów PRL nie mógł to być temat publiczny z tych samych względów. Dziś – mógłby, ale nie jest modny. Tymczasem emigracja polska – ta «zachodnia» i «wschodnia» – jeżeli czymkolwiek się różni od siebie, to tym, że ta, która osiadła na Zachodzie, nie chciała do „reżimowej” Polski wrócić, a ta zatrzymana na Wschodzie – nie mogła. Jeżeli w ogóle przeżyła.” (W. Mikołajczyk-Trzcińska). Może nazbyt dokładnie przerabiamy ów werset, że „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”? I nazbyt lekkomyślnie gubimy diamenty?

Twórczość Zygmunta Krzyżanowskiego Rosjanie porównują do Witkacego i Gombrowicza, Polacy – do Italo Calvino, Borgesa, Kafki. Dodałbym – jako punkt odniesienia – Latający Cyrk Monty Pythona, gdyż wyobraźnia i poczucie humoru Zygmunta Krzyżanowskiego są trudne do jednoznacznego określenia. A sam pisarz być może przewidział swe losy w Ojczyźnie (do końca życia uważał się za polskiego emigranta w Moskwie) w opowiadaniu opisującym przygody niedogrzebanego nieboszczyka... Polsko – jesteś Matką? Macochą?

* * *

Podczas 51. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie (PKiN, 18–21 maja 2006 r.) wręczono nagrody i wyróżnienia w 46. Konkursie Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek „Najpiękniejsze Książki Roku”. 93 wydawnictwa nadesłały 127 tytułów. Jury: Józef Wilkoń, Jan Bokiewicz, Andrzej Heidrich, Katarzyna Iwanicka, Mieczysław Wasilewski, Stanisław Wieczorek – w wyniku tajnego głosowania przyznało nagrody, wyróżnienia i nominacje. W dziale I – literatura piękna – wyróżnienie otrzymał Powrót Münchhausena Zygmunta Krzyżanowskiego – opracowanie graficzne Władysław Pluta, rysunki – prof. Zygmunt Januszewski.

Dwumiesięcznik Literacki "Topos", Sopot, nr 5/90/2006

Powrót do spisu treści

Maja Cybulska

WROTA

W książce pt. „Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak będzie po-chwalony”, napisanej przez Ninę Mole-Bielutin, a przetłumaczonej z rosyjskiego przez Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską (Toruń 2005), rzuca się w oczy zdanie z dziennika artysty Konstantyna Sumowa, odnotowane pod datą 25 października 1917 r.: „Dziś zwycięstwo bolszewików. Wydarzenie”. Nina Mole-Bielutin, Polka zamieszkała w Moskwie, odczuła wszystkie konsekwencje tego wydarzenia. Wychowywała się w czasach porewolucyjnych, dojrzewała w okresie stalinowskiego terroru, była świadkiem kolejnych odwilży, a w końcu rozpadu sowieckiego imperium. Przywiązana duchowo do kraju swoich przodków była blisko spokrewniona z pisarzem Zygmuntem Krzyżanowskim, który już gościł w „Ex Libris”. Eseistka, dramaturg, autorka scenariuszy filmowych, wykładała na Uniwersytecie Moskiewskim i w Instytucie Literatury. Jej mężem jest Eligiusz (Eli) Bielutin, urodzony i również zamieszkały w Moskwie malarz, pedagog, organizator słynnej wystawy Maneż 1962, którą odwiedził Chruszczow i karczemnie potraktował artystów (wystawa została zamknięta). Z pochodzenia pół-Polak, pół-Włoch (jego dziadek, Paolo Stefano Belluci sprawował pieczę nad życiem muzycznym w Krakowie) z najwyższym trudem, uwieńczonym w końcu sukcesem, realizował założenia sztuki, znajdujące się w opozycji do bzdurnych, ideologicznych nakazów. Nina (Antośka) i Eligiusz spotkali się na wystawie dziel Felicjana Kowarskiego i Ksawerego Dunikowskiego w odległym pawilonie w Parku Gorkiego. Odizolowanie dorobku Polaków od osiągnięć twórców innych narodów brało się stąd, że „Ojciec i Nauczyciel miał alergię na ten nieco bardziej niezależny kraj.” Potwierdzona została opinia, że „Czasy stalinowskie umiały wprowadzić lęk przed kontaktami z Polską.” A jednak ta gnębiona, rozrywana, mordowana, hańbiona Polska w żaden sposób nie dawała się zepchnąć do roli niewolnika. Kiedy w Moskwie otwarto księgarnię z książkami z ludowych demokracji, dział polski był najbardziej oblegany. Okazało się, że znalazło się mnóstwo ludzi, którzy znali polski język, albo byli skłonni się go uczyć, że byli dumni ze swoich powiązań z Polską. „Była jeszcze jedna przyczyna czyniąca język polski tak pożądanym i potrzebnym: historia powtarzała uwarunkowania XVII stulecia, gdy przez polskie wrota: polską muzykę, piśmiennictwo i kulturę, otwierała się droga na Zachód”. „Wiek XX widziany z Moskwy” jest dosłownie przesiąknięty Polską. Zaplecze rodzinne autorki i jej męża, kontakty z Polakami w Moskwie, niewątpliwie wyjaśniają fascynacje Mole-Bielutin. Ale jest coś jeszcze: kontrast polskiej kulturalnej tradycji z sowieckim okrucieństwem i prymitywizmem.

Jest to praca gigantyczna. Obejmuje osobiste notatki, wycinki z gazet, fragmenty książek, charakterystyki Jesienina, Majakowskiego, Meyerholda, listy, fragmenty dzienników i inne materiały. Ale właśnie dlatego że książka ma tyle do zaofiarowania, zauważalne są jej rażące niedociągnięcia. Przede wszystkim brak źródeł pochodzenia znacznej części materiałów (tytuły gazet i oficjalnych wydawnictw książkowych zostały uwzględnione). Trudno uwierzyć, ze np. list Wsiewoioda Meyerholda (wybitnego artysty i reżysera), pisany do Mołotowa z więzienia na Butyrkach, znalazł się w posiadaniu autorki, a jeśli tak, to w jaki sposób? Musiał być złożony w jakichś archiwach. W jakich? A listy Iwana Pawłowa, wybitnego fizjologa, noblisty, twórcy teorii odruchów warunkowych, czy genetyka Wawiłowa, wykończonego przez Stalina, albo fragmenty dziennika Michaiła Priszwina. Priszwina czytałam chyba jeszcze w szkole i nie wiedziałam, że był to człowiek, który w najpotworniejszych czasach, miał tak wielką odwagę formułowania swoich myśli. A wtedy nawet własnych myśli się bano. Robił to zapewne na prywatny użytek. Nie wiadomo czy ten dziennik był publikowany czy nie. Kiedy? Jak autorka do niego dotarta? W 1950 r. Priszwin (1873-1954) pisał: „Tego co się dzieje u nas nie można przypisywać Stalinowi, komuś z nas, lub nam wszystkim. Wirusy mózgu zmarłego Marksa miały oczywiście jakiś nadrzędny wpływ, ale potem wszystkiego dokonał ten sam naród, który wydał z siebie Arakczejewa i Piotra I. Nasza państwowość rodziła się pod kłonicą Piotra”. Czasem ma się żal do Mole-Bielutin o to, że przytaczając takie niezwykle teksty, poskąpiła nam bliższych danych na ich temat.

Dostrzega się wątłą pokusę sporządzenia indeksu nazwisk, ale rezultat polega na alfabetycznym rejestrze zwięzłych i nie wiadomo na jakiej zasadzie wybranych życiorysów (Meyerholda nie ma). Stron nie odnotowano. Czemu podobny „indeks” ma służyć, pozostaje niewyjaśnioną tajemnicą. W książce brak ciągłości biograficznej. Z rozrzuconych po tekście informacji należy mozolnie klecić powiązania rodzinne autorki i jej męża. Poza tym uderzają przemilczenia. Mole-Bielutin dużo pisze o swojej polskiej babce, choć ledwie, ledwie o dziadku, a o matce (oczywiście Polce) i ojcu (Rosjaninie?) znalazłam zaledwie kilka wzmianek. Czyżby byli nieważni? A może istnieją powody, dla których należało się od nich zdystansować? Na koniec sprawa podtytułu. Mole-Bielutin jest bardzo przywiązana do słów „niech będzie pochwalony”. Ale za co tu chwalić wiek XX pojęcia nie mam. Nawet z zastrzeżeniem „jednak”. Moim zdaniem największą zaletą tego wieku jest to, że się skończył, co potwierdza prawie każda strona relacjonująca moskiewskie doświadczenia.

Świetny materiał Niny Mole-Bielutin trzeba by porządnie opracować.

Opublikowane w rubryce: Ex Libris Mai Cybulskiej, „Tydzień Polski”, Londyn, 18.06.2006

Powrót do spisu treści

Justyna Hofman

ŚWIAT WYJĘTY Z OKA MÜNCHHAUSENA

Rozmowa z Walentyną Mikołajczyk-Trzcińską, dziennikarką uprawiająca publicystykę społeczno-polityczną i kulturalną, krytykiem teatralnym i literackim, pisarką i tłumaczką, głównie literatury rosyjskiej.

Co Cię uwiodło w prozie Zygmunta Krzyżanowskiego?

Najpierw uwiodła mnie sama postać Krzyżanowskiego i to, czego się o nim dowiedziałam. Zetknęłam się z tą postacią tłumacząc książkę p. Niny Molewej, „Wiek XX widziany z Moskwy” wydaną kilka miesięcy temu, której jest on jednym z bohaterów, bo to książka wspomnieniowa, mocno osadzona w realiach minionego stulecia. Temat książki zafrapował mnie szczególnie, bo pochodzę z rodziny polskiej z dawnego zaboru rosyjskiego, która również zawędrowała w głąb Rosji. Tyle, że nam udał się wyścig - zawsze, gdy granice Polski przesuwały się na zachód, my zdążaliśmy je przeskakiwać we właściwym kierunku. Wiele polskich rodzin miało mniej szczęścia. Do dziś w samej Moskwie mieszka około pół miliona ludzi o polskich korzeniach. I - proszę ich nie mylić z komunistami.

Zaraz, zaraz - kim jest Nina Molewa?

Profesorem, historykiem sztuki i literatury, z pochodzenia Polką urodzoną i mieszkającą w Moskwie. Podobnie jak jej mąż, Eli Bielutin (właściwie: Bellucci, z krakowskich Bellucich-Potockich), znany w świecie artysta malarz, twórca rosyjskiej szkoły tzw. nowego realizmu. Polskość w ich domu jest chroniona, przyjaźnie z Polakami trwałe. Zygmunt Krzyżanowski był stryjecznym dziadkiem Niny Mole - Bielutin. I on na łamach jej książki występuje. Przez wiele lat w Polsce nikt o tym pisarzu nie słyszał. Charakter tej postaci, wartości, które on w tej rodzinie reprezentował były intrygujące. W chwili, gdy usłyszałam, że jest taki pisarz, że funkcjonuje w obecnej Rosji jako pisarz polsko - rosyjski, chciałam poznać jego twórczość. Dostałam wybór jego opowiadań - pierwszy, jaki się ukazał w Moskwie w 1989 roku. Jak zaczęłam je czytać po rosyjsku, to stwierdziłam, że trzeba je jak najszybciej przełożyć na język polski. I dać Polakom do poczytania. To jest proza, która tworzy pewien pomost pomiędzy naszą piękną klasyką XIX-wieczną a Gombrowiczem i Mrożkiem. Tego w naszej literaturze brakowało.

To dziwna proza, bo uwiodła właściwie każdego, kto się z nią zetknął - także młodzież - Krzyżanowski stał się pisarzem bardzo trendy...

Nie tylko polską młodzież, bo i francuską, niemiecką... To we Francji, a nie w Polsce czy w Rosji powstały pierwsze fan-kluby Krzyżanowskiego. W jego opowiadaniach i powieściach świat jest mocno odrealniony, właściwie prawie nigdy nie jest osadzony w realiach, w których Krzyżanowski przeżył połowę życia, czyli w Moskwie, w ówczesnym ZSRR. On jest osadzony w jakimś nieokreślonym państwie, dziwnym świecie, w którym zachodzą procesy dziejące się wbrew człowiekowi, wbrew naturze człowieka. Myślę, że takie zagrożenie odczuwają współcześni młodzi ludzie na całym świecie i dlatego pisarz jest im bliski.

W minionych czasach nie tylko w Moskwie, ale i w państwach będących satelitami ZSRR, wszystko było wbrew ludzkiej naturze i wbrew człowiekowi...

Taaak. Krzyżanowski wolnej Polski nie znał. Ani tej międzywojennej, ani - satelickiej PRL. Pokazuje w swoich utworach ogromną samotność człowieka wobec sił totalitarnych. Samotność jednostki. Nie nazywa tych sił. Po prostu - żądza władzy ludzi mocnych, nieczułych, niewrażliwych. Czy to opowiadania alegoryczne typu „Bezrobotne echo”, „Most przez Styks”, czy to opowiadanie osadzone w konkretnym mieście na konkretnych ulicach, czy powieść osadzona wśród konkretnych ludzi - samotny człowiek żyje w takim wrogim mu świecie. I - trwa. W tej chwili tłumaczę jego powieść pt. „Klub zabójców liter”. Tam kilku bohaterów przedstawia swoje literackie wizje wydarzeń, które nigdy nie mają być przeniesione na papier. Ale one wszystkie się toczą wokół jednego tematu. Dzieją się nie wiadomo gdzie - gdzieś w Europie, a może w ogóle - w naszej „globalnej wiosce”... Ale zawsze jest wola jednostki przetrwania godnie w porównaniu z tym, co ją otacza, osacza. Jeden ze współczesnych rosyjskich pisarzy, profesor filozofii, Piotr Kalitin, ostrzega: „Oby nasz świat nie przerodził się w senne wizje bohaterów Krzyżanowskiego”.

Jego proza to pogranicze fantastyki. Ale... Mimo wszystko ten świat nie jest światem mrocznym. Jest pogodny...

Obok grozy występuje poczucie humoru, obok sarkazmu - żart, dowcip. „Powrót Münchhausena” to pojedynek dwóch fantastów: barona i Krzyżanowskiego. Istnienie barona, który „ani razu nie chował się przed prawdą, lecz całe życie pojedynkował się z nią, parując fakty fantazją”, Krzyżanowski wywodzi z... rachunku nieprawdopodobieństwa. Prawdziwą klęską barona okazała się Rosja tamtych lat - świat wyjęty z oka Münchhausena okazał się... prawdziwy. Wcześniej, podczas swego pobytu w Anglii, baron rozgniewał katedrę Św. Pawła. Ta dobywszy się z fundamentów ściga go po całym Londynie, aż ten musi się salwować ucieczką na koniu szachowym!

I chyba ten żart, dowcip, błysk humoru szczególnie uwodzi dzisiejszego czytelnika...

Bardzo możliwe i wydaje mi się, że to jest bardzo polska jego cecha. Właśnie to mamy u Mrożka i u Gombrowicza. Zdawałoby się, że świat już jest nie do wytrzymania, aż do bólu i nagle pojawia się jakiś żart, przymrużenie oka, kpina, nawias, cudzysłów.

I wszystko może toczyć się i trwać dalej?

No właśnie. Krzyżanowski kojarzył mi się zawsze z Kafką. Byli rówieśni. Kafka jednak jest strasznie mroczny, bez wizji wyjścia. U Krzyżanowskiego jest ratunek, jest nadzieja, czy to w dotknięciu dłoni drugiego człowieka, czy to w uśmiechu, czy w dobrym spojrzeniu kobiety na przechodnia. Jest coś, co te tragizmy łagodzi.

I w tym tkwi jego urok.

To jest urok - masz rację.

Ma on jeszcze jedną urokliwą cechę - spojrzenie, radość dziecka. Pisze o tragicznym losie jednostki w totalitarnym świecie, a jednocześnie cieszy się jak dziecko z każdego rozwiniętego kwiatu, obłoku płynącego po niebie, słońca, cieplejszego słowa człowieka...

Tak. Na to zwróciła mi uwagę Nina Molewa i pisze o tym w swojej książce. Ona jest szczęśliwa, że właśnie z nim poznawała Moskwę. Nauczył ją pokochać to miasto. Po swojemu, zobaczyć własnymi oczami, nie jak ciastko podsuwane na tacy. Zresztą, mnie chyba też nauczył dystansu do tego, co się pcha nam na talerz. Trzeba szukać, chcieć mieć swoje wartości i wszędzie próbować je odnaleźć. I jest to możliwe.

Jego ludzki los był tragiczny...

A mimo to nie zgubił w sobie dziecka. Tragiczny był jego los i jako człowieka i jako pisarza. Za życia, poza drobnymi utworami, nie był wydawany ani drukowany. Ale masz rację: jest w nim pogoda, jest w nim to, co p. Nina mówiła - pewność swojego sądu o świecie, którego nic nie może zachwiać, żadne przeciwieństwa losu. Dużo ze swojego losu przewidział. To jest niesamowite. M. in. napisał tak: „pośmiertna sława” - teraz jest sławny w Europie, a przypuszczam, że niebawem będzie sławny i poza Europą - „jest jak turkocący wóz, który dalej jedzie pusto”. Nie ma w nim autora. Autor tej przejażdżki już nie zazna.

Był człowiekiem o niezłomnych zasadach, o czym świadczy całe jego życie i jego pisarstwo...

Zanim zaczął pisać, studiował chyba wszystko, co było możliwe do studiowania. Zajmował się nawet wyższą matematyką! Także bakteriologią, fizyką - moskiewscy fizycy uwielbiali się z nim spotykać, zapraszany był na debaty wąskiego grona specjalistów. Człowiek, który na wielu europejskich uniwersytetach słuchał w oryginalnym języku wykładów w dziedzinach, które go interesowały. Pisarstwem postanowił się zająć dopiero mając trzydzieści kilka lat. Długo gromadził materiał. I trzeba dodać, że pisał stosunkowo krótko, gdyż zaczął na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku, a od 1939 roku nie napisał już żadnego utworu literackiego. Zmarł w roku 1950.

Wojna przerosła wszystko, co mógłby jeszcze napisać? Wszystko się stało...

Chyba tak. Był pisarzem bardzo płodnym, bo na jego dorobek składa się 5-6 powieści, kilkadziesiąt nowel i opowiadań. Zajmował się także teatrem, studiami nad Szekspirem, jest autorem kilku dramatów i adaptacji teatralnych. A także - przekładów z literatury polskiej, z czego zresztą pod koniec życia się utrzymywał. Śpieszył się bardzo, tuż przed śmiercią miał lekki wylew i przestał rozróżniać litery. Korekty robiła więc żona, pod jego dyktando. Tak jak jego literacki bohater, baron Münchhausen i on się pożegnał z alfabetem. Tyle, że napisał powieść „Powrót Münchhausena” 15 lat wcześniej. „Klub zabójców liter” też. Jest coś takiego, że litery zamykają w książce głęboki sens, który jest w samym zamyśle. Widocznie potem już nic nie można z tym zrobić.

Nie wiem czemu, ale im głębiej wchodzę w twórczość Krzyżanowskiego, tym więcej widzę czytelnych sygnałów wskazujących pewne autorytety, czy to z dziedziny filozofii, czy antropologii, nauk przyrodniczych, matematycznych, o których my, współcześni, zapomnieliśmy. Może warto się cofnąć np. do Kanta, Hegla i jeszcze raz próbować nowej drogi? Osiągnięcia myśli ludzkiej, którymi pisarz się nasycał - przecież my też je mamy. Na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko chcieć zajrzeć do biblioteki.

Przed II wojną Stalin zaczął szczelnie zamykać Rosję, Krzyżanowski mógł czerpać jedynie z pokładów własnej wiedzy i kontaktów z wybitnymi myślicielami, humanistami mu współczesnymi - burza mózgów trwała - powstawały nowe gałęzie nauk. Dzisiaj łączy się prawo z ekonomią, naukami politycznymi i socjologią... Prof. Jurij Osipow stworzył na Uniwersytecie Moskiewskim jedyną na świecie katedrę filozofii ekonomii. Który ekonomista-praktyk zajmuje się filozofią?!

My też mamy takie dziwne postacie w nauce, np. prof. Aleksander Sieroń, który skończył Wydział Elektryczny na Politechnice Śląskiej, potem poszedł na medycynę, dzisiaj jest profesorem o 5 specjalizacjach medycznych, jednym z twórców urządzenia do magnetostymulacji  itd... Za młodu był też kaskaderem w wielu polskich filmach. On też dzisiaj z pełnym przekonaniem mówi o tym, że nie można zasklepiać się w jednej dziedzinie i że takich ludzi koncentrujących się na kilku dziedzinach wiedzy i łączących je w jakąś całość będzie coraz więcej.

Wąskie specjalizacje mogą być ślepymi uliczkami naszej przyszłości. Nigdy nie będzie słuszne rozszczepianie w nieskończoność komórki bez zastanawiania się, jakiego organizmu jest ona częścią. To, o czym mówisz jest u Krzyżanowskiego. Oczywiście, żył on w szczególnej sytuacji politycznej. Wiadomo, że w latach 30. XX wieku nic stamtąd nie mogło się przebić na świat. Ani ze świata tam.

Ten wywiad jest dla specyficznego odbiorcy: przede wszystkim polskiego emigranta w Ameryce. Myślę, że znajdą oni, jeżeli sięgną do prozy Krzyżanowskiego, wiele odpowiedzi na nurtujące ich pytania i uzasadnień wielu swoich niepokojów...

Na pewno. Krzyżanowski mieszkając i żyjąc w Rosji nieustannie był na emigracji. Duchowej. I - zawsze mówił, że jest Polakiem na emigracji w Moskwie. Nawet nie w Rosji, nie w Związku Radzieckim, ale w Moskwie. W książce Molewej, „Wiek XX widziany z Moskwy”, która na razie wyszła tylko po polsku, widać, jak ci emigranci, w małych grupkach - wiadomo, że w czasach stalinowskich przyznawanie się tam do polskości było niebezpieczne - musieli się często spotykać, omawiać to, co do nich z Kraju docierało. A jak pięknie oni do dziś mówią po polsku. Pani Nina swój polski zawdzięcza właśnie Krzyżanowskiemu. Piękna, stara polszczyzna, w której ludzie mówią pełnymi zdaniami, te zdania są właściwie artykułowane, nie powstają językowe dziwolągi.

Jaki był Krzyżanowski jako człowiek?

Nie znamy jego pierwszych 35 lat życia. Nie wiemy, co tworzył będąc jeszcze w Kijowie. Podejrzewamy, że mógł być korespondentem kijowskich gazet, a może nie tylko, może także innych gazet zaboru rosyjskiego. Być może swoje korespondencje z Europy pisał po polsku i publikował w polskojęzycznych mediach, bo przecież podróżując po Europie musiał się z czegoś utrzymywać. Kataklizmy historyczne i skomplikowane losy osobiste rzuciły go w roku 1922 do Moskwy. Chcąc zachować duchową niezależność w warunkach sowieckiej rzeczywistości, tworzył w osamotnieniu, a utrzymywał się głównie z wykładów, sporadycznych publikacji, przekładów literatury polskiej.

Wiemy o jego długiej współpracy z teatrem Tairowa. W moje ręce trafił właśnie IV tom jego dzieł zebranych wydany po rosyjsku. Jest tam przepiękny esej, „Poetyka tytułów” - precyzja, jasność pokazania, wręcz wykres, jak tytuł oddaje to, co zawiera utwór, a czego nie zawiera. Ale to, co wiemy autorze to nadal tylko strzępy. Wiemy, że miał w Moskwie mocną pozycję w środowisku artystów i inteligencji w tamtych latach, wiemy, że współpracował z teatrem Tairowa. Ale to tylko druga połowa jego życia a ludzi, którzy go znali już nie ma.

Dziękuję za rozmowę.

"Yorick" nr 10 z 2006 r. - czasopismo internetowe wydawane przez Sekcję Polską Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Powrót do spisu treści

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska

POSŁOWIE DO MOSTU PRZEZ STYKS

Most przez Styks to już trzeci polski tom opowiadań Zygmunta Krzyżanowskiego, na który składają się utwory wybrane z kilku – ułożonych w cykle przez samego autora – zbiorów: Сказки для вундеркиндов (Bajki dla wunderkindów), Неукушенный локоть (Nieugryziony łokieć), Чем люди мертвы (Na co umierają ludzie) oraz Чужая тема (Obcy temat). W wydaniach rosyjskich opowiadania są datowane, odstąpiliśmy od tej zasady z powodu, o którym za chwilę. Wszystkie musiały powstać w latach 1910–1939: po wybuchu drugiej wojny światowej autor zaprzestał pisania prozy.

Wybór niniejszy stanowi przekrój możliwości pisarskich Krzyżanowskiego: od wczesnych utworów, utrzymanych wyraźnie w manierze modernistycznej, po późniejszy eksperymentalny realizm, od filozoficznej fantasmagorii po absurd i groteskę. Można tu znaleźć to, co dla prozy Krzyżanowskiego najbardziej charakterystyczne: kolaż różnorodnych tekstów, cytat i literacką aluzję, reinterpretację w nowym kontekście powszechnie znanych obrazów, idei i mitów, a przede wszystkim – uniwersalizm ważnych dla autora tematów, jak: czas, pamięć, przestrzeń, miasto, książka, słowo. Ale także - zagrożenie świata zuniformizowaniem, ujednoliceniem, uprzedmiotowieniem szarego obywatela. I – samotność. Tragiczna samotność nierozumianego, odtrąconego, zagubionego w świecie, w czasie i przestrzeni człowieka.

Zygmunt Krzyżanowski, autor wydanej w Polsce powieści Powrót Münchhausena oraz wyboru opowiadań Trzynasta kategoria rozsądku i cyklu miniatur Niemożliwe do przewidzenia, przez lata pisząc wyłącznie po rosyjsku, do końca życia uważał się za Polaka przebywającego na emigracji w Moskwie. Urodzony w polskiej rodzinie z okolic Kijowa, w tym mieście się kształcił i tam w 1910 roku debiutował jako poeta i autor korespondencji z podróży po Europie. Historyczne kataklizmy, komplikując w XX wieku losy wielu Polaków, w 1922 roku – po śmierci rodziców – zawiodły Zygmunta Krzyżanowskiego do Moskwy, dokąd po ewakuacji Warszawy trafiła część rodziny i gdzie osiadła późniejsza żona pisarza, aktorka Studia Stanisławskiego, Anna Bowszek. Awangarda teatralna, rozkwit nowych kierunków w sztuce i literaturze, nieskrępowany rozwój sztuki filmowej – wszystko, co w tamtych latach przyciągało uwagę artystycznej Europy, minęło wraz z upadkiem NEP-u i wprowadzeniem stalinowskiego terroru. Aresztowania i czystki, strach i deportacje – w takiej właśnie Moskwie w 1950 roku Zygmunt Krzyżanowski zmarł.

Chcąc w warunkach sowieckiej rzeczywistości zachować duchową niezależność, Krzyżanowski tworzył w osamotnieniu, bez stałego zatrudnienia, utrzymując się z wykładów, sporadycznych publikacji, scenariuszy filmowych i teatralnych oraz przekładów na rosyjski literatury polskiej. Za życia nie miał szans na wydanie książkowe swoich utworów, co być może uratowało go przed losem, jaki w latach stalinowskich czystek spotkał wielu, w tym także pisarzy.

Pozostawił po sobie bogaty dorobek: kilka powieści, ponad dwieście nowel i opowiadań, dramaty i scenariusze filmowe, eseistykę filozoficzną, szkice teoretyczne o teatrze, rozprawy o Szekspirze, Puszkinie i Czechowie. Ten władający siedmioma językami filozof i erudyta, absolwent wydziału prawa i filozofii kijowskiego Uniwersytetu im. Świętego Włodzimierza, słuchacz renomowanych uniwersytetów europejskich, za życia znany był głównie w wąskich kręgach moskiewskiej inteligencji. A jednak, chociaż nie wydał ani jednej książki, w 1939 roku przyjęty został do radzieckiego związku pisarzy, co go uratowało przed deportacją z Moskwy. Zafascynowany moskiewską awangardą teatralną, bliski współpracownik Tairowa, ceniony teoretyk i praktyk teatru, również w tej dziedzinie nie doczekał publikacji książkowej. Odkryto go i zaczęto wydawać w Rosji dopiero po 1989 roku, głównie staraniem poety i wydawcy, Wadima Perelmutera. Twórczość Zygmunta Krzyżanowskiego błyskawicznie zyskała uznanie czytelników, a także rosyjskich, niemieckich, francuskich i kanadyjskich znawców literatury, zaczęto go nazywać „rosyjskim Kafką”, „rosyjskim Borghesem”, zestawiano z Ernstem Theodorem Amadeusem Hoffmannem, Jonathanem Swiftem i Edgarem Allanem Poe, najchętniej jednak zaliczając jego złożoną twórczość do... fantastyki. I zawsze z dodatkiem „rosyjski”, choć pojawiają się i takie głosy: „Nie zapominajmy, że rosyjski język nie był dla Krzyżanowskiego rodzimym. Nakładał się «wierzchem», jeśli nie «w poprzek», polskiego, którym mówiono w rodzinie, i niemieckiego, w którym pisali Kant i Fichte, towarzysze młodości Krzyżanowskiego wybierającego «pomiędzy Kantem i Szekspirem», to znaczy: między filozofią i literaturą – wybierającego nie od razu i nie bez wahań...” – pisze we wstępie do wyboru wierszy Krzyżanowskiego na stronie „Toronto Slavic Quarterly” Wiera Kamykowa. „Zajmowanie się poezją znaczyło «urodzimianie» sobie słów języka rosyjskiego. Ale «czynienie rodzimym» dla Krzyżanowskiego – w odróżnieniu od licznych innych pisarzy, którzy oswajając rosyjski, wyrzekali się swej językowej ojczyzny, czyli biografii, stając się w rezultacie znakomitymi stylistami – wcale nie oznacza «wyrzeczenia się rodzimego». Rymy żeńskie w zakończeniu niektórych wierszy odzywają się polskim akcentowaniem przedostatniej sylaby. Z tego też języka bierze się jego zamiłowanie do inwersji: w polskim – to norma, w rosyjskim – jedynie tak zwane «ożywianie» słowa...”.

Trudności tej prozy na szczęście nie odstraszają tłumaczy i światowych wydawców, którym przewodzi od lat francuskojęzyczne wydawnictwo Verdier. Pierwszy przekład na język angielski siedmiu opowiadań Krzyżanowskiego dokonany przez Joanne Turnbull uhonorowano londyńską nagrodą „Rossica 2007”.

W Polsce poważniejsze publikacje o Zygmuncie Krzyżanowskim – poza artykułami w czasopismach naukowych prof. Barbary Stempczyńskiej i dr Wiesławy Olbrych oraz notami Wiesławy Olbrych i Stanisława Nyczaja w wydaniach książkowych – ukazały się dopiero w 2004 roku, między innymi w „Rzeczpospolitej” (Włodzimierz Paźniewski) i „Twórczości” (Jan Gondowicz). W niszowych polskich pismach literackich i w prasie polonijnej pisują o Krzyżanowskim Paweł Zawadzki i Tadeusz Zubiński, fenomenowi tego pisarza poświęciły nieco czasu Polskie Radio oraz TVP 3. Ostatni obszerny szkic, Święty Nikt, opublikowała Maria Jentys w kwartalniku „Migotania, przejaśnienia” (2006, nr 2). Zajmowano się jednak raczej samym wydarzeniem – rzadkim przypadkiem odkrycia nieznanego w Polsce pisarza o polskich korzeniach, dość nieufnie i z dystansem podchodząc do jego twórczości. Poniekąd trudno się dziwić – podczas gdy Rosjanie, poza licznymi wydaniami wyborów opowiadań i powieści Krzyżanowskiego, dysponują już czterema tomami jego utworów zebranych, Most przez Styks jest zaledwie czwartą pozycją książkową w języku polskim, co stanowi nieznaczną część spuścizny pisarza.

Tym razem jednak polska nieufność wobec rosyjskich odkryć wyszła nam na korzyść: mimo wypadków powtarzania za Rosjanami plotek oraz konfabulacji własnych Polakom udało się uniknąć błędu szufladkowania, popełnianego nie tylko przez krytykę rosyjską ale również hiszpańsko-, francusko- i niemieckojęzyczną. Jak wynika z najnowszych publikacji między innymi Wadima Perelmutera, trzeba się bowiem będzie z wielu uproszczeń wycofać, jako że twórczość Krzyżanowskiego okazuje się bardziej swoista, a zarazem prekursorska, niż mogło się to jeszcze do niedawna wydawać. Obiektywnie prekursorska, bo niewydawany pisarz dla współczesnych nie mógł pełnić roli prekursora.

Zajmując się od kilku lat przekładem prozy Krzyżanowskiego na język rodzimy pisarza, wczytując się w przypisy Wadima Perelmutera i publikacje rosyjskich badaczy, czułam rosnący dyskomfort, biorący początek ze znikomości informacji o pierwszej połowie życia (35 lat) spędzonej przez pisarza w Kijowie w czasach, gdy przebywało tam wielu Polaków, jak chociażby absolwent tego samego gimnazjum Jarosław Iwaszkiewicz czy Stanisława Wysocka ze swoim Studiem. Nie wiemy, czy pisał i publikował w języku polskim. Nie są znane losy pisarza podczas pierwszej wojny światowej. Nie satysfakcjonują, pełne luk i tajemnic, własnoręczne autobiografie Krzyżanowskiego, których było zresztą kilka, i to różniących się od siebie. Zastanawia, coraz bardziej wyraźny w miarę ukazywania się kolejnych tomów, brak konsekwencji w datowaniu niektórych utworów, o czym z sobie tylko znanych powodów mógł decydować do końca życia marzący o wydaniu drukiem swoich utworów autor.

Moskiewskie Państwowe Archiwum Literatury i Sztuki, w którym żona pisarza, Anna Bowszek, złożyła maszynopisy, zanim w 1967 roku opuściła Moskwę, by osiąść w Odessie, i z którego zasobów dotąd głównie czerpał Wadim Perelmuter, nie posiada wszystkich dzieł Krzyżanowskiego. Nie ma w nim też listów, notatek i rękopisów pisarza. Krzyżanowski miał wprawdzie zwyczaj korzystania z usług maszynistek, którym dyktował swoje utwory, ale czy to znaczy, że rękopisów w ogóle nie było? Brakowało poza tym, wymienianych przez samego autora w autobiografiach niektórych opowiadań, dramatów i utworów młodzieńczych. Sygnalizował to zresztą Perelmuter utrzymujący, że część archiwaliów wywiozła z Moskwy Anna Bowszek, a po jej śmierci ich los pozostał nieznany.

Prawdziwa więc sensacja wybuchła, gdy jesienią 2005 roku, w dawnej bursie (obecnie: Архив-Музей) w sąsiedztwie kijowskiego soboru Świętej Sofii, odkryto podstawowe archiwum Zygmunta Krzyżanowskiego. To tam odnalazło się kilka opowiadań, wraz z poszukiwanym od lat Czerwonym śniegiem, który udało się włączyć do niniejszego wyboru Poza tym liczne eseje, libretto pantomimy, szkice scenariuszy filmowych, wczesne i późniejsze wiersze, notatki Krzyżanowskiego, między innymi z podróży do Włoch i Austro-Węgier, jego dzienniki z 1942 roku, gdy wędrował po Syberii z wykładami o Szekspirze, dokumenty, przedrewolucyjne zapiski i fotografie. A także – zeszyty odręcznych notatek pisarza, z których dla wiedzy o życiu i twórczości Krzyżanowskiego może wiele wyniknąć.

Już teraz wiadomo, że Anna Bowszek wywiozła z Moskwy wszystko, co mogło okazać się niebezpieczne nie tyle już dla samego Krzyżanowskiego, ile dla zachowania spuścizny po nim. Część tych materiałów żona pisarza rozsyłała w postaci kopii do przyjaciół i znajomych, chcąc pozostawić jak najwięcej śladów pisarskiej działalności męża. To, co jej zdaniem mogło być szczególnie niebezpieczne, zatrzymała. Tak postępował zresztą sam pisarz, wielokrotnie zmieniając autobiografie i nie przechowując rękopisów we własnym mieszkaniu – w czasach stalinowskich podobne środki ostrożności były w ZSRR znaną praktyką. Okazało się też, mimo stwierdzenia samego autora: „Jestem na tyle poetą, by wierszy nie pisać”, że Krzyżanowski nie tylko zachował wiersze z lat kijowskich, lecz pisał je nadal, choć prawdopodobnie bez zamiaru publikowania. Szanując to, rosyjscy wydawcy postanowili nie włączać utworów poetyckich do pięciotomowego wydania dzieł zebranych pisarza, lecz wydać je oddzielnie. Pierwszy tom wierszy Krzyżanowskiego, Книжная дума. Стихи разных лет, ukazał się w bieżącym roku nakładem moskiewskiego wydawnictwa Małyj Sieriebrianyj Wiek, nieco inny wybór – na stronie „Toronto Slavic Quarterly”. Po zapoznaniu się z zasobami kijowskiego archiwum Wadim Perelmuter zapowiada istotne zmiany w zawartości kolejnego, piątego tomu utworów zebranych Zygmunta Krzyżanowskiego, do którego zamierza włączyć około dwustu stron z odnalezionych w Kijowie tekstów.

Obecne odkrycia archiwalne wstrząsnęły rosyjskim środowiskiem literackim, podobnie jak w końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia pojawienie się drukiem pierwszych utworów pisarza. Brakujące ogniwa, uzupełniając luki w biografii i twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego, już wcześniej przez wielu nazywanego geniuszem dwudziestowiecznej literatury europejskiej, zdają się dodatkowo utwierdzać w przekonaniu, że jego pisarstwa nie da się przyrównać do żadnego innego i że jest ono – podobnie jak niezwykła osobowość pisarza — oryginalne i niepowtarzalne.

‘Most przez Styks’, PIW, Warszawa 2008.

Powrót do spisu treści

Marcin Sendecki

ZIMNE OGNIE

Zygmunt Krzyżanowski budzi słuszną sympatię. O zachwyty trudniej.

Polak, który życie spędził w Rosji i Sowietach; zmarły w Moskwie w roku 1950, odkryty po 1989 jako płodny, lecz niepublikujący pisarz języka rosyjskiego, w Polsce obecny od paru zaledwie lat – jest Krzyżanowski postacią arcyciekawą, wciąż nie całkiem poznaną. W Rosji doczekał się już kilku tomów dzieł zebranych, u nas czwartej dopiero książki – wyboru opowiadań z lat 1910–1939.

Porównywano Krzyżanowskiego do Kafki, Borgesa, Poego, Bułhakowa – nie bez racji, bo (w każdym razie w tekstach z „Mostu przez Styks”) namiętnie wykorzystuje on różne fantastyczne koncepty, podobnie jak owi sławniejsi krewniacy po piórze, ale – trzeba to sobie uczciwie powiedzieć – jest od nich po prostu słabszy. Prawda, opowiadania całkiem zajmujące, napisane z nerwem, ale specjalnych zachwytów wzbudzić nie potrafią. Ot, świetne, jednorazowe czytadło dla bardziej wymagającej publiczności. Moim zdaniem – dzisiaj – to wcale nie mało. Entuzjaści słusznie przywracający Krzyżanowskiego na polszczyzny łono dostrzegają w jego prozie armaty i fajerwerki geniuszu. Fajerwerki? Raczej zimne ognie. Ale przecież wszyscy je bardzo lubimy.

Tygodnik "Przekrój", 12 maja 2008

Powrót do spisu treści

Justyna Sobolewska

FANTOMOWY ŚWIAT

Nic tak nie elektryzuje czytającej publiczności jak pisarze odkrywani na nowo. Postacią, która niedawno wychynęła z niebytu, jest też Rosjanin polskiego pochodzenia Zygmunt Krzyżanowski. Właśnie ukazał się zbiór jego opowiadań Most przez Styks.

(...)O Krzyżanowskim zwykło się pisać, że absurd i groteska służą mu przede wszystkim do obnażania absurdów sowieckiej rzeczywistości. Gdyby to było jedyna ciekawa rzecz w tej prozie - nie warto byłoby dziś jej czytać. Ważniejsze wydaje się to, że Krzyżanowski pozostaje pisarzem potrafiącym wzbudzić niepokój. Na wielu poziomach. (...)

Całość do przeczytania w serwisie Dziennik.pl z 2 czerwca 2008 r.

Powrót do spisu treści

Max Fuzowski

GROTESKOWE SNY

Zygmunta Krzyżanowskiego nazywa się dziś rosyjskim Kafką, a jego proza jest w Rosji coraz popularniejsza (aktualnie wydawane są jego dzieła zebrane). Ale ten mieszkający od początku lat 20. ubiegłego wieku w Moskwie emigrant przez całe życie uważał się za autora polskiego. W języku Dostojewskiego tworzył bardziej z konieczności niż własnego wyboru, bo chciał zaistnieć jako pisarz. Ale jego utwory w ZSRR się nie ukazywały, co - paradoksalnie - prawdopodobnie uratowało autora przed zesłaniem, bo jego proza, choć metaforyczna, była prowokacją i sprzeciwem wobec sowieckich porządków.

Czwarta ukazująca się w Polsce książka - „Most przez Styks” - pokazuje to doskonale. Tom jest najpełniejszym jak do tej pory wyborem opowiadań zmarłego w 1950 roku pisarza. Ze wszystkich wyziera jego niezmierzona fantazja, oniryczne obrazy łączą się z groteską i satyrą na realia życia w Moskwie lat 30. Ożywają w nich zamknięte w formalinie płody („Fantom”), odbywa się konferencja ech („Bezrobotne echo”) czy pod wpływem tajemniczej mikstury do smarowania ścian ciasny pokoik staje się gigantycznym salonem. Proza Krzyżanowskiego zakotwiczona jest w ponurej sowieckiej rzeczywistości, ale co chwila objawiają się w niej tajemnice i wybuchają cuda, jak u Bułhakowa, z którym zresztą Krzyżanowski był zaprzyjaźniony.

„Newsweek”, 22.06.2008

Powrót do spisu treści

Piotr Samolewicz

ZYGMUNT KRZYŻANOWSKI, PISARZ NIEZNANY

W wydawnictwach i księgarniach trwa akcja letnia. Czytelnikom poleca się książki łatwe, lekkie i przyjemne – kryminały, poradniki, romanse itp. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na pisarstwo wyciskające pot. Czytaj dalej...

Opublikowano na blogu "Mechaniczna pomarańcza" (platforma blogowa portalu "nowiny24") 26 czerwca 2008 r.

Powrót do spisu treści

Tadeusz Górny

STOLICA POLECA

Zygmunt Krzyżanowski Most przez Styks Opowiadania wybrane (Sobranyje sotzinienija) Przekład z rosyjskiego Hanna Karpińska, Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska. Projekt okładki i ilustracje Zygmunt Januszewski

Tylko uporowi i determinacji tłumaczki Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, zawdzięczamy przybliżenie polskiemu czytelnikowi niezwykłej prozy Zygmunta Krzyżanowskiego, pisarza polskiego, tworzącego w języku rosyjskim. Zmarły w roku 1950 Krzyżanowski, nie doczekał się ani uznania, ani popularności. Należał do grona pisarzy skazanych na milczenie.

Błyskotliwego erudytę, którego spuścizna twórcza stawia w jednym rzędzie z Gombrowiczem, Witkacym czy Bułhakowem, dopiero teraz poznają czytelnicy w Rosji, Francji, wreszcie w ojczyźnie przodków, gdzie Most przez Styks jest trzecim już tomem opowiadań (Niemożliwe do przewidzenia, Trzynasta kategoria rozsądku), zaś jego powieść wydana w roku ubiegłym przez wydawnictwo BOSZ, znalazła licznych zwolenników.

Most przez Styks, podobnie jak Powrót Münchhausena zilustrował Zygmunt Januszewski, wybitny grafik, doskonale czujący prozę Krzyżanowskiego.

Zygmunt Krzyżanowski Most przez Styks Państwowy Instytut Wydawniczy, oprawa twarda, wydanie I, 2008

„Stolica”, czerwiec 2008, s. 54

Powrót do spisu treści

Janusz Odrowąż-Pieniążek

NOTKA

Zygmunt Krzyżanowski Most przez Styks (PIW) – tom prozy rosyjskiego pisarza, Polaka, „emigranta w Moskwie”. Opowiadania z nadrealistycznym rodowodem i realiami sowieckiej rzeczywistości (Kubaturat) – kilka istotnie znakomitych. Do tego bardzo przystające do świata Krzyżanowskiego grafiki Zygmunta Januszewskiego.

„Rzeczpospolita”, 5–6 lipca 2008, dodatek „Rzecz o książkach”

Powrót do spisu treści

Paweł Zawadzki

STAROŚWIECKI METAFIZYK

Kieleckie wydawnictwo Ston 2 w 2004 roku opublikowało zbiór miniatur Niemożliwe do przewidzenia i zbiór opowiadań 13 kategoria rozsądku. W 2005 wydawnictwo Bosz wydało powieść Zygmunta Krzyżanowskiego (ze znakomitymi ilustracjami Zygmunta Januszewskiego) Powrót Münchhausena. Most przez Styks jest zatem czwartą książką Krzyżanowskiego wydaną w Polsce. PIW powierzył opracowanie graficzne wspomnianemu Januszewskiemu i rzadko się zdarza, by tekst książki oraz ilustracje tworzyły tak harmonijną całość.

Ale bez pychy: we Francji i w Niemczech wydano już całość dorobku Zygmunta Krzyżanowskiego (1887-1950), podobnie jak w Moskwie, gdzie tego Polaka okrzyknięto „największym odkryciem współczesnej literatury rosyjskiej”. Faktem jest, że pisał po rosyjsku, choć tłumaczył polską poezję na rosyjski i uważał się do końca życia za polskiego emigranta; katolik, o którym nie słyszano, by przeszedł na prawosławie. Wszechstronnie wykształcony w Mediolanie i na Sorbonie europejski intello - z zamiłowaniem do logiki, filozofii, tłumacz Szekspira i Chestertona - z własnego poniekąd wyboru osiada w 1922 roku w Moskwie. Rezultat to pewnego rodzaju synteza Wschodu i Zachodu - jaką jest cała jego twórczość, po kilkudziesięciu latach wyłaniająca się z mroków niepamięci, skrytek, muzealnych archiwów. Groza budzącego się do życia komunizmu, obficie podlewanego krwią ofiar (tzw. mordy założycielskie), absurd, groteska, zarazem czasami liryczna baśniowość, sytuacje, jakich Mrożek by nie wymyślił: oto np. w 1942 roku Zygmunt Krzyżanowski podróżuje po Syberii z cyklem wykładów o Szekspirze - czyżby jego dramaty komentowały jakoś światową wojnę i grę o władzę nad światem, jaka toczy się na frontach? I proszę sobie wyobrazić przez chwilę owego europejskiego dżentelmena w walonkach wśród syberyjskich mrozów.

Most przez Styks to 15 opowiadań metafizycznych, powiastek filozoficznych - weselszych od tekstów Franza Kafki, z mniej zawiłą fabułą niż dzieła Bułhakowa (zaprzyjaźnionego z Krzyżanowskim). Opowiadanie o losie judaszowych srebrników czy oślicy Balaama, która związała się z osłem Buridana - przypominają mi po trochu Klucz niebieski Leszka Kołakowskiego i pomysły Stefana Themersona. Autobiografia trupa empatią i współczuciem serdecznym nie zbliża się aż tak bardzo do okrucieństwa jak rysunki i teksty Rolanda Topora. Prawie każde z tych opowiadań to gotowy scenariusz na filmową opowieść lub sztukę teatralną, choć temu, kto wziąłby się za to - nie wróżę łatwego zadania. Ale do ambitnych świat należy i na pewno powstałyby wyróżniające się dzieła i adaptacje. Poprzedni tom opowiadań 13 kategoria rozsądku wywołał u jakiegoś krytyka epitet „staroświeckie”. Cóż, Kabaret Starszych Panów był cudnie staroświecki, Piwnica pod Baranami eksploatowała staroświecczyznę przez długie lata, wysoko ustawiając poprzeczkę. Lekceważący ton recenzji w „Nowych Książkach” więcej mówił o pospiesznym wyrobnictwie recenzenta i jego braku kultury literackiej niż o twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego. Wywód o jego perypetiach życiowych wydał mi się niezbędnym uzupełnieniem, propozycją innej perspektywy, innego patrzenia na dzieła i pomysły polskiego emigranta w Rosji. Którego życiorys mógłby być materiałem na niezwykłą opowieść filmową o bardzo burzliwych czasach, fascynujących, a przesłoniętych zbyt dużą ilością stereotypowych wyobrażeń. Nadmiar ideologicznej propagandy też utrudnia właściwą ocenę twórczości, jaka wówczas powstawała, choć wiadomo, że diamenty powstają pod bardzo wysokim ciśnieniem. A do tej kategorii zaliczam twórczość Zygmunta Krzyżanowskiego.

„Lampa”, nr 7 (52) lipiec 2008, s. 61.

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

TEN SZCZĘŚCIARZ, KRZYŻANOWSKI!

Zygmunt Krzyżanowski, wybitny pisarz rosyjski, Polak z pochodzenia i z przekonania, gościł już na łamach „Miesięcznika”. Z pewnością za rzadko jak na miarę jego twórczości, z przyczyn historycznych mało znanej współczesnemu czytelnikowi, ale to już nie wina Redakcji, a osób, które zajmują się tym pisarzem, w tym także jest to moje zaniedbanie. Za życia w kraju, w którym osiadł jako twórca — w Rosji, która wkrótce stała się Związkiem Radzieckim — niemal nie wydawany drukiem. „Odkryty” w końcu lat 80. przez Wadima Perelmutera, poetę, eseistę, historyka literatury. W Rosji wyszły już cztery tomy jego Dzieł wszystkich, opatrzone wnikliwymi komentarzami tegoż Perelmutera. Ale i do nas spuścizna Krzyżanowskiego dotarła. Niedawno w PIW wyszedł czwarty już tom jego prozy, zatytułowany Most przez Styks, jak zawsze dotąd, głównie w przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, choć tym razem dołączyła do tomu swoje przekłady Zygmunta Krzyżanowskiego Hanna Karpińska.

Tom jest ciekawy, cudownie zilustrowany przez Zygmunta Januszewskiego, który, jak słusznie napisano na czwartej stronie okładki „jak mało kto czuje prozę Krzyżanowskiego”, co udowodnił już ilustracjami do poprzedniego tomu prozy tego pisarza. Z pewnością Most przez Styks zasługuje na wnikliwą recenzję, którą może wkrótce napiszę. Tym razem jednak przyświeca mi inny cel.

Otóż w sobotę 21 czerwca br. odsłuchałam w II programie Polskiego Radia audycję „Tygodnik Literacki” prowadzoną jak zwykle przez red. Iwonę Smolkę, której stałymi rozmówcami są krytycy literaccy, Tomasz Burek i Piotr Matywiecki. Tym razem bohaterem głównym audycji był Zygmunt Krzyżanowski, przede wszystkim w kontekście tomu wydanego przez PIW.

Rozmówcy pochylili się nad książką wnikliwie i z sympatią dla jej autora. Niemniej jednak z ich wypowiedzi wyłonił mi się inny Zygmunt Krzyżanowski niż ten, którego znałam do tej pory. Ja znałam wszechstronnie wykształconego człowieka, wyjątkowego erudytę, partnera rozmów słynnych fizyków–atomistów, do czasów wybuchu I wojny światowej wojażera i słuchacza wykładów na europejskich uniwersytetach, a potem pisarza znanego i cenionego w środowiskach intelektualnych Moskwy lat 20. I 30. „Tygodnik literacki” pokazał mi cierpiętnika i nieudacznika, pechowca zmiażdżonego przez totalitarny system sowiecki. Wolę pozostać przy „swoim” Krzyżanowskim, tym bardziej, że mam oparcie w faktach z rzeczywistości pozaliterackiej, w jakiej żył i tworzył ten pisarz. Dla mnie to był szczęściarz, wybraniec losu, który to los zawsze jednak działa według własnych, nie do końca dla nas zrozumiałych reguł. Krzyżanowski je rozumiał i akceptował, choć było to trudne.

Co do biedy, która naznaczyła swoim piętnem jego życie, do czego rozmówcy red. Iwony Smolki wielokrotnie nawiązywali. To prawda, że w drugiej połowie życia cierpiał niedostatek, ale przez pierwszych 35 lat tego życia powodziło mu się materialnie najpierw bardzo dobrze, a potem też znośnie. Urodził się w zamożnej rodzinie, kształcił się długo, w kraju i za granicą, długo nie dlatego, by był niezdolny, ale dlatego, bo lubił zdobywać wiedzę, a mógł sobie na to pozwolić. Studiował, co chciał – filozofię i filologię, również prawo, jako daninę złożoną rodzinie, która go przecież utrzymywała. Przygotowywał się jednak do zawodu filozofa bądź literata, traktując to jako misję powierzoną mu przez wyżej przywołany los. Do pełnienia tej misji poczuł się gotowy w wieku 35 lat i od wtedy zaczął ją spełniać najlepiej, jak mógł. Pojechał do Moskwy, ponieważ tam tętniło życie literackie. Kultura artystyczna tego miasta promieniowała w tamtym okresie na całą Europę. Tworzyła tam niezwykła plejada wspaniałych artystów: poeci Anna Achmatowa, Władimir Majakowski, Siergiej Jesienin, prozaicy Wsiewołod Iwanow, Aleksander Grin, Isaak Babel, Leonid Leonow, twórcy teatralni Władimir Meyerhold, Aleksander Tairow, Konstantin Stanisławski, Jewgienij Wachtangow, Solomon Michoels. Aleksander Tairow. Przez blisko 29 lat życia w Moskwie Krzyżanowski osiągnął bardzo wiele – przede wszystkim napisał utwory, które dziś nie mogą się zmieścić w pięciu opasłych tomach jego Dzieł wszystkich, dlatego nie wychodzi wciąż piąty tom, bo trzeba postanowić, co dalej, bowiem edycja w trakcie jej realizacji rozsadziła plany. Krzyżanowski zyskał też w Moskwie coś bardzo dla nas ważnego – prestiż w środowiskach intelektualnych ówczesnej Moskwy, przez które był wysoce ceniony. Miał tam wielu wiernych przyjaciół. Im to zawdzięczał uniknięcie stalinowskich „czystek”.

Zygmunt Krzyżanowski był szczęściarzem także z innego jeszcze, ważnego dla mnie, powodu. Był i pozostał niepokorny. To wielki luksus w warunkach ustroju totalitarnego, w których przyszło mu żyć. Nie zgadzał się na kompromisy, nawet wtedy gdy chodziło o druk utworów, które pozostawały w szufladzie. Wiedział, że kiedyś zostaną wydane i zrozumiane. Pisał o tym w swoim notatniku: „Z dniem dzisiejszym jestem skłócony, ale kocha mnie wieczność”. Miał rację. Kiedy dotarł ze swoją spuścizną do nam współczesnych czytelników, okazało się, że ten pisarz, który zmarł ponad pół wieku temu i o którym do niedawna niewiele było wiadomo, jest odbierany z wielkim zainteresowaniem, a nawet entuzjazmem. Bo też jest to pisarz znakomity, choć trudny, bo mądry, tylko trzeba mieć wolę przeczytania go.

Tu muszę powrócić do „Tygodnika literackiego”, od którego zaczęłam. W rozmowie prowadzonej przez red. Iwonę Smolkę z dwójką krytyków literackich wielokrotnie padło sformułowanie, że Krzyżanowski to pisarz średni, przeciętny. No cóż, co prawda de gustibus non est disputandum, wydaje mi się jednak, że panom krytykom właśnie wspomnianej wyżej woli przeczytania Krzyżanowskiego – zabrakło. Nie dziwię się, skoro o Aleksandrze Grinie (Griniewskim, też Polaku z pochodzenia) padło w tej samej radiowej rozmowie sformułowanie, że pisał ramoty, z jednym niewielkim wyjątkiem, to nie ma o czym mówić, bowiem ten pisarz od dziesięcioleci ma zapewnione, ważne miejsce w historii literatury nie tylko rosyjskiej i – co uważam za ważniejsze – na półkach księgarń i bibliotek, mimo iż ani za życia, ani po śmierci krytyka go nie lansowała – wylansował się sam, swoimi utworami. Wracając do Krzyżanowskiego, wszelkie porównania – czy to do Gogola, czy do Kafki – uważam za bez sensu. Krzyżanowski jest częścią rosyjskiej kultury literackiej, tworzył zaś w tej samej epoce co Kafka, a zatem podlegał tym samym naciskom epoki. Ale to za małe pole do tego rodzaju zestawień, bowiem jest pisarzem na wskroś oryginalnym.

Audycja, która mnie zainspirowała do niniejszego tekstu wzbudziła we mnie niedosyt. A jednak dobrze, że była. To jedna z pierwszych prób analizy twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego w Polsce. I, co podkreśliłam na wstępie, nie tylko red. Iwona Smolka, ale i krytycy, Tomasz Burek i Piotr Matywiecki – mimo wszystko – pochylili się nad twórczością Zygmunta Krzyżanowskim z dającą się odczuć sympatią. Szczęściarz, ten Krzyżanowski!

„Miesięcznik”, nr 7/8 z 2008 r., przedruk także w: „Świętokrzyski Kwartalnik Literacki”, nr 1–2 z 2010 r.

Powrót do spisu treści

Ewa Heine

LITERACKIE ODKRYCIE

Opowieść o Zygmuncie Krzyżanowskim, pisarzu zyskującym pośmiertną sławę

Zapis fragmentów audycji prowadzonej przez Ewę Heine pn. Nocne Spotkanie z Literaturą, nadanej w Programie I PR, 2.08.2008 r., godz. 00.07 – 02.58

Red. Ewa Heine [po piosence Aleksandra Wertyńskiego Madam, uże padajut listja…] – To sam Aleksander Wertyński otworzył pieśnią nasze Nocne Spotkanie z Literaturą. Witam państwa w tę sierpniową noc. A obok mnie jest pani Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska – krytyk teatralny, pisarka i tłumaczka literatury rosyjskiej. Będziemy rozmawiać o Polaku, Zygmuncie Krzyżanowskim, który połowę swojego życia spędził w Moskwie, gdzie pisał po rosyjsku. To niezwykła postać, prawda, pani Walentyno?

Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska – Tak, ale ja bym jeszcze na moment wróciła do Wertyńskiego. Wertyński i Krzyżanowski uczęszczali do tego samego kijowskiego IV Gimnazjum i niewykluczone, że się poznali, a nawet byli w jednej klasie. Niewiele jeszcze wiemy o Krzyżanowskim, choć zmarł ponad pół wieku temu. Wprawdzie Wertyński był od Krzyżanowskiego o dwa lata młodszy, ale Krzyżanowskiemu nie śpieszyło się z kończeniem gimnazjum i kto wie, czy w tym samym czasie obaj nie zdawali choćby np. egzaminów końcowych.

Red. E.H. – Czy Krzyżanowski był człowiekiem, który znał w swoim czasie wszystkich rosyjskich twórców i intelektualistów?

W.M.T. – Moskiewskich na pewno. Gdy w 1922 roku przejechał z Kijowa do Moskwy, gdzie zamieszkiwała jedyna żyjąca jeszcze część jego rodziny, obracał się tam w środowisku przede wszystkim ludzi teatru i pisarzy, przyjaźnił się także z naukowcami, interesowało go poważnie wiele dziedzin nauki, w tym fizyka i genetyka, która w ówczesnym Związku Radzieckim miała jeszcze prawo się rozwijać. Zygmunt Krzyżanowski, wszechstronnie wykształcony erudyta, był mile widzianym gościem w kręgach inteligencji moskiewskiej.

Red. E.H. – Ale za życia nie opublikował tych wspaniałych książek, które dopiero teraz do nas docierają?

W.M.T. – Dopiero w obecnej Rosji, w 1989 roku, ukazał się drukiem pierwszy wybór jego opowiadań. I to była pierwsza w ogóle publikacja książkowa jego prozy. Na szczęście, bo gdyby opublikowano któreś z jego znanych dziś opowiadań, albo – nie daj Bóg! – jego powieść Powrót Münchhausena, o co przez lata zabiegał, lub Klub zabójców liter, skończyłby – jak wielu pisarzy rosyjskich w tamtych czasach – w łagrach lub pod ścianą.

Red. E.H. – A więc pisarz piszący do szuflady?

W.M.T. – Niezupełnie. Trudno mówić o Krzyżanowskim, że z rozmysłem pisał do szuflady. Po pierwsze, pragnął być publikowany i konsekwentnie o to zabiegał. Po drugie – był spory krąg ludzi, którym czytał swoje teksty, konsultował z nimi swoje pomysły. Odbywały się też sławne literackie cztienija, bardzo popularna forma spotkań literackich nie tylko w Petersburgu-Leningradzie czy w Moskwie. To zresztą piękna tamtejsza tradycja literacka, żywa do dziś. Jego po prostu nie drukowano. Jeden z cenzorów, na pytanie Krzyżanowskiego, dlaczego jest na indeksie, odpowiedział mu: „Bo pańska kultura nas obraża”. Był wykształcony i tak wymagający wobec czytelników, że z tego powodu też wydawał się cenzorom niebezpieczny: sztuka miała być przecież zrozumiała „dla mas”, dla ludzi dopiero uczących się liter! Ponadto zawartość tego, co pisał, przesłanie dające się odczytać z jego prozy i bogatej eseistyki, było niebezpieczne dla niego samego i dla rodziny też, co potwierdza historia jego archiwum.

Red. E.H. – Ale należałoby chyba podkreślić, że niezależnie od sytuacji, w jakiej się znalazł, Krzyżanowski czuł się Polakiem.

W.M T. – Mawiał o sobie, że jest „Polakiem na emigracji w Moskwie”. Nie dowiedziałam się od jego krewnych, z którymi rozmawiałam, dlaczego akcentował, że w Moskwie? Przecież mógł mówić: „na emigracji na Wschodzie”, czy: „na emigracji w ZSRR”. Otóż nie. Po skonsultowaniu tej kwestii z literaturoznawcami, doszliśmy do wniosku, że on pojechał nie tyle do Rosji w ogóle, co właśnie do Moskwy: do określonego środowiska twórczego, które tam się zgromadziło. W latach 20. ubiegłego stulecia Moskwa tętniła życiem kulturalnym, teatralnym, intelektualnym. Cała Europa była zapatrzona w to, co tam się działo. W samym teatrze działała plejada genialnych twórców: Stanisławski, Meyerhold, Tairow… Krzyżanowski wyjechał z Kijowa właśnie do teatru Tairowa, z którym współpracował aż do zamknięcia tego teatru przez ówczesne władze. Tak więc z własnego wyboru wyruszył na emigrację do Moskwy i żył na tej emigracji w Moskwie, już bez wyboru, aż do śmierci w 1950 roku.

Red. E.H. – Czy polski był jego językiem na co dzień?

W.M.T. – Język polski był jego językiem rodzimym. Pisał po polsku i po rosyjsku, władał też kilkoma innymi językami obcymi. Prawdopodobnie jako twórca posługiwał się jednym i drugim językiem, dużo tłumaczył z polskiego na rosyjski. Do tej pory polscy badacze jeszcze nie dotarli do jego archiwów, ale nie zdziwiłabym się, gdyby z lat przed wybuchem I wojny i potem rewolucji, zachowały się jego szkice i notatki w języku polskim.

Red. E.H. – Jednak język rosyjski posiadł w tak doskonałym stopniu…

W.M.T. – Jak wszyscy absolwenci gimnazjum kijowskiego. I – wszyscy absolwenci Uniwersytetu Kijowskiego im. Świętego Włodzimierza. Przy okazji dodam, że do tego samego gimnazjum uczęszczało wielu Polaków, m.in. znakomity polski pisarz Jarosław Iwaszkiewicz.

Red. E.H. [Po dikim stiepiam Zabajkalja w wykonaniu Bernarda Ładysza] – Warto byłoby porozmawiać o muzykalności Zygmunta Krzyżanowskiego?

W.M.T. – Był jej znawcą i koneserem. Zresztą, uczęszczał przez jakiś czas do konserwatorium w Kijowie, miał podobno bardzo ładny baryton i myślano o karierze śpiewaka dla niego. Jednak w ostateczności zajął się czym innym.

Red. E.H. – A my dodzwoniliśmy się do red. Justyny Hofman. Dobry wieczór.

Justyna Hofman – Dobry wieczór.

Red. E.H. – Pani Justyno: Krzyżanowski i pani. Jak to jest?

J.H. – Trudno to tak wprost określać: Dla mnie fenomen Krzyżanowskiego to w pierwszym rzędzie fenomen Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej jako tłumaczki. Jest dla mnie czymś zdumiewającym, że pisarz i jego tłumacz, twórcy żyjący w zupełnie innych czasach i miejscach, nagle zetknęli się na zasadzie swoistej absolutnej symbiozy, zanurzenia się we własnych duszach, w umysłach. I właściwie to mnie najbardziej fascynuje, poza samą prozą Zygmunta Krzyżanowskiego: fenomen tłumacza. To się niezwykle rzadko zdarza, żeby tłumacz tak głęboko i tak wnikliwie, i tak błyskotliwie, i tak żarliwie potrafił wniknąć w czyjąś sztukę, zachowując jednocześnie nadal własną indywidualność.

W.M.T. – Dziękuję za te słowa, ale mam pytanie: jeden ze znanych polskich krytyków literackich powiedział na antenie Programu II PR, że „Krzyżanowski to jeszcze jeden Gogol, tylko bardziej smutny”. Czytałam Pani recenzję i tam z tym smutkiem Krzyżanowski jest chyba na bakier?

J.H. – Bo mnie Krzyżanowski nie wydaje się smutny. Może dlatego, że jest tak wielowarstwowy i można go różnie czytać. Można go czytać bardzo naskórkowo, bywa wtedy bardzo dowcipny, wręcz wesoły, zabawny, śmieszny, posługuje się absurdem, groteską, żongluje słowami, skojarzeniami, umieszczając je w najróżniejszych kontekstach, czasem bardzo zaskakujących i z tego wychodzi po prostu duża zabawa. Można jednak zanurzyć się głębiej w jego twórczość, dotrzeć do jej warstwy psychologicznej, gdzie będzie pewien ogląd rzeczywistości, ale tej rzeczywistości, w której on żył i przetworzonej przez niego, tak jak on ją czuł, odbierał, widział, rozumiał. Jego rzeczywistości. Bez prób uniwersalizmu, bez jakiegoś tworzenia reguł. To też jest fascynujące u pisarza tej miary. No i można się wreszcie dogrzebać do tej jego ontologicznej samotności, która jest przecież samotnością każdego ludzkiego bytu i nie jest niczym nadzwyczajnym. Dlatego nie wydaje mi się, żeby Krzyżanowski był specjalnie smutny. On przede wszystkim potrafi niezwykle głęboko wejść w siebie, w swoją indywidualność, swoje człowieczeństwo, w to jakim jest. Takich ludzi, może nie tak utalentowanych jak on, jest przecież dużo. Tak więc ja nie widzę jakiegoś specjalnego smutku, nostalgii, która były charakterystyczne dla pewnych okresów naszej literatury.

W.M.T. – A staroświeckość? Czy ta proza nie wydaje się staroświecka?

J.H. – Nie. Dla mnie to proza bardzo współczesna. Na tym zresztą polega fenomen wybitnych pisarzy, że oni widzą znacznie dalej i znacznie głębiej.

Red. E.H. – Chciałabym zauważyć, że Krzyżanowski zmarł w 1950 roku, więc tłumaczka nie miała możliwości kontaktu z autorem. W praktyce literackiej często tłumacz zaprzyjaźnia się z pisarzem, którego twórczość przekłada. Tu taka sytuacja nie mogła mieć miejsca…

J.H. – Właśnie dlatego jest to tak zdumiewające. To dla mnie fenomen, który mnie wręcz fascynuje.

Red. E.H. – Koincydencja dusz.

W.M.T. – Podejrzewam, że Krzyżanowski pośmiertnie mnie dopadł, mną steruje i mnie… wykorzystuje. Mówiąc serio, rzeczywiście bardzo dużo mego czasu pochłonął w ostatnich 4–5 latach.

J.H. – Patrząc pod tym kątem, to raczej wykorzystujecie się nawzajem.

W.M.T. – Chyba tak, ale ja nie mam mu tego za złe.

J.H. – On chyba pani też nie.

Red. E.H. – Ależ on w swoim pisarstwie jest tak mistyczny, że nie widzę nic dziwnego w tej jego ingerencji z zaświatów w nasz świat.

W.M.T. – Skoro w powstałym w połowie lat 20. Powrocie Münchhausena opisał koniec swojego życia…

Red. E. H. – I rzeczywiście taki był ten koniec, jak go Krzyżanowski 20 lat wcześniej opisał?

W.M.T. – Tak. Podobnie, jak baron Münchhausen, także Zygmunt Krzyżanowski pod koniec życia – po udarze czy wylewie – przestał odróżniać litery. I odszedł z tego świata po stwierdzeniu, że prawda przerosła najwymyślniejsze łgarstwo…

J. H. – „Dusza mi się naderwała” – zapisał w notatkach na krótko przed śmiercią.

W.M.T. – W każdym razie na pytanie żony, czy chce mu się żyć, odpowiedział: „Bardziej nie niż tak”.

Red. E.H. – To mrozi krew w żyłach.

J.H. – Nie wiem, czy mrozi, bo wiele osób w takich sytuacjach, m.in. właśnie choroby, myśli podobnie. Wracając jeszcze do tej śmierci. W ostatnim wyborze opowiadań Zygmunta Krzyżanowskiego, wydanym przez Państwowy Instytut Wydawniczy pt. Most przez Styks, jest takie między innymi określenie tego, czym jest kraina śmierci: to taka sama kraina, jak wszystkie inne, tylko z nieco podwyższoną stawką celną – przy przekraczaniu linii granicznej od żywego pobiera się 100% życia. Krzyżanowski był obserwatorem nie tylko bystrym i wnikliwym, ale także szalenie dowcipnym, potrafiącym pewne rzeczy powiedzieć dosadnie, ale i dowcipnie.

Red. E.H. – Ile w tym jest sięgania do skarbów naszej literatury uniwersalnej, powszechnej?

J.H. – Mi się wydaje, że w tej prozie zawarty jest cały chyba skarbiec kultury. Jest tam nawet typowo czeska groteska, znany nam czeski absurd, z którym on się za życia raczej nie zetknął. I jest tam duch wielkiej literatury rosyjskiej, bo da się tam odczytać i wielkiego Tołstoja, i wielkiego Dostojewskiego.

W.M.T. – Ale jest też Shaw, Chesterton, a przede wszystkim – Szekspir, w którym był rozmiłowany, o którym wygłaszał wykłady, pisał artykuły i eseje. Czytałam jego szkice o Szekspirze i odniosłam wrażenie, że podobnie myślał o nim, jak wiele lat potem np. Jan Kott, czy obecnie inny nasz szekspirolog, prof. Andrzej Żurowski. Tyle że wyprzedził ich w takim myśleniu o Szekspirze o dobre ćwierćwiecze.

J.H. – Wydaje się, że to jest wyjątkowa proza, w której skupiają się nitki prowadzące do wszystkiego, co największe w literaturze, najwspanialsze.

Red. E.H. [po piosence Wertyńskiego U mienia zawielis’ angielata…] – Dodzwoniliśmy się do reżysera i tłumacza dramatów Aleksandra Berlina z… Berlina. Zygmunt Krzyżanowski jako człowiek teatru: czy w jego prozie wyczuwa się ową teatralność?

Aleksander Berlin – Mam przed sobą opowiadanie pt. Czerwony śnieg z tomu, o którym była przed chwilą mowa. I powiem krótko: to dla mnie wielkie przeżycie, taka literatura. Ona jest tak pojemna, że właściwie trudno o niej w ogóle rozmawiać.

W.M.T. – To jest opowiadanie odzyskane dwa lata temu. Właśnie dwa lata temu w Kijowie odnaleziono pełne archiwum Krzyżanowskiego. Rosjanie też wcześniej nie znali tego opowiadania. Trzeba tu nawiązać do poszukiwań Wadima Perelmutera, który przywrócił twórczość Zygmunta Krzyżanowskiego najpierw czytelnikowi rosyjskiemu, potem – w ogóle literaturze europejskiej i światowej. Bo proza Krzyżanowskiego jest sukcesywnie przekładana na francuski, portugalski, hiszpański, niemiecki, a ostatnio też na angielski. Krzyżanowskiego przywrócił światu właśnie Wadim Perelmuter. Dzięki jego staraniom ukazały się drukiem pierwsze utwory Krzyżanowskiego w Rosji. Nie umiem określić, w jakich latach Czerwony śnieg został napisany.

A.B. – Myślę, że w końcówce 30. albo w 40. latach ubiegłego wieku.

W.M.T. – W 40. latach Krzyżanowski już prozy nie pisał. Od wybuchu wojny przestał tworzyć.

A.B. – To chyba gdzieś po 33., 34. roku...?

W.M.T. – Tak, to był okres tzw. wielkich stalinowskich czystek, a jednocześnie chyba przeczucie zderzenia dwóch koszmarnych totalitaryzmów… Przecież wszystko już do tego zmierzało: z jednej strony komunistyczny stalinizm, a z drugiej – nazizm, hitleryzm. Gdy do tego zderzenia doszło, Krzyżanowski przestał tworzyć. Zauważmy, że do zderzenia doszło na terytorium Polski...

A.B. – Ten tekst ma atrybuty innych jego „próz”, jak ostatnio mawiają nasi przyjaciele. Ale w Czerwonym śniegu jest to proza absolutnie perfekcyjna i po prostu straszna, jednocześnie jednak jest tak urodziwa, tak dowcipna, że właściwie nie wiadomo, czy bardziej można się śmiać, czy płakać. I śmieszne, i straszne…

Red. E.H. – A pan, panie Aleksandrze, jest w Gdańsku na festiwalu szekspirowskim. I na urlop zabrał pan ze sobą właśnie prozę Krzyżanowskiego…

A.B. – Tak, ja go tutaj czytam. Odłożyłem na trochę własne przekłady i mam czas, żeby poobcować z tą prozą. Ją trzeba czytać spokojnie. W skupieniu. Ona sama zresztą powoduje skupienie, szkoda się od niej odrywać, ją się smakuje… Trzeba mieć czas, żeby temu się poddać. Jest to proza fenomenalna, zaskakująca.

Red. E.H. – Nie ukazały się natomiast jeszcze drukiem jego sztuki i scenariusze?

W.M.T. – Z tego, co wiemy, Zygmunt Krzyżanowski jest autorem 5 dramatów, do których dopiero teraz Wadim Perelmuter dotarł, a my jeszcze ich nie znamy. A także co najmniej 5 czy 6 scenariuszy filmowych. Trudno to ustalić, bo z czołówek filmów jego nazwisko wykasowywano. Na szczęście w archiwum odnalezionym w Kijowie jest podobno cała dokumentacja pracy nad nimi. Jest też dokumentacja wystawienia w moskiewskim Teatrze Kameralnym kierowanym przez Tairowa adaptacji prozy Chestertona O człowieku, który był czwartkiem i zdjętego przez tzw. puszkinologów Eugeniusza Oniegina, do którego muzykę napisał Sergiusz Prokofiew. Kilka lat temu wykonano nagranie tego utworu z zaznaczeniem, że powstał do libretta Zygmunta Krzyżanowskiego, gdzie berlińską Orkiestra Symfoniczną dyryguje znakomity Michaił Jurowski. Płytę można kupić w Londynie…

Red. E.H. – Pan jest reżyserem i twórcą teatralnym. Nie myśli pan o sięgnięciu po teksty Krzyżanowskiego?

A.B. – Myślę, jednak chociaż jego proza też jest inspirująca, po co sięgać po utwór przeznaczony przez autora do czytania, skoro Krzyżanowski pisał dramaty? Czekam na te dramaty, bardzo jestem ich ciekaw.

W.M.T. – Zapowiadane są w piątym tomie Dzieł zebranych, które wychodzą w Rosji od kilku lat. Do tej pory ukazały się cztery tomy. Ponieważ jednak znalezisko kijowskie jest świeże, sprzed półtora roku, prawdopodobnie jeszcze trochę poczekamy na piąty tom.

A.B. – Ja już o te dramaty pytałem się znajomych przez Internet, ale nikomu nie udało się do nich dotrzeć.

W.M.T. – Natomiast ciekawostka: ukazał się już tom wierszy Krzyżanowskiego drukiem i wybór internetowy jego poezji. Wprawdzie Krzyżanowski twierdził, że zbyt ceni poezję, żeby samemu być poetą, ale okazało się, że pisał wiersze przez całe życie. Szanując zdanie pisarza, rosyjscy wydawcy nie wkomponowali jego twórczości poetyckiej w te pięć tomów wyboru.

Red. E.H. – Jednak te wiersze wydają?

W.M.T. – Tak, ale – oddzielnie. Nie mam jeszcze tego wyboru wierszy wydanego przez wydawnictwo Sieriebrianyj Wiek, ale mam nadzieję, że moskiewscy znajomi mi przyślą. W Internecie jest wybór wierszy dostępny każdemu. To inny wybór, ale jest.

Red. E.H. – Mam tu ciekawostkę: nazywa się to Autobiografia…

A.B. – Ja czytałem to po niemiecku. W zbiorze rosyjskiej prozy przełożonej…

W.M.T. – Dużo wcześniej niż u nas?

A.B. – Tak, dużo wcześniej.

W.M.T. – Niemcy nas pod tym względem wyprzedzili o kilka lat. Więcej niż Niemcy przełożyli Francuzi, którzy już nawet wydali Klub morderców liter.

Red. E.H. – A ja czekam na sztukę Krzyżanowskiego wyreżyserowaną przez pana. Takie mam zamówienie.

W.M.T. – Przyłączam się.

A.B. – Chętnie bym to zamówienie wypełnił. Sam jestem ciekaw, jak by to wypadło.

Red. E.H. [po kolejnej piosence Wertyńskiego] – Mamy połączenie z panem Stanisławem Nyczajem, poetą i wydawcą, w tym Zygmunta Krzyżanowskiego.

Stanisław Nyczaj – Dobry wieczór.

W.M.T. – Dobry wieczór, Staszku. Przyznamy się publiczne do tego, że przez Krzyżanowskiego zaprzyjaźniliśmy się?

S.N. – Rzeczywiście. I stało się szczęśliwie.

W.M.T. – Pozwól, że powiem naszym słuchaczom więcej o tobie. Jesteś poetą, ale też wydawcą, prowadzisz w Kielcach z żoną Ireną Oficynę Wydawniczą „STON 2”. I to właśnie wasza oficyna wydała dwa pierwsze zbiory prozy Krzyżanowskiego w moim przekładzie. Podjąłeś ryzyko – nieznany wtedy w Polsce pisarz i nieznana tłumaczka… Opowiedz, jak to było. Mnie też. Czy bardzo się bałeś, że nakład się nie rozejdzie?

S.N. – To był rok 2004. Uważam ten rok za bardzo pomyślny dla Krzyżanowskiego i dla nas. Najpierw ukazał się tom zatytułowany Trzynasta kategoria rozsądku, potem, w tym samym roku, wyszły miniatury Krzyżanowskiego w zbiorze Niemożliwe do przewidzenia. A więc w jednym roku nadrobiliśmy ogromną zaległość, która w Polsce wobec tego pisarza była bardzo dotkliwa.

W.M.T. – Mieliśmy 15 lat opóźnienia w stosunku do Rosjan.

S.N. – Tak, ale żeby to nadgonić, w jednym roku dokonaliśmy takiego trudu, że ukazały się dwa tomy. Myślę, że również edytorsko zachęcały do zainteresowania się Krzyżanowskim. Trzeba podkreślić, iż było to możliwe dzięki pomocy finansowej Instytutu Adama Mickiewicza, a malarka, Maria Wollenberg-Kluza, przekazała swoje grafiki do tomu Miniatur. Ja w tymże tomie popisałem się jeszcze pewną znajomością Krzyżanowskiego, bo sam napisałem posłowie, które w kolejnych edycjach będę rozszerzać, mając na względzie zamiar stworzenia książki pod wstępnym tytułem Fenomen Zygmunta Krzyżanowskiego. Bo jest to pisarz absolutnie fenomenalny, ciekawy, właśnie na dzisiejsze czasy, choć jego twórczość powstawała w tak trudnym okresie, że aż niemożliwe jest sobie dzisiaj wyobrazić, jak trudnym. I – jak wiele pozostało spraw aktualnych, nadal żywych. Ileż tam aforystyki, na którą jestem wyczulony. Ileż takich sentencji, które dziś zmuszają do skupienia, a kiedyś to były przecież nie tylko niepokorne, ale i bardzo niebezpieczne sformułowania, bo groziły unicestwieniem, groziły wyrokiem, groziły konfiskatą wszystkiego co można było skonfiskować, gdyby się wydało, że to pojawiło się u tego, a nie innego pisarza… Ten nasz Krzyżanowski, mówię nasz, bo polubiliśmy go i weszliśmy głęboko w klimat jego prozy, przeżył dzięki temu, że nie był publikowany i ta jego tragedia dała mu paradoksalnie szansę fizycznego przeżycia tego trudnego czasu. Jak on ostro widział tamten okres, jak niesłychanie przenikliwie! Dziś, kiedy mówimy o tym, nie potrafimy chyba oddać tej atmosfery. A przecież mamy już dystans historyczny.

Red. E.H. – Ale gdyby spróbować porównać Krzyżanowskiego z pisarzami, których znał, to najbliżej był kogo?

W.M.T. – Moim zdaniem on jest nieporównywalny.

Red. E.H. – A pan, jak pan uważa?

S.N. – Chyba rzeczywiście trudno go porównywać. Bo – ani Bułhakow, ani Nabokow, ani tych wielu, wielu…

Red. E.H. – A nasz Gombrowicz?

W.M.T. – Pamiętajcie, że był rówieśny z Witkacym, a nie z Gombrowiczem.

S.N. – To wszystko tylko tak się nam nasuwa z uwagi na podobny ton prześmiewczy, obecność groteski, ponieważ na szczęście były w naszej literaturze te ostre, odważne pióra, była ta szalona wyobraźnia, która wyzwalała wspaniałe, przepyszne skojarzenia, dające taki luz, jakiego czytelnicy pragną. I jeszcze do tego dochodzi owo czytelnicze wyrafinowanie... To jest, powiem szczerze, literatura dla przygotowanych intelektualnie, dla ludzi, którzy cenią wysoko nieposkromioną wyobraźnię, a nie samą tylko akcję, fabułę.

W.M.T. – Jeśli mówimy o odniesieniach, odwołaniach do literatury europejskiej, to Krzyżanowski ma tego mnóstwo w swojej prozie. Władając siedmioma językami i czytając w oryginale Anglików, Niemców, Rosjan bawi się po prostu cytatami, aluzjami. Dlatego to jest tak trudne w przekładzie. Bardzo często długo szukam, skąd on coś zaczerpnął, do czego czyni aluzję. Trzeba trafić na odpowiedni trop…

S.N. – I dlatego bardzo sobie cenię twoje przekłady, bo wiem, że pracowałaś nad każdym utworem dociekliwie. Niektóre przekłady publikowano w czasopismach. Kubaturat na przykład ukazał się najpierw w „Ikarze”, miesięczniku już nieistniejącym, ale wtedy ten miesięcznik zasłynął. Cieszę się, że miałem swój udział w tym, aby wreszcie Polska dowiedziała się, że jest taki pisarz – u nas nieznany – pisarz wybitny, którego powinniśmy włączyć do literackiego kanonu.

Red. E.H. [po piosence Okudżawy Modlitwa] – To Bułat Okudżawa rozpoczął naszą drugą godzinę rozmowy o Zygmuncie Krzyżanowskim.

W.M.T. – Zatrzymajmy się przez chwilę przy Bułacie Okudżawie. Ilekroć słyszę ten utwór w jego wykonaniu, przypomina mi się, jak jako młoda dziennikarka, na kursie językowym w Moskwie, wraz z całą polską grupą słuchaczy była świadkiem rzadkiego wydarzenia: mityngu poetyckiego na Łużnikach. Duży stadion sportowy, na 10 tysięcy ludzi. Wielka hala wypełniona po brzegi. I oto po samym Jewtuszence wychodzi malutki Okudżawa ze swoją gitarą. Na rękawach starej marynarki ma łaty, o czym śpiewa w jednej ze swoich piosenek i – zaczyna śpiewać. Na sali zapadła taka cisza, że słyszałam muchę, która 5 metrów niżej przeleciała przed nosem publiczności. Myślę, że podobna atmosfera mogła panować na tzw. cztieniach, w których często uczestniczył Zygmunt Krzyżanowski, czytając słuchaczom swoją prozę. Znany w moskiewskim środowisku literackim głównie z tej formy przekazu, na tyle był przez innych pisarzy ceniony, że za ich poręczeniem został członkiem związku pisarzy. To uratowało mu życie i skromny byt. Bardzo skromny.

Red. E.H. – Czy możemy się dowiedzieć, jak zaczęła się dla pani przygoda z tym pisarzem? Skąd się to wzięło?

W.M.T. – Jak to się zaczęło… Zygmunt Krzyżanowski chyba bardzo chciał dotrzeć do Polski, bo o moim nim zainteresowaniu zadecydowała seria przypadków, którymi musiał z zaświatów kierować. Zupełnie przypadkiem poznałam Ninę Molewą, polskiego pochodzenia historyka sztuki i pisarkę mieszkającą w Moskwie. Poznałam ją w Polsce przelotnie, ale potem będąc w Moskwie coś jej miałam przekazać od polskich przyjaciół. Zdaje się, że kosmetyki, bo to jest prawdziwa dama, jak każda Moskwiczanka polskiego pochodzenia. Przyznała mi się wtedy, że pisze książkę, w której przedstawia historię wieku XX widzianego z Moskwy oczami żyjących tam Polaków. Wiek XX w Moskwie – przez pryzmat losów jej rodziny, znajomych, przyjaciół. To literackie przedsięwzięcie mnie zaintrygowało. Opowieść pani Niny zaczyna się od ewakuacji z Warszawy instytucji państwowych wraz z ich polskimi pracownikami i ich rodzinami – m.in. były to Politechnika, Instytut Głuchoniemych, sądownictwo… Długo by wyliczać, bo to była niemal cała Warszawa, wszystkie jej urzędy i instytucje po wybuchu I wojny światowej zostały przez władze carskie ewakuowane właśnie do Moskwy. Rodzina Molewej – też. Działo się to w 1915 roku, drugim roku I wojny światowej, po szybko postępującej ofensywie niemieckiej, aby uchronić cały rosyjski aparat urzędniczy w Warszawie przed zagarnięciem przez Niemców. Konkretne adresy, telefony ludzi. Tak bardzo mnie to zaintrygowało, że poprosiłam Ninę Molewą o przysłanie mi egzemplarza jej książki, jej pierwszej części, jak tylko będzie gotowa. Chciałam to przeczytać i jeśli się uda – podjąć próbę przekładu na język polski. I tam właśnie, w tej książce, pojawiał się wuj, a właściwie cioteczny dziadek Niny Molewej, który miał duży wpływ na jej wychowanie. Nazywał się ten wuj Zygmunt Krzyżanowski. Pisarz. Nic mi to nazwisko nie mówiło. Przetłumaczyłam książkę Molewej, ale nadal nic nie wiedziałam o Zygmuncie Krzyżanowskim, pisarzu…

Red. E.H. – Przerwę na chwilę, bo chciałabym opowiedzieć swoją historię o pani Ninie. Oczywiście dostałam od pani telefon do niej i liczyłam, że weźmie udział w naszym nocnym spotkaniu z Zygmuntem Krzyżanowskim. Zadzwoniłam w czwartek, bardzo się ucieszyła, mówiła takim pięknym polskim językiem.

W.M.T. – Staroświecką, wytworną polszczyzną...

Red. E.H. – Nawet bez akcentu rosyjskiego.

W.M.T. – Wuj Krzyżanowski dobrze ją wyedukował.

Red. E.H. – Znakomicie. To było w czwartek, a w piątek wybuchła tzw. gruzińska wojna i nie mogłam uzyskać połączenia z Moskwą. Próbowałam w sobotę, stale było zajęte. W niedzielę odebrała jakaś kobieta i powiedziała, że pani Nina jest na daczy i wróci w poniedziałek. Gdy zadzwoniłam w poniedziałek, a dzwoniłam od godziny szóstej rano do dziewiątej, długo próbując się połączyć, ktoś się odezwał, oczywiście po rosyjsku… Podejrzewam, że to była pani Nina, ale nie chcę aż tak fantazjować…

W.M.T. – Wcale bym się nie zdziwiła. Konflikt w Gruzji. Jest wyraźne zaostrzenie stosunków między Polską a Rosją, podobnie jak to było w latach 20., w latach 30. Bywały fale tych zaostrzeń bardzo okrutne dla ludzi o polskim pochodzeniu, kiedy związki z Polską były praktycznie zupełnie zerwane. Męża pani Niny, z pochodzenia Polaka, po tragicznej śmierci jego ojca, jako dziecko dwukrotnie próbowano odesłać do dziadka do Krakowa – nie udało się. Po prostu, Bielutinowie to starzy ludzie, którzy pamiętają strach okresu stalinowskiego i nie tylko: nakładają się na to późniejsze trudne sytuacje. Nie zdziwiłabym się, gdyby pani Nina, osoba 83-letnia, wolała w takiej chwili nie udzielać wywiadu polskiemu radiu. Choć wiem, że bardzo się cieszyła na tę rozmowę. A może się mylę? Może obie się mylimy i to tylko zbieg okoliczności? Oby tak było.

Red. E.H. – Bardzo możliwe, że linia rzeczywiście była zajęta.

W.M.T. – Mogła też po prostu być nieobecna. Mówiła mi tydzień temu, że rozbudowują z mężem muzeum rosyjskiej sztuki współczesnej, które oboje ufundowali. Jej mąż to znakomity malarz-awangardzista, twórca tzw. nowego realizmu. Podobno kilka miesięcy temu jego obraz na aukcji w Paryżu poszedł za… 1 milion euro. Obecnie państwo Bielutinowie inwestują w to, żeby do niedawna jeszcze zakazaną sztukę, którą mąż pani Niny propagował całe życie, wyeksponować w muzeum darowanym przez nich Rosji. Być może, coś się tam stało na tej daczy i pani Nina nie dotarła do domu na czas.

Red. E.H. – Powróćmy jednak do Zygmunta Krzyżanowskiego, bo na razie w leksykonach pojawia się już jego nazwisko, ale jeszcze nie mamy recenzji jego twórczości.

W.M.T. – Prawie nie mamy recenzji tej twórczości, a w leksykonach są tylko krótkie noty. Pamiętajmy, że nazwisko Krzyżanowskiego pojawiło się w Polsce bardzo niedawno, jak na przyzwyczajenia naszych literaturoznawców. Gdy w 2002 roku odbywało się pierwsze po 10 latach spotkanie pisarzy polskich i rosyjskich w Chlewiskach, w domu pracy twórczej, tzw. Reymontówce (Reymont kupił ten dom za Nagrodę Nobla), pojawił się tam rosyjski pisarz, profesor filozofii Piotr Kalitin, który wygłosił płomienne przemówienie na cześć „znakomitego polskiego i rosyjskiego pisarza, Zygmunta Krzyżanowskiego”. Po jego przemówieniu zapadła cisza. Kalitin odwoływał się do wizji Krzyżanowskiego: przerażających, przewidujących zagrożenie ludzkości totalitaryzmami, globalizmami etc. Ale nikt – nie tylko ja – nie wiedział, kim jest ów Zygmunt Krzyżanowski.

Red. E.H. – Nikt z Polaków?

W.M.T. – Tak jest. Nikt spośród polskich krytyków, żaden polski pisarz, a także obecni rusycyści – nikt nie wiedział. W przerwie zapytałam, przytaczając znany mi z książki Niny Molewej epizod z życia Krzyżanowskiego – chodziło mi chyba o teatr Tairowa – i Piotr Kalitin potwierdził, że właśnie o tym Krzyżanowskim mówił. Poprosiłam, żeby mi przysłał wybór prozy tego pisarza. Przysłał. Z tego właśnie wyboru my zrobiliśmy kolejny wybór i wydaliśmy u Staszka Nyczaja dwanaście opowiadań pt. Trzynasta kategoria rozsądku. Nie jestem zawodowym tłumaczem, ale kiedy zaczęłam czytać tę prozę, doszłam do wniosku, że trzeba się podzielić tak piękną literaturą z innymi. I tak to się zaczęło.

Red. E.H. – Za co my, czytelnicy, bardzo dziękujemy. [Po piosence Okudżawy – Mozart po strunach stareńkich….] – Piosenkę Bułata Okudżawy śpiewała Sława Przybylska, a my mamy telefon od pani Anny z Katowic.

Anna Maciejowska – Ja do pani tłumaczki. Dobry wieczór, nazywam się Anna Maciejowska. Moja rodzina – ojciec, stryj – byli urodzeni na Kijowszczyźnie. Teraz, podobnie jak wielu innych, szukam, że tak powiem, korzeni: skąd rodzina pochodzi, dalsi krewni, itd. Pani wspomniała o IV Gimnazjum w Kijowie. Jeśli były cztery, to pewnie było ich więcej?

W.M.T. – Wiem na pewno o czterech stąd, że I Gimnazjum kijowskie kończył Bułhakow, a czwarte – Wertyński, Krzyżanowski i Iwaszkiewicz.

A.M. – I tak mi z tych dat wypada, że w kijowskim gimnazjum mógł w tym czasie być starszy brat ojca, stryj Jerzy Maciejowski. Jak pani myśli, gdzie szukać informacji, w jakich archiwach? Czy te gimnazja mają jeszcze jakieś swoje spisy?

W.M.T. – Ja myślę, że obecne archiwum miejskie w Kijowie to jedyny punkt, do którego by należało napisać. W Internecie dobrze posłużyć się rosyjską czcionką, ale można też chyba napisać fonetycznie łacińską, w transkrypcji z cyrylicy na alfabet łaciński. I być może trafi pani na adres. Przypuszczalnie to, co się zachowało i jeśli się zachowało, będzie można tam znaleźć. Jeszcze dzisiaj sprawdzałam te gimnazja kijowskie w Internecie, żeby przypadkiem podczas audycji nie popełnić błędu, bo jeden z naszych literaturoznawców właśnie napisał, że Bułhakow uczył się w tym samym gimnazjum, co Krzyżanowski. Okazało się, że nie. Przy okazji zobaczyłam, jak bardzo dużo Polaków było wśród absolwentów tych gimnazjów kijowskich. Przed wybuchem I wojny światowej mieszkało tam ponad 30 tysięcy mieszkańców polskiej narodowości. Dużo ich było, i kształcili się… Radzę iść tym tropem.

A.M. – Dobrze, dziękuję bardzo. A czy w tej audycji będzie jeszcze mowa o tym, gdzie urodził się pan Zygmunt Krzyżanowski i z jakiej rodziny pochodził?

W.M.T. – Od razu powiem, bo dawno po temu pora: Zygmunt Krzyżanowski urodził się w niedużej miejscowości pod Kijowem, gdzie jego ojciec był księgowym w majątku niejakiego Riabuszyńskiego. Po przejściu na emeryturę rodzina przeniosła się pod Kijów, w tej chwili ta miejscowość jest włączona do Kijowa. Mieszkał tam też wuj Krzyżanowskiego, który zapisał mu w spadku mały mająteczek, który przepadł w toku zawieruchy wojennej i rewolucji. W każdym razie, Krzyżanowski urodził się i wychował w polskiej rodzinie katolickiej, co przyznają także Rosjanie. Miał cztery starsze siostry, z których jedna została znaną aktorką.

A.M. – Moja rodzina, a właściwie rodzina ojca, pochodziła, jak się ogólnie mówiło – z Kijowszczyzny. I dotarłam do dokumentów, że stryj był chrzczony w Białej Cerkwi.

W.M.T. – Polacy w takich sprawach jak chrzest czy ślub jeździli tam, gdzie były najbliższe katolickie kościoły. Moja babcia biorąc ślub musiała pokonać 400 kilometrów dzielące jej ówczesne miejsce zamieszkania od najbliższego polskiego kościoła: spod Orła do Mińska.

[Pomiędzy piosenkami Bułata Okudżawy fragment opowiadania Zygmunta Krzyżanowskiego Kwadrat Pegaza czytany przez Jerzego Jakubowskiego]

Red. E.H. – Skoro nie drukował za życia, to z czego żył?

W.M.T. – Opowiadanie, które czytano przed chwilą, tłumaczyłam akurat nie ja, a Hanna Karpińska, którą udało mi się zaprosić do współpracy i bardzo się z tego cieszę. Pochodzi z lat, gdy Krzyżanowski terminował w zespole adwokackim, jako absolwent prawa Uniwersytetu Kijowskiego. Natomiast po rewolucji prawo się odmieniło i Krzyżanowski – poza jednym epizodem – nigdy nie pracował na etacie. Ten epizod miał miejsce w Moskwie, gdzie zatrudniono go do opracowania haseł do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, wydawanej tam już nie pamiętam w którym roku. Po krótkim czasie współpracy Krzyżanowski napisał następujące oświadczenie: „ponieważ próba uczynienia ze mnie urzędnika nie powiodła się, składam rezygnację”. Żył skromnie, utrzymywał się z różnych prac. Przede wszystkim ze współpracy z Teatrem Kameralnym, która trwała 15 lat, ze scenariuszy, z wykładów o teorii teatru i psychologii sztuki, o Szekspirze i jego dramatach. Był świetnym znawcą Szekspira, napisał o nim znakomite eseje. Pisał też o Bernardzie Shaw, pisał artykuły i eseje filozoficzne, jego mistrzem w dziedzinie filozofii był Immanuel Kant, i póki to jeszcze było możliwe, wykładał i pisał o nim. Trzeba wiedzieć, że Krzyżanowski po ukończeniu studiów na Uniwersytecie w Kijowie, a także w ich trakcie, do I wojny światowej odbył kilka podróży po Europie Zachodniej, gdzie słuchał wykładów największych filozofów tamtych czasów na najświetniejszych europejskich uniwersytetach. Nie miał bariery językowej, bo znał 7 języków obcych. Tak jak Polskie Radio, Program I nadaje przecież Lato z Radiem w siedmiu językach. Krzyżanowski też posługiwał się siedmioma językami.

Red. E.H. – Miał kogoś bliskiego?

W.M.T. – Ukochaną kobietę, z którą nie zawierał oficjalnego związku, bo uważał, że go nie stać na założenie rodziny, a mężczyzna ma prawo ożenić się dopiero wtedy, gdy ma środki na utrzymanie rodziny. A więc prawie do końca swoich dni, mimo że bardzo się kochali, mieszkał oddzielnie. Żona była bardzo dobrą aktorką. Dopiero w ostatnim roku życia, kiedy bardzo poważnie zachorował, zgodził się przenieść do żony, no i – musiał się ożenić. Prawdopodobnie z powodów meldunkowych, bo nachodził ich posterunkowy, tłumacząc, że nie wypada, żeby mężczyzna mieszkał u kobiety, i tak dalej… No i Krzyżanowski złamał swoją zasadę, ale był wtedy już bardzo chory…

[Telefon od pani Marii z Krakowa]

Pani Maria – Bardzo serdecznie dziękuję za tę audycję. Jestem dziewczynką z Powstania Warszawskiego, ale mieszkam w Krakowie. To piękne miasto, ale na moje nieszczęście nie Warszawa. I klimat tu dla mnie straszny, bo jestem starym człowiekiem. Muszę paniom powiedzieć, że ja, pochodząca z rodziny inteligenckiej z Warszawy, miałam ojca wspaniałego polonistę, który zmarł na zawał już tu w Krakowie w 53 roku. I ja, stara baba, lekarz pediatra na emeryturze, nie wiedziałam nic o panu Zygmuncie, o którym jest dzisiaj cały czas mowa! Ja się, proszę pań, zaczerwieniłam, będąc sama w pokoju.

W.M.T. – Ależ nie mogła pani wiedzieć! Nie wiedzieli też znani luminarze polskiej krytyki, jak Piotr Matywiecki, Leszek Bugajski, czy Tomasz Burek. Nikt nie wiedział…

Pani Maria – Ale wiedzą państwo, dlaczego? Ja myślę, że winna wszystkiemu jest też okupacja niemiecka, która była tak tragiczna! Mój tata umarł tylko trzy lata później niż pan Zygmunt, był wspaniałym polonistą, miał bogatą bibliotekę. Mamusia też była filologiem, romanistką, a ja byłam ich piątym dzieckiem…

W.M.T. – Zupełnie jak Zygmunt Krzyżanowski…

Pani Maria – U nas było trzech synów, potem moja siostra i ja. Więc zrobiło mi się jakoś głupio. A dlaczego? Bo dzisiaj, gdybym miała te piętnaście, siedemnaście lat, to ja bym w nocy słuchała pani i wiedziała, co mam czytać. Bo tam mój tatuś pewnie się w grobie przewraca! Miał przecież cudowną bibliotekę, ale w 39 roku miałam 12 lat. Wtedy nie dosięgałam ręką do tej biblioteki, a w 41 wyrzucili nas Niemcy z Powiśla. Potem biblioteka spłonęła. Bardzo dziękuję za tę audycję, bo ja się dzisiaj dużo dowiedziałam. Człowiek się uczy do końca życia. Ale mi wstyd.

W.M.T. – Wszystko da się nadrobić. W Bibliotece Jagiellońskiej jest cały Krzyżanowski, wszystko, co już wyszło po polsku, włącznie z najnowszym zbiorem prozy Most przez Styks.

Pani Maria – Proszę mi tylko powiedzieć: to był Polak? I pisał tylko po rosyjsku?

W.M.T. – To, co znamy zostało napisane po rosyjsku. Mieszkał przecież w Rosji i tam spodziewał się być drukowany. Znał rosyjski znakomicie, po co więc miał pisać tam po polsku? Jednak można sądzić, że gdyby mieszkał w Niemczech, to pisałby po niemiecku żeby być wydanym, bo ten język znał również bardzo dobrze. A gdyby mieszkał w Polsce… Miał jednak zasługi dla literatury polskiej, pisząc po rosyjsku, bo przekładał na język rosyjski i to znakomicie polskich klasyków.

Pani Maria – Tak, to był bardzo wykształcony człowiek…

W.M.T. – Bardzo. Erudyta. Myśliciel.

Pani Maria – Ten przeczytany kawałek jego prozy, był cudowny. [Pomiędzy piosenkami Włodzimierza Wysockiego fragment opowiadania Zygmunta Krzyżanowskiego Pokój radości w interpretacji Jerzego Jakubowskiego]

Red. E.H. – To było specjalnie dla Pani Marii. A teraz pytanie do pani Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej. Czy ma pani jakiś program walki o Zygmunta Krzyżanowskiego dla polskich czytelników?

W.M.T. – O, jakie mocne słowo: program! A nawiązując do piosenki Wysockiego, na razie nawet nie wiemy, czy i po której stronie walczył Krzyżanowski podczas I wojny światowej. Bo to, że walczył wynika z jego twórczości. Musiał dostać choćby powołanie do armii: w 1914 roku miał 28 lat i był zdrowy. W każdym razie doświadczenia wojny światowej sprawiły, że stał się pacyfistą. Musiały to więc być mocne przeżycia… Co do programu: to, co już w tej chwili jest przetłumaczone na język polski, to może stanowić jedną piątą tego, co Krzyżanowski napisał. Jeśli wziąć pod uwagę nowe znaleziska, może to być 1/5 może – 1/6. Pierwsze dwie pozycje, dwa wybory opowiadań – zbiór miniatur i zbiór opowiadań z wyboru opowiadań – ukazały się w niewielkim nakładzie. Małe wydawnictwo, nieznany jeszcze u nas pisarz, nakład po 500 egzemplarzy. W Internecie można je jeszcze zdobyć, ale w księgarniach tych książek się nie kupi. Powieść Powrót Münchhausena, wydana przez bogate prywatne Wydawnictwo BOSZ jest ciągle w sprzedaży w Empikach, ale ona wyszła w znacznie większym nakładzie, przynajmniej 3-tysięcznym. A teraz udało się Zygmuntowi Krzyżanowskiemu dostać do prestiżowego Państwowego Instytutu Wydawniczego…

Red. E.H. – Może na dłużej?

W.M.T. – Miejmy nadzieję.

Red. E.H. – Są jakieś propozycje?

W.M.T. – Chciałabym właśnie w PIW-ie wydać powieść Krzyżanowskiego, powieść trudną: Klub zabójców liter. Wyszła już w języku rosyjskim, francuskim, hiszpańskim i szkoda, żeby nie była dostępna po polsku. Jeśli chodzi o tego pisarza, jest co wydawać i tłumaczyć. Potrzeba jednak do tego wsparcia innych tłumaczy, bo jak już mówiłam, to nie jest zadanie dla jednej osoby. Ale jest i druga sprawa – odzew polskich krytyków, literaturoznawców, którzy jak dotąd podchodzą nader ostrożnie do fenomenu pojawienia się na literackiej mapie Europy i świata pisarza na miarę najgenialniejszych twórców XX wieku. Do tego – Polaka. Z jednej strony nie ufają, że taki pisarz i Polak w ogóle był. Pojawiły się nawet głosy, że to wymysł, zabawa literacka wymyślona przez jakieś osoby. Z drugiej strony – trochę się obawiają kierunku, z którego do nas przybył Krzyżanowski: rusofobia jest u nas dość powszechna, nawet w tym środowisku. Ale zaczęły się wreszcie pojawiać pierwsze analizy literackie tej części twórczości, która już została przetłumaczona. M.in. pani Maria Jentys napisała znakomity tekst i wiem, że jeden z rozdziałów książki o polskich pisarzach emigracyjnych chce poświęcić Krzyżanowskiemu. Ze swojej strony staram się, zanim cokolwiek włożę do książki, wcześniej we fragmentach publikować w prasie literackiej. Na przykład w „Twórczości”, udało nam się, tzn. mnie i panu Zygmuntowi, zaistnieć właśnie Mostem przez Styks. Wcześniej fragment Powrotu Münchhausena opublikowała „Rzeczpospolita”. Staram się docierać do pism nie tylko literackich i nie tylko w Warszawie, żeby oswoić odbiorców z tym pisarzem, żeby czekano na to, co nowego ze spuścizny Krzyżanowskiego się ukaże. Na szczęście mam coraz więcej wielu sojuszników. To cieszy. Wśród nich jest m.in. prof. Zygmunt Januszewski, grafik książkowy, ilustrator klasy europejskiej, który znakomicie czuje i rozumie Krzyżanowskiego, co znajduje odzwierciedlenie w jego ilustracjach do książek tego pisarza – zilustrował już drugi tom jego prozy. Tych dwóch Zygmuntów tak się pięknie sprzęgło, że właściwie nawet tłumacz nie jest im potrzebny.

Red. E.H. – A czy leży już nowy gotowy przekład na pani biurku?

W.M.T. – Nie, dopiero pracuję nad przekładem Klubu zabójców liter. Jest to fantastyczna gra, zabawa wyrafinowanego umysłu. Nie będę ujawniała szczegółów, których jest tam zbyt wiele, ale to – ekwilibrystyka intelektualna, formalna i stylistyczna. Tam jest jakby siedmiu autorów i siedem różnych stylistyk, siedem różnych języków, a to wszystko – w jednym.

[Piosenka Bułata Okudżawy A wsio taki żal]

Red. E.H. – Wędrówka adresami Zygmunta Krzyżanowskiego też pewnie byłaby ciekawa…

W.M.T. – Myślę, że bardzo ciekawa. Abstrahując nawet od jego podróży po Europie, którą można prześledzić, bo w jego twórczości znajdujemy dokładne opisy Wenecji, Berlina, czy Londynu wskazujące, że dobrze znana mu była topografia miejsc, o których pisze. Krzyżanowski w swoich utworach jest bardzo perfekcyjny, wszystko się tam zgadza. Wiadomo, że on tam był, tymi ulicami chodził. Na przykład Berlin w Powrocie Münchhausena jest prawdziwym Berlinem tuż po Traktacie Wersalskim, gdy nie był jeszcze zburzony zamek królów pruskich. Natomiast nie bardzo wiem, gdzie mieszkał w Kijowie. Może dlatego, że nie znam Kijowa, nigdy tam nie byłam? Natomiast po przyjeździe do Moskwy zamieszkał w maleńkim pokoiku, który wynalazła mu para moskiewskich lekarzy, bardzo znanych bakteriologów. Była to służbówka w mieszkaniu na Arbacie jakiegoś grafa, którego rewolucja jeszcze nie dobiła. Mieszkanie otrzymał w zamian za lekcje angielskiego, udzielane grafowi. Co stało się z grafem – nie wiem, ale jego duże mieszkanie – dziś powiedzielibyśmy: apartament – zostało skomunalizowane i poszczególne pokoje przydzielono różnym rodzinom, które korzystały ze wspólnej kuchni, łazienki, przedpokoju etc. Była to utrwalona przez późniejsze dziesięciolecia praktyka zaspokajania głodu mieszkaniowego, związanego m.in. z masową migracją ludności wiejskiej do miast, a Moskwa jako stolica była oblężona najbardziej. Krzyżanowski mieszkał w tej swojej maleńkiej – ok. 6–8 m. kw. – komunałce do końca życia, póki go chorego żona niemal siłą nie zabrała do swojej, zapewne wcale nie większej komunałki. Tak się wtedy w Moskwie mieszkało: wspólna kuchnia, wspólny korytarz, w kilkunastu pokojach przedrewolucyjnego mieszkania tyle rodzin, ile dało się upchnąć…

Red. E.H. – Ale za to centrum Moskwy…

W.M.T. – Tak, sławny Arbat. Chcę tu przytoczyć pewną ciekawostkę: w korespondencji Wadima Perelmutera z dr Wiesławą Olbrych przeczytałam, że istnieje tablica poświęcona Zygmuntowi Krzyżanowskiemu, którą starano się wmurować w ścianę domu, gdzie pisarz mieszkał. Do tej pory nie udało się tego zrealizować.

Red. E.H. – Czyżby nie było dobrej woli?

W.M.T. – Trudno powiedzieć. Arbat był i jest – jak nasze Krakowskie Przemieście – ciągle remontowany, wynajmowany, wydzierżawiany. Nomen omen, ostatnio, gdy tam byłam, pół Arbatu zajmowały gruzińskie. Więc nie jest prosto przeprowadzić coś takiego, co marzy się Wadimowi Perelmuterowi. W Polsce mamy podobne problemy: Stowarzyszenie Kultury Europejskiej i Związek Literatów Polskich od czterech lat zabiegają o nadanie w Warszawie jakiejś ulicy imienia Jarosława Iwaszkiewicza. Jak dotąd – bez rezultatu. To nie jest zła wola, po prostu trudno taką rzecz przeprowadzić.

Red. E.H. – Może być tak, że mieszkańcy przyzwyczaili się do istniejącej nazwy…

W.M.T. – My to doskonale rozumiemy, stąd poszukujemy możliwości w nowych osiedlach, najchętniej w kierunku Podkowy Leśnej i Stawiska. Ostatnio włączył się do tych poszukiwań miesięcznik „Stolica”, może tą drogą nam się uda znaleźć sojuszników. Myślę, że w takim ogromnym mieście, jakim jest Moskwa, Perelmuterowi, który mieszka głównie w Monachium też nie jest łatwo.

Red. E.H. – A pamiątki po Zygmuncie Krzyżanowskim? Rozproszone?

W.M.T. – Pamiątek chyba nie ma. Żył bardzo skromnie, zmarł dawno, przez lata jego twórczość znajdowała się w zapomnieniu. Wspominano jego skórzaną marynarkę, prawdopodobnie odziedziczoną po tym stryju. Biurko, które odziedziczył po tymże stryju jeszcze w Kijowie zużył na ogrzewanie. Prawie nie posiadał książek, nie miał gdzie ich trzymać, ale i nie musiał, bo miał fenomenalną pamięć. Jeśli musiał coś sprawdzić, szedł do biblioteki. Została jednak po nim masa notatek i maszynopisów, które po jego śmierci żona częściowo przekazała do archiwum literackiego w Moskwie, gdy wyjeżdżała do Odessy, a dwa lata temu odkryto pełne archiwum w Kijowie, które – kolejna dziwna sprawa – zostało przekazane przez żonę, ale – bodajże w rok po jej śmierci. Kto przekazał? Ktoś w jej imieniu, ale kto – nie wiadomo. Może są tam polonica, ale tego też nie wiemy…

Red. E.H. – A maszyna do pisania? Pióro?

W.M.T. – Nie było maszyny. Krzyżanowski dyktował teksty maszynistce. Zostawił jednak po sobie mnóstwo zeszytów, w których notował myśli. Natomiast maszynistce dyktował gotowe teksty.

[Piosenka Bułata Okudżawy o trzech miłościach (Pierwsza miłość z wiatrem gna…)]

Red. E.H. – Dzwoniła słuchaczka, która nie chciała wystąpić na antenie, z pytaniem, czy Zygmunt Krzyżanowski miał siostrę Eleonorę, bo mogła to być jej prababka.

W.M.T. – Krzyżanowski miał cztery siostry. Można sprawdzić, czy była wśród nich Eleonora. Wiem, że jedna miała na imię Helena. Zygmunt był najmłodszym dzieckiem, siostry były znacznie starsze. Powychodziły za mąż, wszystkie, poza jedną i najbliższą mu, która zmarła na gruźlicę. To była ostatnia dla niego śmierć „kijowska”; wcześniej zmarli rodzice, potem stryj. Pozostał sam. Wyjechał do Moskwy, do czego już od jakiegoś czasu namawiała go przyszła żona i tam dopiero odszukał swoich kuzynów, babkę Niny Molewej i kuzyna Tezawrowskiego, też aktora, jak jego żona.

Red. E.H. – Ta Eleonora Krzyżanowska chodziła do szkół w Rydze. Czy to możliwe, że rodzina pod Kijowem, a panna w szkole w Rydze?

W.M.T. – Na rozległych terenach rosyjskiego imperium wszystko było możliwe. Wiem, że były jakieś koneksje rodzinne, bo rodzina matki Krzyżanowskiego pochodziła spod Orła, gdzie mieli jakiś majątek. Wykształceni Polacy, ale – obywatele rosyjscy, jako poddani carscy robili kariery urzędnicze w Samarkandzie w Azji Środkowej i na dalekiej Syberii, dokąd dostawali służbowe skierowania. A ktoś mógł mieć rodzinę w Rydze. Moja babcia na przykład urodziła się w Dźwińsku. Polka. Jeśli ktoś chciał, żeby córka chodziła na pensję czy tzw. kursy w Rydze – wysyłał córkę do Rygi. Albo – do Petersburga. Wszystko było możliwe.

Red. E.H. – A też te kresowe rodziny były szalenie spowinowacone i istniała silna więź pokoleniowa, więź między różnymi odgałęzieniami rodu. Owe drzewa genealogiczne nieraz są tak zaplątane, że dzisiaj trudno byłoby je rozplątać.

W.M.T. – Niekoniecznie. Znam potomka rodu Barszczewskich, z którego pochodziła m.in. znakomita aktorka, Elżbieta Barszczewska. To pasjonat, który z dużym powodzeniem zajmuje się odtworzeniem drzewa genealogicznego swojej rodziny. Ruszył tropem dziadków i pradziadków, a rozrasta mu się to drzewo genealogiczne imponująco. Ci przodkowie też z Warszawy zawędrowali aż do Samarkandy. To były ogromne tereny należące co prawda do zaborcy, ale Polacy poruszali się po nich swobodnie i bardzo często znakomicie spełniali się tam zawodowo.

[Piosenka Bułata Okudżawy My swiazany, Agnieszka, dawno odnoj sud’boju…]

Red. E.H. – Mimo tak późnej pory dodzwoniliśmy się do dr Wiesławy Olbrych. Wiemy, że od lat wiele pisze pani o życiu i twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego. Czytałam pani artykuły na jego temat. Cieszę się, że możemy dzisiaj porozmawiać…

Dr Wiesława Olbrych – Przede wszystkim gratuluję pomysłu tej audycji. Zygmunt Krzyżanowski jest z pewnością postacią, która ze wszech miar zasługuje na zainteresowanie. Nie bez powodu powstało w Europie wiele jego fanklubów, mimo że przez szerszą rzeszę czytelników został odkryty zaledwie kilka lat temu. Wiadomo o jego polskim pochodzeniu i należy podkreślić, że bardzo był z niego dumny. Cenił swoją polskość i ją kultywował. Co więcej, fakt doskonałej znajomości języka polskiego i obecności tego języka w jego codziennym życiu, w sposób niewątpliwy wpłynął twórczo na kształtowanie się języka jego prozy w języku rosyjskim. Dzięki takiemu codziennemu twórczemu przełamywaniu się w dwóch różniących się od siebie żywiołach językowych – obu jakże bogatych – powstała nowa jakość, nowatorska obrazowość i stylistyka, ze wszech miar zasługujące na poświęcenie im szczególnej uwagi przez specjalistów, i nie tylko literaturoznawców, ale także, a może w pierwszym rzędzie – językoznawców. Zanim to jednak nastąpi, toczy się dysputa mniej może specjalistyczna, ale mogąca zaciekawić. Pozwolę sobie odesłać zainteresowanych do mojej polemicznej publikacji w „Miesięczniku”, piśmie społeczno-kulturalnym ukazującym się na Pomorzu Środkowym. Ta polemika odzwierciedla, jak łatwo czasem następuje niesprawiedliwe zaszufladkowanie twórcy mało znanego, bo trudnego, wymagającego znacznej wiedzy i wysiłku intelektualnego od odbiorcy, co się jednak w rezultacie stokrotnie opłaca, bo uzyskuje się niebywałą, z niczym nieporównywalną satysfakcję. Dotyczy to w pełni twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego, co podkreślało tu dzisiaj wielu rozmówców, jak choćby Stanisław Nyczaj, Justyna Hoffmanowa, Aleksander Berlin.

[Piosenka Włodzimierza Wysockiego I bieg, i skok…]

Red. E.H.Most przez Styks to tytuł całego wydanego przez PIW wyboru opowiadań Zygmunta Krzyżanowskiego, ale jest to również tytuł jednego opowiadania, którego fragment odczyta nam Jerzy Jakubowski.

[Jerzy Jakubowski – fragment Mostu przez Styks]

[Piosenka Włodzimierza Wysockiego – My w wysokich żywiom tieremach]

Red. E.H. – Ale teraz moja krytyczna trochę uwaga: pan Zygmunt o kobietach pisze jakby za muślinową firanką…

W.M.T. – Powiem więcej, on bardzo rzadko pisze o kobietach. Teraz, po odkryciu w kijowskim archiwum jego notatek, przypuszczam, że to mogło być spowodowane rozczarowaniem pierwszym, nieudanym małżeństwem. Opowiadanie, którego fragment był tu dziś czytany – Kwadrat Pegaza – jest tego potwierdzeniem. Na początku łączą się, całują i patrzą w gwiazdy…

Red. E.H. – A ona potem mówi: żadnych wszechświatów.

W.M.T. – Tak, a na koniec, przy wejściu do domu napisano: „Kalosze i skrzydła proszę zostawić w przedsionku”… To żona przejęła rządy w domu małżonków. A jednocześnie Krzyżanowski szalenie się podobał kobietom. Anna Bowszek, druga żona Zygmunta Krzyżanowskiego, pisała we wspomnieniach, jak się poznali w Kijowie. Ona – wierna słuchaczka jego wykładów z psychologii sztuki, aktorstwa, teatru, ceniąca nowatorskie ujęcie tych kwestii, przywiezione zapewne z Zachodu i przez niego głęboko przemyślane, najwyraźniej była urzeczona i wpatrzona w niego jak w obraz. Otóż zdarzyło się, że ją odprowadził po jakimś intelektualnym wieczorze, a potem – przyszedł ze swoim przyjacielem i wręczył jej… kiść białego bzu. Było to ewenementem, fenomenem w czasach, gdy aktorom i literatom za występ płacono pajdą chleba czy torebką cukru. I proszę sobie wyobrazić, że ta miłość, to uczucie przetrwało wszystkie późniejsze lata. Ona wzywała go wielokrotnie, bo jako pierwsza pojechała do Moskwy, żeby zdecydował się na przyjazd, ponieważ nie ma już nikogo bliskiego w Kijowie. I to ona zajęła się potem jego literacką spuścizną i chronieniem jej. Podobno Anna całą swoją skromną emeryturę wydawała na przepisywanie jego maszynopisów i rozsyłanie po bliższych i dalszych znajomych. Istniała wówczas taka praktyka: powielano maszynopisy, bo jeżeli zniszczone zostaną rękopisy, to gdzieś pozostanie kopia, która doczeka lepszych, postalinowskich czasów. Natomiast z licznych materiałów, publikowanych przez rosyjskich literaturoznawców m.in. w Internecie, przez teatrologów zajmujących się Krzyżanowskim wynika, że osoby, które się z nim zetknęły, a szczególnie osoby płci żeńskiej, były nim zauroczone. No proszę sobie wyobrazić: w siermiężnej, radzieckiej Moskwie – Europejczyk: zawsze nienaganny kant spodni, marynarka wprawdzie przetarta, ale – czyściutka, koszula, krawat, binokl… Na dodatek – człowiek, który potrafi się znaleźć w każdej sytuacji i ma specyficzne, typowo polskie jak mówiono, poczucie humoru i jest szarmancki wobec dam. I – wszystko wie. Dziś powiedzielibyśmy: idol.

Red. E.H. – Ale czy można go nazwać opozycjonistą?

W.M.T. – Powiedziałabym, że był w opozycji do całego ówczesnego świata. Proszę pamiętać, że zjechał Europę przed wybuchem I wojny światowej i w jego całej twórczości widać, jak bardzo był krytyczny wobec Zachodu Europy. Potem znalazł się w oku cyklonu: wojna, rewolucja... Jako pisarz i jako człowiek martwił się o świat w ogóle. Mamy tego potwierdzenie choćby w takich opowiadaniach, jak Boczna linia, czy Żółty węgiel, które są niczym innym, jak przestrogą dla ludzkości. Tak, był w opozycji. I dzisiaj też byłby w opozycji do wielu działań, do obojętności świata na nieszczęścia, które się dzieją na przykład w Afryce. Na wojny, które nagle wybuchają o skrawek ziemi. Na chciwość, na materializm towarzyszące globalizacji. To był rzeczywisty, permanentny opozycjonista. Przy czym chyba absolutnie apolityczny. Jedyne, co go poruszyło, a co wynika z książki wspomnieniowej Niny Molewej, to wiadomość, że Niemcy wkroczyli do Polski i że Rosjanie wyszli im naprzeciw – też wkraczając do Polski. Wtedy przestał pisać. Na zawsze.

Red. E.H. – A po wojnie przyszła choroba…

W.M.T. – Nie tak od razu, choroba zwaliła go z nóg dopiero w 1950 roku. Jeszcze w latach wojny odbył długą podróż po Syberii z wykładami o Szekspirze.

Red. E.H. – Do kogo kierowanymi?

W.M.T. – Chyba do nieletnich i do syberyjskich kołchoźnic, bo mężczyźni walczyli na froncie. Trudno powiedzieć, ale wiadomo, że za czasów socrealizmu na swój sposób dbano o edukację społeczeństwa.

Red. E.H. – I tam, na dalekiej Syberii…

W.M.T. – Wykładał.

Red. E.H. – Szekspira.

W.M.T. – Szekspira. Trzeba wiedzieć, że z zagrożonej przez Niemców Moskwy ewakuowano w głąb ZSRR całą inteligencję twórczą. Pojawiły się więc z dala od linii frontu ośrodki i miejsca, gdzie się toczyło wojenne życie intelektualne. Nie wszyscy poszli na front i nie wszyscy literaci zostali korespondentami wojennymi. Krzyżanowski odbył długą podróż, po czym wrócił do Moskwy. A po II wojnie światowej w stosunkach polsko-radzieckich nastąpiła odwilż i na gwałt były potrzebne m.in. przekłady literatury polskiej. Właśnie wtedy dostał zamówienie na przekłady m.in. Tuwima. Tłumaczył Fredrę i napisał monografię o nim. Nie wiem, czy została wydana, nie mam takiej informacji. Tak że znów funkcjonował, działał. I dopiero w ostatnim roku życia, na kilka miesięcy przed śmiercią, doznał udaru mózgu, w czego następstwie przestał odróżniać litery, co dla pisarza jest tragedią.

Red. E.H. – Czyli: miało to podkład neurologiczny?

W.M.T. – Myślę, że tak. Należał do ludzi, którzy nie przejawiają uczuć zewnętrznie, kryjąc w sobie przeżywane emocje, ale w pewnym momencie to właśnie spowodowało udar mózgu.

[Piosenka – o Wali, w której kocha się tzw. podmiot liryczny i jego kumpel, Alosza.]

Red. E.H. – I tradycyjnie, na zakończenie naszych Nocnych Spotkań Literackich – telefon do Jana Rodzenia, żeby powiedział, co będzie się działo wkrótce w Klubie Księgarza na warszawskiej Starówce.

Jan Rodzeń – Witam najserdeczniej słuchaczy mojego ulubionego programu. Kłaniam się nisko pani Walentynie Mikołajczyk-Trzcińskiej. Słowa uznania należą jej się za popularyzowanie wśród polskich czytelników twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego, na dobrą sprawę ciągle jeszcze zbyt mało znanego w Polsce. Chcę z satysfakcją powiedzieć, że mieliśmy zaszczyt promować jego książkę Powrót Münchhausena, w przekładzie pani Walentyny. I mam nadzieję, że nie raz jeszcze będziemy to robić…

Spisała i dopełniła komentarzem: Wiesława Olbrych.

Opublikowano w „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, Kielce 2010, nr 1–2.

Powrót do spisu treści

jbroszkowski

POWRÓT MÜNCHHAUSENA

Kruki, kawki, wrony zawsze gromadzą się przed zimą, ale czy musiały wysypać się tak nagle z jesiennego rogu obfitości barw oscylujących wyłącznie pomiędzy żółcią a czerwienią? Czy te czerwone róże, które ustawiłem na szafce przed drzwiami, musiały w ciągu jednego dnia tak dziwnie sczernieć, mimo iż poprzednie kwitły i pachniały przez całe dwa tygodnie? Poeto, nie na wszystkie pytania znajdziesz odpowiedź, nie wszystko musisz zrozumieć – pora melancholijna minęła, w szkarłacie, złocie już nie stoi las przy lesie, mimo iż do początku kalendarzowej zimy jeszcze daleko… W poczuciu zdrady ze strony jesieni i wbrew swej woli musiałem przeto w ciągu całego minionego tygodnia brodzić w śniegu, przemierzać niezmierzone obszary bieli, żyć w niej – dosłownie i przenośnie, bo śnieg i tyle mrocznych myśli trzeba było rozświetlić, tyle czarnych miejsc wymazać jasnością rozumienia, cóż że bardziej niż niepełnego…

To była taka sama vinterresa, podróż zimowa, jak ta, którą przez dziesiątki lat odbywał mój szwedzki przyjaciel i poeta Folke Isaksson w dalekiej Norrlandii. Tutaj, na Przymiarkach, szczyty wzgórz widniejących przede mną też były białe, jodełki pokryte czapami śniegu obejmowały tylko jeden ton, a podszycie ciszy oczekiwało na jeden jedyny szept: „Widzę tę białość jak rosę światła wokół latarni…” Dodawałem w duchu: laterna magica i przez te wszystkie dni myślałem oczywiście o magicznej latarni bergmanowskiej, ale po wczorajszej nocnej lekturze książki Powrót Münchhausena (nadesłanej mi na polecenie Pawła Zawadzkiego, autora świetnego wstępu do tej książki) stało się dla mnie jasne, że właśnie o tę latarnię magiczną, rozświetlającą moskiewskie mieszkanko na Arbacie, mi chodzi! Tak maciupeńkie, że na dobrą sprawę mogły go zamieszkiwać jedynie stwory o niewielkim wzroście, rekompensowanym być może przez wyobraźnię niezwykle wybujałą…

Zygmunt Krzyżanowski (1887–1950), autor tej książki, odznaczał się niezwykle bujną wyobraźnią, lecz gnomem na pewno nie był, faktem jest jednak, że ten władający biegle siedmioma językami, w tym łaciną i greką, absolwent prawa uniwersytetu w Kijowie, który w latach 1912–1914 odbył podróż po uniwersytetach Francji, Włoch, Szwajcarii i Niemiec, gdzie słuchał wykładów w interesujących go dziedzinach tak różnych, jak matematyka, astronomia, filozofia, teoria sztuki czy literatura (w jego prozie ta znajomość topografii oraz architektury miast będących europejskimi ośrodkami uniwersyteckimi okaże się niezwykle przydatna), późniejszy pisarz, filozof i erudyta, w którego dorobku poza nowelami, powieściami, dramatami czy scenariuszami filmowymi znalazły się również eseje filozoficzne oraz prace z zakresu teorii teatru, gnieździł się na sześciu metrach kwadratowych przez lat dwadzieścia osiem, gdy po wybuchu pierwszej wojny światowej musiał jako poddany rosyjski wrócić do Kijowa, a następnie losy rzuciły go w marcu 1922 do Moskwy.

Te losy to śmierć obojga rodziców oraz zaproszenie od Aleksandra Tairowa, jednego z wielkich reformatorów teatru rosyjskiego, zafascynowanego jego wykładami z psychologii twórczości artystycznej, który w owym czasie kierował moskiewskim Teatrem Kameralnym. Zaowocowało to wystawieniem tam Człowieka, który był czwartkiem Gilberta Keitha Chestertona, powieści adaptowanej przez Krzyżanowskiego na tę scenę tak świetnie, że odniosła ogromny sukces, co w tamtych realiach musiało doprowadzić do katastrofy, której zwiastunem była zerwana podczas jednego ze spektakli winda wraz z częścią scenicznej dekoracji. I rzeczywiście kolejne przedstawienie (Eugeniusz Oniegin) w opracowaniu opromienionego świeżym rozgłosem autora wspomnianej adaptacji zostało decyzją władz zdjęte tuż przed premierą, a sam Teatr czasowo zawieszony. Działo się to w roku 1936, po którym Krzyżanowski żył już jedynie we własnym cieniu, a kilkanaście lat wcześniej mógł rozkoszować się towarzystwem Achmatowej, Babla, Jesienina, Majakowskiego, Wachtangowa czy Meyerholda, z którym bardzo blisko współpracował jego brat cioteczny, Włodzimierz Tezawrowski…

Ach, to nie baron Münchhausen był „konsultantem pewnego moskiewskiego reżysera” (czytaj: Tairowa, którego ideą był teatr wyzwolony jako synteza wszystkich sztuk), lecz Zygmunt Krzyżanowski – i to on zaproponował mu wystawienie Rewizora Gogola we własnej skali, powiedzmy münchhausenowskiej, której akcja koncentrowałaby się nie na jednostce, lecz na masach. A zatem jej tytuł brzmiałby Trzydzieści tysięcy kurierów, nie jeden kurier, którego w wersji oryginalnej Chlestakow wysłał z listem do córki Horodniczego, by zdobyć jej serce i majątek. Tamten pojedynczy kurier był oczywiście obrzydliwie usłużny, natomiast trzydzieści tysięcy kurierów postanowiło przeciwstawić się krwiopijcy-burżujowi i zastrajkować. 29 999 listów nie dociera do adresatki ku rozpaczy postarzałego i wychudłego ze zgryzoty fatyganta, w rzeczywistości szczwanego lisa kutego na cztery łapy, niestety, ostatni z kurierów, sentymentalny dureń, zanosi po kilku latach list do wcale nie niedostępnej pięknotki, której ogród zdążył zarosnąć ostami i krzakami…

I wreszcie zakochani mogą się spotkać i wyznać sobie miłość, ale już po chwili następują sceny niemal eisensteinowskie, gdy trzydzieści tysięcy gniewnych kurierów na czele ze skruszonym łamistrajkiem, rozrzucając wśród widzów prawie trzydzieści tysięcy rozerwanych kopert z niedostarczonych przesyłek i skandując „Przyjdź do ogrodu!”, idzie do ogrodu, by rozprawić się z Chlestakowem – przerażona wybranka jego serca, chcąc go uratować, jest gotowa oddać się po kolei wszystkim trzydziestu tysięcy kurierom, na szczęście następuje pojednanie, gdy jej śmiertelnie wystraszony kochaś wyznaje bez bicia, że nie jest żadnym dygnitarzem, lecz człowiekiem pracy, takim samym jak oni, i w ślad za tym wyznaniem, przy dźwiękach narodowej pieśni Na każdy owoc przyjdzie czas, idzie w ruch trzydzieści tysięcy łopat, które skopują zaniedbaną ziemię, uwalniając ją od burżuazyjnych chwastów; nad ogrodem jaśniejące purpurą zorze i opadająca z oczu przefarbowanego na czerwono Chlestakowa zasłona wraz z opadającą kurtyną, dobre, co?

Napisałem, że mieszkanko na Arbacie mogły jedynie zamieszkiwać stwory gnomopodobne, ale zapewniam, że Zygmunt Krzyżanowski nie wyglądał jak gnom! Na portrecie olejnym zrobionym przez Żannę Gierasimową lewa dłoń wyłaniająca się z bieli mankietu i podpierająca podbródek zakończona jest kaskadowo opadającymi palcami bardziej pianisty niż pisarza – to po swej matce Fabianie odziedziczył wyjątkową muzykalność, to jej zawdzięczał znajomość techniki fortepianowej w „niekończącym się spotkaniu z Chopinem” i mimo iż nie spełnił jej marzeń o studiach w paryskim konserwatorium, owe godziny spędzone z nią przy fortepianie rozbrzmiały później w jego prozie mistrzowsko poprowadzonymi liniami melodycznymi. Twarz na tym portrecie-zdjęciu, którą z braku skanera mogę na razie tylko opisać, podkreślona u dołu bielą idealnie skrojonego kołnierzyka koszuli i pochylona nieco ku przodowi jak ku niewidzialnej widowni, jest twarzą artysty po koncercie zakończonym niemilknącymi brawami. Oczy za okularami bez oprawek, osadzonymi na idealnie skrojonym nosie, wpatrzone w przestrzeń prawie wiekuistą, proste czarne włosy z przedziałkiem z lewej strony wysrebrzone dyskretną siwizną, a może blaskiem scenicznych reflektorów?

Zazwyczaj to żony przygotowują artystów do koncertu, dbają o ich strój i wygląd, ale wiadomo, że ów wybitny, a mimo to najniżej jak to tylko możliwe opłacany językowy pianista koncertowy, po oczywistym stwierdzeniu, jakby wyjętym w pewnym okresie z ust Augusta Strindberga, że „nie stać go na utrzymanie siebie, a co dopiero żony”, wiódł w swej arbackiej dziupli żywot samotnika. Owszem, ze swą „babą na dochodne”, Anną Bowszek, spotykał się w celach wiadomych przynajmniej wówczas, gdy był w pełni sił męskich, co zapewne zdarzało się sporadycznie, jako że kartki żywnościowe pozyskiwane z moskiewskiego związku pisarzy, do którego przyjęto go dzięki cudowi ludzkiej solidarności w najgorszym dla „elementów podejrzanych”, w tym obywateli pochodzenia polskiego, roku 1939, zwiększały jedynie i aż szansę przeżycia, czyli możliwość uniknięcia śmierci głodowej, bo w jego otoczeniu ludzie z głodu jednak umierali…

W takich warunkach zdrowie nie mogło mu oczywiście dopisywać do końca żywota, niezbyt długiego nawet z mojej perspektywy. „Przez całe życie prześladowały wuja Zygmunta dwie myśli: żeby nie być ciężarem dla innych i pisać tylko to, co się chce pisać”. Wydawałoby się, że zostanie spełnione przynajmniej to drugie jego życzenie, wyrażone jednak z dramatycznej konieczności, bo jakiż pisarz przy zdrowych zmysłach nie marzy, jeśli nie o sławie i powszechnym uznaniu, to choćby o ujrzeniu swoich tekstów w druku? Niestety, w ostatnim okresie życia, z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, musiał oddać się pod opiekę Anny, z którą długoletni związek wtedy właśnie formalnie usankcjonował. W jej mieszkanku, nazbyt dla niego przestronnym, czystym i ładnym, jego myśli „nie układały się w obrazy ani w uporządkowane ciągi”, jako że poprzednie, niezwykle twórcze, wznosiły się przecież od nieładu i tutaj były absolutnie nie na miejscu, co wprawiało go w stan ustawicznego rozdrażnienia, wzmaganego depresyjnymi myślami, o czym świadczą ostatnie notatki: 1. O życiu myśleć za późno, pora wymyślić swój koniec. 2. Życie dośpiewane i dopite. 3. Najbliższa stacja przeznaczenia: śmierć. 4. Życie należy zdać tak, jak wartownik zdaje wartę.

Zdał je w Wigilię 1950 roku, jakby wiedział, że dla mnie, piszącego teraz o nim, nawet myśl o zbliżającej się Wigilii jest przeżyciem traumatycznym, tym bardziej po tragicznej śmierci Wojciecha Siemiona, który potrafił jak nikt przed nim koić moje smutki… Wracam jednak do Zygmunta Krzyżanowskiego. To, co teraz powiem, zabrzmi okrutnie, lecz chwała Bogu, że tworzył w osamotnieniu i za życia nie miał szans na wydanie swoich utworów, bo dzięki temu dożył aż tylu lat, niezakatowany na Łubiance choćby za jedną z setek drwin z rzeczywistości sowieckiej, których się dopuścił nie tylko w Powrocie Münchhausena. Jego utwory były przecież znane w kręgu moskiewskich twórców, którzy zapoznawali się z nimi dzięki popularnym w owych czasach spotkaniom w prywatnych domach, zwanych „cztieniami”, a mimo to nikt nie złożył donosu do władz związkowych będących na usługach złowieszczych służb, że jego podlane zjadliwie satyrycznym sosem fantasmagorie najdelikatniej mówiąc miały się nijak do socrealistycznego nurtu w sztuce!

Za znacznie mniejsze przewiny zamordowano bezlitośnie tylu chudożnikow riewolucyonnoj Rossiji, mimo iż większość z nich bała się chyba własnego cienia, a temu krnąbrnemu Polaczkowi, za którego duszę modlił się chyba sam baron Münchhausen do świętego Nikogo, uszło na sucho nawet to, że mając po raz pierwszy i ostatni możliwość stałego zatrudnienia ośmielił się zrezygnować z jakże dla niego zaszczytnej funkcji redaktora Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej – rezygnacji wyrażonej w dodatku na piśmie, z uzasadnieniem najwidoczniej tak absurdalnym dla kierownictwa zespołu: Uważając próbę przekształcenia mnie z człowieka w urzędnika za wielce nieudaną, proszę o zwolnienie z funkcji redaktora..., że zadośćuczyniło jego prośbie, zamiast dążyć do ukarania tej wręcz niesłychanej w tamtej rzeczywistości niesubordynacji, za którą należała się bardziej humanitarna od wywózki do gułagu kula w łeb, tym bardziej że po jego podróżach w latach 1912–1914 po Włoszech i Niemczech bez trudu można mu było wmówić za pomocą niezbyt nawet wyrafinowanych tortur współpracę z wywiadami obu państw złowrogiej Osi…

W przedmowie zatytułowanej Krzyżanowski z krzyża zdjęty mój przyjaciel Paweł Zawadzki, któremu niedawno poświęciłem trzyczęściowy post Mapa bohatera, zastanawia się nad tym, czy gdyby premiera tej książki „miała miejsce w Galicji, ceniącej fety – może odezwałby się i Dzwon Zygmunta”? Śmiem twierdzić, że na pewno nie w tej Galicji, w której przyszło mi zamieszkać na stare lata, chyba że baron Münchhausen zostałby wystrzelony z armaty wprost w ten dzwon, a prof. Zygmunt Januszewski, ten sam, którego exlibris zdobi papier listowy Pawła, sporządziłby jeszcze jedną ilustrację, równie świetną, jak te Gustave’a Dorégo w Przygodach Münchhausena opisanych w roku 1786 przez Gottfrieda Augusta Bürgera, którymi się zaczytywałem w dziesiątej klasie licealnej, bo wtedy dotarły one do szkolnej biblioteki…

„W kilkadziesiąt lat po śmierci Zygmunt Krzyżanowski doczekał się uznania. Dziś w Rosji jego twórczość ocenia się jako najważniejsze odkrycie literackie ostatniego półwiecza. Podobnie w Łotwie i na Ukrainie, w Niemczech i we Francji. Myślę, że polski czytelnik ma również pełne prawo do poznania dorobku tego niepowtarzalnego, oryginalnego pisarza i eseisty”. Tak pisała z rozgoryczeniem tłumaczka Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, która przez całe siedem lat zabiegała na próżno o wydanie bodaj niewielkiego wyboru jego opowiadań w Polsce. Ani „Czytelnik”, ani „Bellona”, ani Ministerstwo Kultury, ani Fundacja „Semper Polonia” nie były jednak zainteresowane, co jest oczywistym skandalem, w utorowaniu bodaj początku drogi tego świetnego pisarza do Polski. Uczyniła to dopiero w roku 2004, w piętnaście lat po ukazaniu się w Moskwie pierwszego książkowego wydania wyboru jego utworów, maluteńka oficyna wydawnicza STON 2 (dla każdego, kto zna język rosyjski, lamentacyjne słowo ston pasuje tu jak ulał) w Kielcach, którego szefa-poetę oczywiście znam, wydając wraz z Instytutem Adama Mickiewicza Trzynastą kategorię rozsądku, a zaraz potem Niemożliwe do przewidzenia.

Jako poecie jest mi podwójnie miło, bo za wydaniem moskiewskim (AD 1989) stał również poeta, Wadim Perelmuter, rosyjski wydawca dzieł zebranych pisarza nazywającego się tam Сигизмунд Доминикович Кржижановский… Z tego, co mi wiadomo, wyszło do tej pory pięć tomów, a dalsze są w opracowaniu. No cóż, jak słusznie zauważyła Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, Josepha Conrada też trzeba było przekładać na język polski, mimo iż Józef Teodor Konrad Korzeniowski, syn pisarza Apollona Korzeniowskiego, świetnie znał swój język ojczysty, wiedział jednak, że światową sławę łatwiej będzie zdobyć, pisząc wyłącznie w języku angielskim, i tak się stało, był to jednak świadomy wybór języka, nie przymus, jak w przypadku Zygmunta Krzyżanowskiego, który mimo to ojczyźnie-polszczyźnie nie sprzeniewierzył się nigdy, przez cały okres moskiewski tłumacząc na język rosyjski polskich klasyków, a tuż przed śmiercią m.in. poezję Juliana Tuwima…

Stawia się go w jednym z rzędzie z Kafką, Witkacym, Bułhakowem czy Gombrowiczem. Takie współrzędności stylów pisarskich nasuwają się same. Chciałbym się jednak teraz skupić na „pojedynku dwu fantastów” (tak określa to Paweł Zawadzki) w książce Powrót Münchhausena. Pojedynku świetnym – do ostatniej kropli atramentu, jako że krwią podpisuje się zazwyczaj jedynie cyrografy. Znalazłem się jednak w nieoczekiwanym kłopocie – czytając książkę robiłem dziesiątki notatek, nie zdając sobie sprawy, że w ogromnej mierze będą się one pokrywały z tym, co w świetnym posłowiu wypunktowała pani Wiesława Olbrych! Dla każdego uważnego czytelnika, dysponującego podstawową wiedzą historyczno-literacką, jest bowiem oczywiste, iż ten baron Münchhausen, poza znanymi z tradycji literackiej kilkoma rekwizytami teatralnymi, tak, teatralnymi, nie ma nic wspólnego z tamtym: osiemnastowiecznym żołnierzem-samochwałą i osławionym łgarzem, będąc tutaj alter-ego Zygmunta Krzyżanowskiego i przejmując wszelkie skomplikowania jego życiowych oraz pisarskich losów…

To nawet nie Sir Falstaff, fikcyjna postać pojawiająca się aż w trzech sztukach Williama Szekspira, dla mnie najświetniej przez niego skrojona w scenie z Henryka IV, gdy on i książę Henryk, przyszły król Henryk V, parodiują scenę rozmowy księcia z jego ojcem – książę najpierw grał siebie, zaś Falstaff króla, a następnie Falstaff księcia, zaś książę króla; na marginesie tej dygresji warto dodać, że Krzyżanowski odbył w roku 1942 swoją ostatnią długą podróż, tym razem po Syberii z wykładami o Szekspirze. Powieściowy baron Münchhausen parodiuje rzeczywistość nie tylko sowiecką, ale wydaje się, że tylko w tamtych realiach nie jest to parodia doprowadzona do absurdu, gdyż rzeczywistość kilku ostatnich dziesiątków lat życia Krzyżanowskiego to absurd w najczystszej postaci – nie czysty absurd, występujący choćby w dramatach Witkacego, gdzie była to jedynie czarna komedia oparta na estetycznej formie czystej formy, a nie tej stukającej podkutymi buciorami na bruku Długiego arbackiego Zaułka…

Myślałem, że ta książka w swym pierwotnym zamyśle przeznaczona była do użytku teatralnego, gdyż wiele jej fragmentów tak właśnie jest rozpisanych, okazuje się jednak, że Krzyżanowski na przełomie lat 1924/1925, po odrzuceniu przez „Mieżrabfilmrus” scenariusza z przygodami barona, próbował założyć prywatne studio filmowe i dopiero po fiasku tego przedsięwzięcia zdecydował się napisać powieść, którą wydawnictwo „Ziemia i Fabryka” kierowane oczywiście przez poetę-fantastę Władimira Narbuta chciało o dziwo wydać, mimo iż recenzenci zarzucali pisarzowi „oszczercze prezentowanie radzieckiej rzeczywistości”, co nie doprowadziło do zguby i autora, i redaktora naczelnego jedynie dlatego, że niedoszły wydawca-poeta, niewątpliwie szalony i mający ogromne szczęście w nieszczęściu, został w wyniku donosu tylko wyrzucony z partii i zwolniony z piastowanego stanowiska…

Tamtego krotochwilnego barona Münchhausena obsadzano w wielu rolach filmowych, także w Związku Radzieckim, ale tego od „teorii nieprawdopodobieństwa”, „kwestii bytu-niebytu”, „choroby prawdy”, morbus veritatis, czy „warunkowych trupów” (rozstrzeliwanych dla postrachu na niby) mógłby obsadzić w filmie jedynie Zygmunt Krzyżanowski, bez trudu wcielając się w jego postać, ponieważ sam był tą postacią, choć jako światowca w każdym calu, starającego się do ostatniego tchu zachować choćby pozory elegancji, niełatwo jest go sobie wyobrazić w podniszczonej czapce z daszkiem na skołtunionej głowie, w skórzanej kurtce oraz butach z cholewami w harmonijkę – w takim przebraniu-kamuflażu udawał się bowiem pan baron w charakterze korespondenta kilku poczytnych gazet do Kraju Rad nie po rady, lecz by samemu rad udzielać…

Gdy mieszkańcy pewnej wsi podzielili się na dwa wrogie obozy, gdyż zmniejszone przez wojnę domową pogłowie koni nie pozwalało na zaprzęganie ich i do furmanek, i do pługów, pan baron kazał przynieść piłę i poprzecinać je na pół, dzięki czemu ich ilość się podwoiła – przednie nogi zaprzęgano do furmanek, a tylne do pługów. Genialnie proste, prawda? Nic zatem dziwnego, że wieśniacy nie wiedzieli, jak mu dziękować, a ponieważ już wcześniej wyszli mu „na spotkanie w procesji z chlebem i solą, bijąc pokłony do ziemi przy dźwięku dzwonów”, wyczerpując zapewne zapasy i chleba, i soli, podarowali mu dwunożnego konia, na którym pan baron mógł kontynuować podróż, nie docierając do najbliższej stacji kolejowej jedynie z tego względu, że połówka wychudzonej szkapy ledwo przebierającej dwoma kopytami nie mogła ujść przed pogonią nafutrowanych kradzionym owsem czworonożnych koni jednej z band, która żyła z plądrowania kogo popadnie, choć w całkowicie spustoszonym kraju stawało się to coraz bardziej utrudnione…

Dlatego bandyci na widok barona poszli po rozum do głowy, czyli postanowili skorzystać z jego rozumu i zamiast kazać mu wyskakiwać z czapki z daszkiem, skórzanej kurtki oraz butów z cholewami w harmonijkę, obwołali go, mając zapewne zapas takich czapek, kurtek i butów na sto lat, swoim hersztem, czyli atamanem, a gdy widocznie niegodzien takiego zaszczytu codziennie im się naprzykrzał, prosząc, by go odwołali i przeszli na republikański styl rządów, zgodzili się go uwolnić pod warunkiem, że się wykupi choćby dobrą radą. I pan baron natychmiast ułożył „plan racjonalizacji przemysłu rozbójniczego”: bandyci zamiast kryć się po lasach w obawie przed krasnoarmiejcami, mogli przecież jako potomkowie rosyjskich chłopów z płucami godnymi zazdrości, rozwiniętymi niepomiernie dzięki dmuchaniem od setek lat w samowary, ustawić się w jednym szeregu na skraju lasu i trzema dziesiątkami gąb dmuchać na księżyc, który w końcu musiał zgasnąć, a w całkowitych ciemnościach świecą jedynie oczy diabłów i zbójów…

Nie ma przypadku w tym, że jedna z najśmielszych fantazji barona Münchhausena podczas fantasmogoryjnego pobytu w Rosji dotyczyła idei stworzenia münch-dań w postaci przywiązanych do końców długich sznurów maluteńkich kawałeczków słoniny, które dawano do iluzorycznego połknięcia nieskończonej ilości gęb rozwartych w stronę rozdającego; jeszcze bardziej genialnym pomysłem było przydzielenie każdemu punktowi żywieniowemu zaklinacza szczurów, które przy akompaniamencie fujarki same pchały się do kuchennych kadzi i kotłów, względnie lekarza hipnotyzera: „Oto nie popielniczka z niedopałkami, ale talerz zupy z kluskami. Jedz. O, tak. Teraz jesteś syty. Otrzyj się serwetką. Następny”. Można też było nasycić głód cielesny, budząc w sobie głód duchowy w czasie długich biesiad słownych choćby z Heglem…

No cóż, po odebraniu mi przez panią Wiesławę Olbrych pola do analiz kwestii bardziej złożonych, muszę w obawie, że oskarży mnie o plagiat, wyrzucić wszystkie swoje notatki do kosza. Mieńsze da łuczsze – lepiej mało, a dobrze, co nie oznacza, że autorka posłowia napisała dużo, a źle, wprost przeciwnie: jestem pełen podziwu dla bystrości jej umysłu i zapoznając się z jej błyskotliwymi interpretacjami sensów (odkrytych poprzez ukrywanie, czy ukrytych poprzez odkrywanie?) tego parabolicznego dzieła, ani razu nie miałem ochoty zarżeć ze śmiechu po münchhausenowsku. Pan baron mówił bowiem, że w Związku Socjalistycznych Republik Rad: kobieta, będącą w carskiej Rosji istotą dysharmonijną, charakteryzującą się długim włosem i krótkim rozumem, „osiągnęła w końcu to, że i jej włos stał się krótki”…

Bernhardine von Brünn, z którą stary i chyba zupełnie już zidiociały baron Karl von Münchhausen zawarł w roku 1794 małżeństwo, charakteryzowała się zapewne włosem długim, jeśli nie była łysa i nie nosiła piętrowej peruki, w której poza wszami mogły się gnieździć nawet myszy, ale czy wyłącznie jej głupota doprowadziła do rujnującego obie strony procesu rozwodowego? A może cierpiała na „zespół Münchhausena”, wiążący się przecież ze znacznymi nieprawidłowościami w zakresie związków z innymi ludźmi? Ta wyniszczająca ciało i duszę choroba ma niekiedy przebieg wręcz diaboliczny (Syndroma neurologicum diabolicum), ale dlaczego jej nazwa pochodzi od nazwiska barona? Nie był przecież ani psychopatą, ani masochistą, a szpadą swej fantazji przebijał jedynie nadętych do rozpuku konkretystów, śmiertelnie poważnych klaunów, którzy nikogo rozbawiać nie mieli zamiaru, rywalizując wyłącznie ze sobą o tytuł najgorszego nudziarza na świecie. Wydaje mi się, że ten fenomen potrafiłby objaśnić jedynie Zygmunt Krzyżanowski, gdyby żył…

Blog „pisarskie refleksje”, 9 grudnia 2009.

Powrót do spisu treści

Wiesława Olbrych

KLUB MORDERCÓW LITER ZYGMUNTA KRZYŻANOWSKIEGO
W WARSZAWSKIM SALONIE PORTHOSA

Jest ważny powód, abyśmy ponownie pochylili się po nad życiem i twórczością Zygmunta Krzyżanowskiego, genialnego, choć przez niemal cały XX wiek zapoznanego rosyjskiego pisarza polskiego pochodzenia. Ukazał się bowiem w Polsce drukiem piąty tom jego prozy zatytułowany Klub morderców liter, będący znów dziełem niezwykłym – niepodobnym do poprzednio już wydanych zbiorów, aliści tworzący z nimi nierozerwalną całość. Książkę wydała oficyna Adam Marszałek, która, wespół z innymi organizatorami przedsięwzięcia – Stowarzyszeniem Kultury Europejskiej (SEC), Międzynarodowym Stowarzyszeniem Krytyków Teatralnych (AICT) oraz Europejskim Stowarzyszeniem Sztuki i Mody (ESSiM), zaprosiła wszystkich zainteresowanych na promocję tego dzieła. Fragmenty nowej książki czytał Adam Woronowicz.

Przypomnijmy: Zygmunt Krzyżanowski (1887–1950), to Europejczyk w pełnym znaczeniu tego słowa, prozaik i eseista, znawca Szekspira i Kanta, dramaturg, scenarzysta, myśliciel. Za życia nie doczekał wydania książkowego swych utworów. Odkrytą pod koniec XX w. twórczość wielu uznało za jedno z najciekawszych pośmiertnych odkryć literackich ub. wieku, a liczne wydania w językach rosyjskim, francuskim, niemieckim, hiszpańskim i angielskim tezę tę potwierdzają. W Polsce ukazały się dotychczas trzy zbiory opowiadań tego autora oraz powieść Powrót Münchhausena.

Najnowsza w Polsce, piąta książka Zygmunta Krzyżanowskiego była prezentowana w Salonie Porthosa, pełnym uroku miejscu spotkań artystycznych w Warszawie, które umie stwarzać odpowiednią atmosferę dla tego rodzaju spotkań, gdzie gości witał portret pisarza.

Wśród gospodarzy spotkania warto było zwrócić uwagę na Stowarzyszenie Kultury Europejskiej, którego siedziba mieści się w Wenecji, jego Oddział w Warszawie reprezentowali na spotkaniu przez prezes Eugeniusz Kabatc z żoną Krystyną Kabatc i wiceprezes Wacław Sadkowski. Wydawnictwo Adam Marszałek reprezentował osobiście prezes Zarządu, co godne jest podkreślenia, bowiem to wydawnictwo wydaje rocznie znacznie więcej tytułów niż jest dni w roku, a więc prezes może pojawić się tylko na wybranych prezentacjach publikacji swojej oficyny. Tym bardziej, że główna siedziba wydawnictwa mieści się, jak wiadomo, w Toruniu.

Klub Morderców Liter oraz zamieszczone w tomie eseje – Poetyka tytułów i Krainy których nie ma – stanowią ważne dopełnienie prezentacji polskiemu czytelnikowi twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego. Tytułowa powieść już tytułem i wyostrzonym nożem na okładce zapowiada kryminalne sensacje, choć rzecz cała toczyć się będzie wśród liter i literatury. Ale czytelnik nie poczuje się zawiedziony, to jest ostry kryminał i trup ściele się w nim gęsto, w tym wymiarze, w którym toczy się akcja utworu, choć jednocześnie aż nadto konkretnie. Bo przecież, poza książkami, które zniknęły z półek raz, a dobrze, znikają również ludzie, dla których kiedyś stanowiły całe ich życie. Co do uchodzących w niebyt książek – tu Krzyżanowski mógł oprzeć się na własnym doświadczeniu: musiał sprzedać swoją bibliotekę, aby móc pojechać na pogrzeb matki. To był w tamtym okresie już jedyny jego majątek. Może puste półki, chroniące jeszcze pamięć o ciężarze książek, które na nich stały, dotknęły w wyobraźni pisarza jakąś strunę, której drgania pociągnęły za sobą ciąg obrazów…

O najważniejszej postaci spotkania – Zygmuncie Krzyżanowskim – mówił obszernie dr Grzegorz Wiśniewski, który – poprzez Instytut Adama Mickiewicza, zresztą jako natenczas jego wicedyrektor – współwydał z Oficyną Wydawniczą „STON 2” pierwsze dwa zbiorki prozy tego pisarza w przekładzie na język polski.

„A co do naszego Zygmunta Krzyżanowskiego, – powiedział Grzegorz Wiśniewski – to chciałbym na początek przeprowadzić pewną paralelę: w ciągu ostatnich paru tygodni pojawiła się w Polsce fala zainteresowania Mieczysławem Weinbergiem, związana ze światową prapremierą jego opery Pasażerka według powieści Zofii Posmysz. Wcześniej były tylko wykonania koncertowe tego utworu. Planowana jest szersza prezentacja tego kompozytora na terenie Polski. Weinberg, tak jak Krzyżanowski, to osoba więcej niż jednej kultury. Rosyjski kompozytor polsko-żydowskiego pochodzenia Mieczysław Weinberg, uciekłszy na Wschód przed hitlerowską nawałą u progu II wojny światowej, sławę zyskał w ówczesnym Związku Radzieckim już na przełomie lat 50. i 60. Ale do Polski ta sława, drogą nadto okrężną, bo przez Zachód, dotarła dopiero teraz, w półwiecze od stworzenia dzieł, które mu ją przyniosły, kiedy jego dorobek stał się ważnym elementem życia muzycznego kraju, w którym je tworzył. Zygmunt Krzyżanowski szczęścia miał o wiele więcej w tej akurat swojej rosyjsko-polskiej drodze. Bo jeśli jego pierwsze utwory książkowe w edycji rosyjskiej ukazały się dopiero pod koniec lat 80., a właściwie na początku lat 90. ubiegłego stulecia, to już w następnej dekadzie mieliśmy do czynienia z pierwszymi edycjami jego książek w Polsce i ten pisarz stał się wyraziście obecny w życiu kulturalnym naszego kraju. Miał szczęście, bo jego proza trafiła w ręce Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej. Okazała się dla Krzyżanowskiego polską matką chrzestną nie tylko jako znakomita wytwórczyni znakomitych przekładów jego prozy, ale także jako osoba, która potrafiła skupić wokół siebie całe grono osób zainteresowanych życiem i twórczością Zygmunta Krzyżanowskiego. Przede wszystkim jednak, bo to ważne ze społecznego punktu widzenia, skupiła wokół siebie i tego, co robi dla promocji Zygmunta Krzyżanowskiego w Polsce, grono wydawców. Dziś dostaliśmy piąty tom prozy Zygmunta Krzyżanowskiego. Poprzedziły go dwa tomy opowiadań, jeden zbiorek miniatur prozatorskich i powieść Powrót Münchhausena. Zaczęła tę serię oficyna „STON 2”, mała, ale zasłużona dla polskiej kultury. Wydała pierwsze dwa zbiorki prozy Krzyżanowskiego, jeszcze niewielkie, ale już ważne, wsparta przez Instytut Adama Mickiewicza, wkrótce trzeci tom prozy Krzyżanowskiego w przekładzie na język polski wydała oficyna BOSZ, kolejny edytor, po kilku latach dołączył do grona wydawców Zygmunta Krzyżanowskiego – kultowy już Państwowy Instytut Wydawniczy, i wreszcie Wydawnictwo Adam Marszałek, dzisiaj na rynku wydawniczym – potęga potęg, kilkaset tytułów rocznie. Potęga potęg też z uwagi na fakt, że ekspansja chińska Wydawnictwa Adam Marszałek, do Państwa Środka, stwarza realną nadzieję na to, że nasz Krzyżanowski pojawi się w Chinach. Tym bardziej, że tajemnicą poliszynela jest, iż potężne Wydawnictwo Adam Marszałek przemyśliwa o tym, by każdą wydawaną w przyszłości książkę polskiego autora publikować także w języku chińskim. Czy nie tak? (Sala zaciekawiona i rozbawiona, wydawca tłumaczy, iż chyba jednak nie każdą książkę można będzie przekładać na chiński, może nie tyle z braku chęci, co przede wszystkim – tłumaczy). Tak czy inaczej, mamy oto już w przekładzie na język polski pięć tomów prozy Zygmunta Krzyżanowskiego. Bohaterką dzisiejszego spotkania jest piąta już publikacja Zygmunta Krzyżanowskiego w Polsce, wydana przez Adama Marszałka w przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej – Klub morderców liter. Ta książka składa się z trzech części: tytułowej mikropowieści i dwóch niezmiernie smakowitych, powiedziałbym, rozkosznie smakowitych esejów historycznoliterackich: Poetyka tytułów i Krainy, których nie ma”.

Tytułowa powieść prezentowanej książki – Klub morderców liter – powstała w roku 1926, wydana jednak po raz pierwszy została dopiero w 1990 roku. Wtedy też, tj. w latach 1925–26 Krzyżanowski napisał esej Poetyka tytułów, który przeleżał w szufladzie pisarza nieco krócej, tylko do 1931 roku, ale bo też skrzyknęli się wszyscy przyjaciele pisarza, któremu zagrażało wielkie niebezpieczeństwo – trwała wówczas wielka akcja wysiedlania z Moskwy „pasożytów ”, a Krzyżanowski jak najbardziej podpadał pod tę kategorię, bowiem nie pracował nigdzie na etacie. Wydany błyskawicznie oddzielną książeczką esej pisarza umożliwiły przyjęcie go do związku zawodowego Moskiewski Komitet Pisarzy (sekcja dramaturgów), co go uchroniło przed ową „czystką”. Esej jest ciekawy sam przez się, ale rola, jaką odegrał w życiu Krzyżanowskiego nadała mu szczególne znaczenie. Był jedynym jego nieco większym utworem, który mógł się przecisnąć przez sito cenzury. I przecisnął się. Ostatni z prezentowanych tekstów – esej Krainy, których nie ma, napisany w 1937, wyszedł drukiem w roku 1994. W roku napisania był dla Krzyżanowskiego bardzo ważny, pisarz wyrażał w nim swoje credo, pragnąc zachować tożsamość w okresie powszechnej urawniłowki życia społecznego, obejmującej także literatów, wszystkich bez wyjątku.

„Lata 20. i lata 30. – mówił dalej Grzegorz Wiśniewski – to szczyt działalności pisarskiej Zygmunta Krzyżanowskiego, który od 1922 roku przebywa w Moskwie. Urodził się w Kijowie, tam się kształcił, dokonywał życiowych wyborów, na kijowski okres życia przypadają także jego pierwsze próby literackie. Przed rewolucją zdążył jeszcze trochę, nawet niemało, odbyć podróży po Europie Zachodniej, potem – po wybuchu I wojny światowej i w związku z nim wrócił do Kijowa, potem osiada w Moskwie, która zresztą cieszy się wtedy i będzie się jeszcze cieszyć przez kilka lat dużą swobodą, jeśli chodzi o artykułowanie nowych tendencji artystycznych, literackich, swobodą wypowiedzi. Dla wielu artystów, np. dla sławnego wtedy i do dzisiaj Wsiewołoda Meyerholda, budowa nowego ustroju społecznego nierozłącznie wiąże się z budową nowych form wyrazu artystycznego, nowych środków wypowiedzi artystycznej, często o bardzo awangardowym, nowatorskim charakterze. Moskwa jest w tych latach, przypomnijmy, wciąż jeszcze światowym centrum awangardy artystycznej. Miasto, gdzie parę lat temu namalowano czarny kwadrat, które to dzieło otworzyło nowy rozdział w dziejach sztuki, nadal pozostawało ogólnie uznawanym centrum tej światowej artystycznej awangardy. Popatrzmy, co się dzieje w moskiewskim życiu literackim w tym 1926 roku, kiedy Krzyżanowski pisze, kończy pisać swój Klub morderców liter. Otóż Bułhakow kończy wtedy swoje Psie serce, skończył już pisać na podstawie Białej gwardii sztukę Dni Turbinów i przekazuje ją do realizacji MChAT-owi (Moskiewski Teatr Artystyczny), który będzie ją grał z dużym powodzeniem i dużym rezonansem przez trzy lata. Andriej Płatonow, drugie pewnie największe chyba nazwisko prozy rosyjskiej tego okresu siada do pracy nad Czewengurem, jednym ze swoich opus magnum. Podobnej klasy, a może nawet jeszcze o większym rezonansie zjawiska mają wtedy miejsce w dziedzinie teatru. Tenże Meyerhold w 1926 roku przecież pokazuje światu w przyszłości chyba swoje najsłynniejsze przedstawienie, bo jemu właśnie historia rosyjskiego i światowego teatru w przebogatym dorobku Meyerholda przyzna miejsce pierwsze – słynnego Rewizora Gogola, tak słynnego, że do dzisiaj się do niego otwarcie nawiązuje, o czym mogła przekonać się Warszawa w 2004 r., goszcząc przybyły z Petersburga, a otwarcie wchodzący w dyskurs z tym sprzed bez mała osiemdziesięciu lat, spektakl Rewizora przygotowany w Teatrze Aleksandryjskim przez Walerija Fokina. A w Teatrze Kameralnym inna legenda rosyjskiego teatru, Aleksander Tairow, ten, dla którego trzy lata wcześniej Krzyżanowski adaptował Człowieka, który był czwartkiem Chestertona i który później nie przeżyje odsunięcia od kierowania swą placówką i zamknięcia jej przez władze, w 1926 r. daje premierę Pożądania w cieniu wiązów O’Neilla, bardzo ważną w dziejach światowej recepcji wielkiego dramaturga. A co się dzieje w królestwie tak młodej jeszcze Muzy Dziesiątej? I tu arcydzieło goni arcydzieło – w 1925 r. Siergiej Eisenstein przedstawia Strajk i Pancernika Potiomkina, w 1926 r. Wsiewołod Pudowkin kręci Matkę. W tymże 1926 r. wreszcie młodziutki (nie ma jeszcze dwudziestu lat) Dymitr Szostakowicz występuje ze swą sensacyjną I Symfonią… Chyba wystarczy? Takie było tło, taki był kontekst nowych dzieł prozatorskich Krzyżanowskiego, o których dziś tu mówimy”.

W dyskusji, jaka rozwinęła się wokół Klubu morderców liter tłumaczka tego dzieła Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska powiedziała, że można traktować tę powieść jako literacki żart. Napisała zresztą o tym we Wstępie do książki. Nieco innego zdania była uczestnicząca w spotkaniu Justyna Hofman-Wiśniewska, co znalazło wyraz później w jej recenzji z tej książki zamieszczonej w numerze grudniowo-styczniowym, 2010/2011 czasopisma literackiego „Miesięcznik”: „Potraktować ten utwór jedynie jako żart literacki, to zbyt płytko, zbyt mało. Jest to bowiem także żart filozoficzny. I – czytając głębiej – jest to egzystencjalna rozprawka filozoficzna.” Hofman-Wiśniewska proponuje zacząć czytanie powieści Klub morderców liter od zapoznania się z zamieszczonym w tejże książce, zaraz po Klubie morderców liter, eseju Poetyka tytułów. Sama, po przeczytaniu powieści, a następnie rozważań teoretycznych, przeczytała te teksty ponownie, ale w odwrotnej kolejności, co okazało się jeszcze bardziej interesujące, wzbogacające lekturę o nowe, uprzednio niepodejrzewane sensy. Proponuję pójść za jej podpowiedzią, tym bardziej, że Zygmunt Krzyżanowski przy każdym kolejnym czytaniu staje się jeszcze ciekawszy, odkrywa nam nowe horyzonty. Esej jest atrakcyjny także dlatego, że, oparty na wywodach teoretycznoliterackich, nie przestaje być literaturą piękną. To fascynująca lektura dla wszystkich, a nie tylko dla specjalistów i znawców. Przypadek nader rzadki, tym bardziej godny uwagi. Może nieprzypadkowo los zrządził, aby ten właśnie tekst odegrał w życiu Krzyżanowskiego na początku lat 30. XX wieku niezmiernie ważną, można by rzec, zbawczą rolę.

Esej Krainy, których nie ma był napisany w tragicznym dla rosyjskiej inteligencji 1937 roku, okresie powszechnych prześladowań wszelkich przejawów dążenia do wolności, także twórczej. Literatura radziecka stała się „państwowa”, twórcy nie mieli już myśleć, a nawet nie wolno im było tego robić, bo myśleli za nich wyznaczeni przez partię „myśliciele”. Krzyżanowski napisał esej o tradycjach literatury światowej, którym pozostał wierny w swojej twórczości. I znów, będąc tekstem o literaturze, ten esej nie przestaje być utworem należącym do literatury pięknej.

Klub morderców liter jest znakomicie osadzony w twórczości Zygmunta Krzyżanowskiego, zarówno tej powstałej przed, jak i po jego napisaniu. Weźmy choćby jego życiowe szekspiriana. Wiadomo, jak głęboko i emocjonalnie pisarz odnosił się do Williama Szekspira, był on nie tylko jego nauczycielem i mistrzem, ale i pomógł mu wydobyć się z psychicznej zapaści spowodowanej młodzieńczą fascynacją Kantem. To najważniejszy człowiek w jego życiu. W Klubie morderców liter Szekspir – to postać, będąca jednym z głównych punktów odniesień. W uczonym gronie „morderców liter” pada zdanie, krótko, a jasno określające miejsce Strattfordczyka w świecie uznawanym przez Krzyżanowskiego za swój:, „…już Goethe wyjaśniał swemu Eckermanowi, że Szekspir to nadmiernie rozrośnięte drzewo, zagłuszające – przez dwieście lat z rzędu – cały rozwój literatury angielskiej”. A nieco dalej groteskowo przeobrażone szekspirowskie postacie Guilden i Stern dyskutują: „Powiadają, że żadnego Szekspira nie było, choć pomyśleć tylko, ileż po nim sztuk, a tu Szekspir istnieje, tak być powinno i samych tych sztuk…” No i oczywiście pojawia się najważniejsza postać szekspirowska – Hamlet, ale jednego byłoby dla Krzyżanowskiego za mało, w powieści pojawiają się dwa rzędy Hamletów, w fotelach, owinięci w czarne płaszczę, każdy trzyma w ręku książkę, podstawowy rekwizyt tej postaci. „Wszyscy pochyleni nad otwartymi stronicami, ich blade twarze są skupione, nie odrywają wzroku od linijek. To tu, to tam szeleści przewracana kartka i daje się słyszeć ciche, lecz niemilknące: – Słowa, słowa, słowa.”

„Świętokrzyski Kwartalnik Literacki” nr 3–4 z 2010 r.

Powrót do spisu treści

jbroszkowski

KLUB MORDERCÓW LITER

Czyżby Zygmunt Krzyżanowski przewidział to, co dopadnie go przy końcu życia: częściowy paraliż mózgu, uniemożliwiający rozróżniane liter? Jeszcze na dobre nie zacząłem czytać kolejnej jego książki, jak zwykle przeglądając najpierw pobieżnie strony, by poczuć jej smak, gdy już pisałem o niej w mailu do Joanny, mej przyjaciółki z Kanady pachnącej żywicą: „Mówisz, że wszystko jest kwestią czasu? Jakiego? Czas. Czas. Gdy zdradza nas dzień dzisiejszy, pozostaje nam wieczność. Widać, że ostatnio siedzę nad książkami Zygmunta Krzyżanowskiego: wcześniej nad Powrotem Münchhausena, a teraz medytuję nad Klubem morderców liter… Co się dzieje, kiedy pisarz nie ma książek ani żadnych przyborów do pisania, a nawet słów, bo wszystkie litery zostały zamordowane? Może tworzyć za pomocą systemu słów niedorzecznych, dodając do sylaby kolejne sylaby niemające żadnego związku znaczeniowego, a przez to tworzące nowe znaczenia, pozornie tylko beztreściowe; może tworzyć za pomocą bezsłowia, wyimaginowanych obrazów... Stop. Dopiero przymierzam się do czytania, a moja pamięć jeszcze na dobre niczego sobie nie przyswoiła...”

A oto jej odpowiedź: „Będziesz trochę zaskoczony, ale ten koncept pisania, polegający na posługiwaniu się terminami występującymi poza słowem, znaczeniami poza znaczeniem, współcześnie wcielił w życie Bob Dylan w Tarantuli, w dziele (nie w piosence, lecz w noweli) dla co poniektórych nonsensownym, ale nie dla mego syna Davida, który sam pisze i śpiewa poezje już poniekąd zawodowo, a w programie Creative Writing (Twórczego Pisania) na wydziale English Department University of Montreal jego główną inspiracją jest właśnie Bob Dylan, fantastyczny i bardzo intrygujący poeta. Oczywiście domyślam się, że motywy, które przyczyniły się do powstania Tarantuli, były diametralnie różne od tych, które skłoniły Krzyżanowskiego do napisania Klubu morderców liter. Tam miało miejsce ograbienie człowieka z elementarnych praw do zaistnienia osobowego i twórczego, tutaj rozgrywało się to w sferze przewartościowania pojęć w tzw. cywilizowanym świecie, gdzie wartości się zdewaluowały.

Obaj ci pisarze rzucali wyzwanie mimo wszystko temu samemu światu, choć rozpiętemu na przeciwległych biegunach, wystawiając na drwiny to, co powszechnie uznane i zatwierdzone przez czynniki wyższe samozakłamanego, względnie przymuszonego do ideologicznego zakłamania społeczeństwa. Próba, na jaką został wystawiony Krzyżanowski, poddany przez kilkadziesiąt lat traktowaniu bardziej niż nieludzkiemu, nie może być porównywalna z tą, której podlega twórca w świecie nazywanym »wolnym«, tym niemniej chcę podkreślić, że wyzwanie rzucone ograniczeniu ludzkiej wolności zarówno w świecie totalitarnym, jak i ucywilizowanym kulturowo manifestuje się takim samym stawieniem czoła siłom, które dyktują swoje normy, wyznaczają kierunki myślenia oraz działania. Tzw. wolność człowieka zawsze jest poddana konfrontacji – wszyscy jesteśmy wystawieni na represje, bowiem światem od początku świata rządzą siły zniewalające. Chwała Dylanowi, no i oczywiście Krzyżanowskiemu, że twórczo, a przy tym awangardowo przeciwstawili się temu”.

Po zaznaczeniu, co nie zmienia istoty rzeczy, że Krzyżanowski napisał tę książkę w roku 1926, piętnaście lat przed narodzinami Boba Dylana, a czterdzieści przed powstaniem Tarantuli, i że obaj twórcy nie mogli mieć pojęcia o swoim istnieniu, oraz po stwierdzeniu, że jeszcze kilka takich maili i post miałbym z głowy, spróbuję jednak jeszcze trochę pogłówkować, żeby z oszałamiającego bogactwa form i treści kłębiących się w tej książce wydobyć nawet nie ich esencję, gdyż wszystko, w zależności od punktu widzenia i siedzenia czytającego, może tu być esencją, lecz to, co najbardziej zapłodniło moją wyobraźnię… Nie chodzi o to, że regały z książkami, wiszące po obu stronach mego okna, staną się od tej chwili regałami o ośmiu całkowicie pustych półkach, które trzeba będzie dopiero zapełnić fantazmami, a moje iwonickie mieszkanko, aż trzykrotnie większe od tego, którym dysponował Zygmunt Krzyżanowski, zostanie przeze mnie imaginacyjnie poszerzone, by znalazło się w nim miejsce na dodatkowe pomieszczenie z kominkiem oraz z co najmniej siedmioma fotelami – w celu założenia w nim Klubu Morderców Liter. Odznaczam się wprawdzie dużą wyobraźnią, ale w przeciwieństwie do Krzyżanowskiego musiałem ją poszerzać do tego stopnia zaledwie przez sześć lat, w czasach gdy moja przestrzeń życiowa została zredukowana do dwu metrów kwadratowych…

Wprawdzie działo się to niemal przed półwieczem, ale nadal jestem w stanie wczuć się w sytuację pisarza żyjącego (nie wegetującego, gdyż pisarz, dopóki jest twórczy, nigdy nie wegetuje) w maleńkim pokoiku, gdzie poza piecem, zazwyczaj obywającym się bez opału, tak jak on bez jedzenia, mieściło się tylko łóżko, krzesło i półki z książkami – cztery grube dechy, wyginające się na całej długości ściany pod ciężarem książek. Po telegramie zawiadamiającym o śmierci matki, musiał jednak zamienić te książki na bilety kolejowe, gdyż w drodze na pogrzeb miał do przebycia tysiące wiorst. Po powrocie z pogrzebu, nie mogąc patrzeć na puste półki, postanowił je zaludnić, odtwarzając treść nieistniejących książek z pamięci, przewracając w myślach poszczególne strony, ale pamięć roniła litery, słowa wracały do niego niepełne, tworzyły się między nimi luki, które trzeba było zapełnić – stopniowo tworzyła się biblioteka fantazmów...

Zdejmując z półek te wyobrażone książki-fantazmy, zanurzał ich niewidzialne litery w atramencie, przekształcając je w rękopisy, a te w rozgłos i pieniądze (przedtem wszystkie realne rękopisy wracały do niego odrzucane przez wydawnictwa, z ofrankowanymi kopertami, które krzyczały, że bezpowrotnie stracił szansę na choćby skromny posiłek). Wraz z rosnącym dobrobytem, ten nędzny pokoik dzięki sile inercji też zaczął się rozrastać, stając się dużym mieszkaniem z amfiladowym układem pomieszczeń, gdzie stały przeszklone szafy biblioteczne wypełnione książkami-fantazmami. U szczytu powodzenia usiłował pijany atramentem forsować za wszelką cenę wciąż nowe tematy, ale umęczona fantazja nie była w stanie niczego więcej wymyślić, a on przeistaczał się w profesjonalnego zabójcę pomysłów – to była zemsta sprzedanej pustki!

W tej sytuacji należało dokonać procesu odwrotnego, opróżnić przynajmniej jeden pokój: kominkowy z rzędami ABSOLUTNIE PUSTYCH półek na książki. Jako sprofesjonalizowany treser słów, nie mający z czego pisać, zamykał się tam co wieczór, wraz z milczeniem i pustką, cierpliwie czekając na to, że w końcu ta pustka bezksiąża (wolałbym: bezksiążkowości) do niego przemówi, dokonało się to jednak dopiero wtedy, gdy jego świadomość wypoczęła, wykorzystała czas i nabrała treści. Zrozumiał, że zamysły wymagają miłości i milczenia – zamiast marnotrawić trzeba je skrzętnie zbierać, ukrywać przed oczami wścibskich, zamykać w pokoju na klucz i po pewnym czasie „fantazm po fantazmie, utwór po utworze, egzemplarz po egzemplarzu zaczęły zapełniać te półki”, tworząc niewidzialną bibliotekę. A on, po stanowczym zatrzaśnięciu pokrywki kałamarza, powrócił „do królestwa czystego wolnego zamysłu”. Żadnego papieru, żadnych słów, żadnych liter.

W tym prostokątnym pokoju widniało poza wspomnianymi półkami oraz kominkiem jedynie siedem ciężkich rzeźbionych foteli, na których podczas cotygodniowych sobotnich posiedzeń, gdy w kominku rozpalano oczywiście ogień (tak miły zmarzniętym dłoniom pisarza, który wie, jak ciężko jest zapisywać swoje imaginacyjne wizje, gdy atrament od przejmującego chłodu gęstnieje w kałamarzu), zasiadali członkowie Klubu Morderców Liter, „wybrańcy ze świata piszących i czytających”, którzy pragnęli wejść w bezliterowość i wraz z nim pracować „przy grządce czystych zamysłów” – podobnych do Gardinetti di S. Francisco, maluteńkich kwietników zakładanych przy franciszkańskich klasztorach, gdzie kwiaty, zgodnie z przykazaniem świętego Franciszka miały rosnąć „nie dla innych, lecz same dla siebie” – w celu uzyskania ponadczasowego, nieopadającego i nierodzącego kwiatostanu zmysłów i form...

To wprowadzenie jest niezbędne do zrozumienia istoty kontrapunktowych wystąpień kolejnych członków Klubu, Rara, Tiuda, Diaża, Fewa i Szoga pod batutą przez Przewodniczącego Zeza, pisarza-pomysłodawcy, który miał wystąpić na końcu. Dlaczego nie miał swego wystąpienia Chic, mimo iż żywo uczestniczył w tamtych, nie wiadomo. Już same nazwiska członków Klubu, w najbardziej science-fikcyjnym wystąpieniu Diaża stające się fikcją do kwadratu, wprowadzają nas w świat fantasmagorii, bijący jak wzburzone morze o brzeg świata w znacznym, lecz nie całkowitym sensie odrealnionego. Pominę wystąpienie Rara, siedemdziesiąte trzecie z kolei, co oznaczało, że siedemdziesiąt trzy niezapisane opowieści wraz z komentarzami robionymi na żywo przez słuchaczy zostały umieszczone na półkach. Pozostawiam szekspirologom prześledzenie napisanej przez niego sztuki, w której najważniejszą rolę odgrywała chyba Rola, gdzie grało aż dwu Hamletów w płaszczach białym i czarnym, dzieląc się po połowie kwestiami wypowiadanymi w oryginale sztuki Williama Szekspira przez jednego Hamleta; Ofelia też została rozdzielona, w planie dramatycznym występując jako Felia, a w komediowym jako Fela, rozdwojeni zostali także Rosencrantz i Guildenstern, nikt nie zamierzał ich jednak uśmiercać jak w tragikomicznym filmie Toma Stopparda Rozencrantz i Guildenstern nie żyją z roku 1990…

Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie miałem ambicji napisania dysertacji doktorskiej i dlatego skupiam się na drugim, tym razem nowelowym wystąpieniu niejakiego Tiuda. Nie ukrywam, że przynajmniej pierwsza z jego opowieści-przypowieści wręcz mnie zelektryzowała. Jeśli mężczyźni idealizują kobiety, nawet ci dalecy od ideału, bywający częstokroć ostatnimi gałganami, to dzieje się tak dlatego, że uważają się za ich wyłącznych panów i władców, a kobiety pozwalają im łaskawie tkwić w tej ułudzie, by mieć pewność panowania nad nimi. Czy jednak to, co uderza w tak skrajnie różnych zachowaniach bohaterki tej noweli, można nazwać istotą kobiecości? Skrajne uproszczenia wiodą zawsze na manowce. Może więc rzeczywiście lepiej rozkoszować się przesłaniami parabolicznymi tej przypowieści, zamiast skupiać się na „brudzie i smrodzie”? Tak czy siak bez uważnego wsłuchania się w nią nasze myślenie o zawartym w niej przesłaniu może być jedynie abstrakcyjne, magiczne, względnie życzeniowe...

Tuż przed trzecimi zapowiedziami w kościele, gdy kapłan, o. Paulin, miał związać stułą stęsknione ręce Françoise i Pierre, właśnie obchodzono w jakiejś wiosce gdzieś na południu Francji szalone Święto Osła, podczas którego setki narzeczonych wyło po oślemu: „ija-ija”, wraz z kłębiącym się tłumem innych uczestników tych uroczystości wprowadzając śmiertelnie przerażonego osiołka, wśród rechotów, pohukiwań i gradu ciosów pałkami, do świątyni, gdzie słudzy kościelni, uczepieni jego uszu i ogona, osadzili go siłą na tronie, a ten srał pod siebie i rżał żałośnie niemal ludzkim głosem: „ija-ija”... Rozkolebane kadzielnice, wypełnione wszelką zgnilizną, wydzielały ohydny fetor, ze świętych kielichów lało się wino wprost w podstawione gęby wieśniaków, którzy coraz bardziej podochoceni bili się między sobą, wyli i skandowali bluźnierstwa na przeciągły modlitewny sposób, dzięki czemu odznaczali się później jeszcze większą pobożnością, modląc się żarliwie do Boga i wszystkich świętych, by im wybaczono grzechy, jakich się dopuścili podczas tego Święta…

Przerażona tym widokiem Françoise chciała zawrócić, ale Pierre’owi tak było śpieszno do nocy poślubnej, że udało mu się odnaleźć kapłana poza drzwiami świątyni i ubłagać go, by mimo niezbyt sprzyjających okoliczności połączył ich węzłem małżeńskim. Wydaje mi się jednak, że stary zakonnik wysłuchał przede wszystkim niemej prośby widniejącej w oczach młodej dziewczyny, dziewiczo zalęknionej, a równocześnie w jakiś przedziwny sposób zafascynowanej tym, co się wokół niej rozgrywało, i wszedł z narzeczonymi do środka – na jego widok rozszalały tłum na chwilę ucichł, ale tylko na chwilę, mimo to udało mu się w powszechnym tumulcie i przy gorszącym zachowaniu osła, który w kulminacyjnym momencie zwrócił spieniony pysk ku narzeczonej i zawył „i-i-i-i-ja!”, co sprawiło, że na moment straciła przytomność, dokonać aktu zaślubin…

I od tego dnia Françoise i Pierre żyli w poczuciu nieopisanego szczęścia do czasu, gdy rozkochaną w mężu młodą małżonkę obudził pewnej nocy ryk osła na znak, że nadciągało kolejne Święto – on spał jak zabity, a ona w narastającym rytmie błagalnych i żądających krzyków: „i-ja – i-ja” wyszła wbrew swej woli prawie naga na ulicę, gdzie oddała się komuś, kogo w ogóle nie znała, po czym rankiem z podwojoną czułością pożegnała męża wyruszającego do pracy w polu, kochała go przecież bezgranicznie. I tak było, dopóki znowu nie nadeszło Święto… Tym razem w dzikim uniesieniu oddała się staremu cuchnącemu żebrakowi, który nie wierząc własnym oczom kaprawym „chciwie wziął wszystko”, a ona wróciła do domu i położywszy się przy boku swego ukochanego męża płakała z obrzydzenia i szczęścia…

Gdy następnego roku znowu wyszła na ulicę, napotkała o. Paulina, tego, który udzielił im ślubu. Nie zdziwił się, widząc ją nagą, z drżącymi wargami i oczami zasnutymi mgłą tęsknoty. Kazał jej wrócić do domu, przyodziać się przyzwoicie i czekać na niego. Przyszedł. Najpierw dał się jej wypłakać, po czym rzekł: „Tak, dziecko, nadszedł dla ciebie czas poznania tego, co niedane wiedzieć wszystkim: tajemnicy Osła. Kwiaty kwitną tak czysto i wonnie dlatego, że ich korzenie nawożone są w brudzie i smrodzie... Nasz kościół otworzył świątynie Świętu Osła: on sam chce, by z niego, Chrystusowej narzeczonej, śmiano się i by mu urągano, ponieważ wiadoma mu jest wielka tajemnica. W święto, w radość, z weselem i śmiechem wchodzą wszyscy, a dalej idą tylko wybrani. Prawdę ci powiadam: nie ma dróg bezbolesnych". A gdy zapytała go, czy ma milczeć, odparł: „Tak, dziecko. Bo jakże ujawnić tajemnicę Osła… osłom?”

[Rozmiar: 16227 bajtów]

Na powyższym malowidle osłem jest Balaam, bo okłada kijem biedne zwierzę, które w przeciwieństwie do niego widzi anioła zesłanego przez rozgniewanego Jahwe. Tiud nie sugeruje, że Françoise po tej rozmowie stała się aniołem, ale na pewno umiała dochowywać ślubów milczenia. Zresztą zgodnie z zaleceniem Przewodniczącego Zeza należało teraz przedstawić tamtą historyjkę w ujęciu à rebours: Françoise miała przemienić się w „wesołego kleryka” o imieniu François. Jak wiadomo, nie tylko de La Rochefoucauld, który głosił, że można być zakochanym jak szaleniec, ale nie jak głupiec, czy Rabelais, który po śmierci miał zamiar udać się w poszukiwaniu wielkiego być może, nosili to franciszkańskie imię, do tej pory byłem jednak przekonany, że goliardzi (waganci) wyłącznie pisali i wykonywali swawolne pieśni, i nie miałem pojęcia, gdyż nikt w naszym moralnie załganym kraju o tym nie wspomina, że bywali „mieszanką błazna z kapelanem” i że w ich podróżnym mieszku „leżały obok siebie jak mąż z żoną, złożone akuratnie i przytulone jedno do drugiego: obszywany dzwoneczkami błazeński płaszcz z pstrych skrawków i czarna, przetarta na szwach sutanna”!

Szedł sobie hulaka François vel nabożny o. François z huśtającą się na pasku manierką z winem, którą od czasu do czasu całował namiętnie w „szklane usta”, oraz z różańcem z koralików po trzykroć owiniętym wokół prawej dłoni. Szedł sobie od wioski do wioski, dyżurując w miejscowych gospodach: wzywano go do umierającego, do kobiety rodzącej, do chorych noworodków, nie ma sprawy, sutanna na grzbiet, krzyż wygrzebany z worka, ale czy woda, którą ochoczo kropił każdego, kto sobie tego zażyczył, była naprawdę święcona, któż mógł to wiedzieć? Przedtem ze dwie szklaneczki wina wypite duszkiem, żeby naoliwić język, i ze dwie potem, żeby wprawić w dobry nastrój i siebie, i wieśniaków, tuż obok niego zapijających swe strapienia, a ponieważ nazajutrz dzień był jarmarczny, nie mógł się wymówić od udania się na plac targowy tym razem w płaszczu z dzwoneczkami, by rozśmieszać ich do łez błazeńskimi sztuczkami. Pamiętał jednak, że przed Angelusem miał pewnej młodej parze udzielić ślubu w miejscowym kościele, a oto z wieży dzwonnicy zabrzmiał właśnie Angelus (tego samego terminu użył Cyprian Kamil Norwid w Białych kwiatach; chodzi oczywiście o Anioł Pański)…

Wyrwawszy się z rąk rozbawionych wieśniaków, popędził do gospody, by przebrać się w sutannę i ku swej grozie stwierdził, że mieszek jest pusty – złodziej zostawił tylko krzyż! Nie wiadomo, czy nieszczęsny goliard zdołał wychylić dla kurażu choć jedną szklaneczkę wina, ale wiadomo, że gnany poczuciem obowiązku wtargnął w błazeńskim stroju, na którym obok dzwoneczków dyndał krzyż, do kościoła ze słowami: In nomine…, a kościelny sługa zdołał jedynie machinalnie podchwycić: …cum spirito Tuo, gdyż na widok błazna wchodzącego po stopniach ołtarza nastąpił Sądny Dzień – przede wszystkim dla niegodziwca, którego po przykładnym obiciu porzucono niedaleko wejścia do świątyni, gdzie dopiero nocny chłód przywrócił mu świadomość. Siniaków i zadrapań nie mógł wrzucić do pustego mieszka, ale pustkę, która w niej była, troskliwie związał dwoma supłami, zarzucił worek na plecy i po odnalezieniu w trawie kija ruszył w drogę, która okazała się Golgotą – poruszającą się po drodze pstrokaciznę podzwaniającą dzwoneczkami, bo strój podróżny też mu przecież ukradziono, nie pozostawiały w spokoju ani szczekające psy, ani gwiżdżący i pohukujący w ślad za nią ludzie. „Świętu zabłąkanemu w codzienność” pozostało zatem, po zrozumieniu, „jak samotny i bezdomny jest śmiech”, jedyne wyjście: usunąć się ostatecznie z tego najlepszego ze światów…

Tiud chciał na tym zakończyć, lecz Przewodniczący zarzucił mu, że w środku tej opowieści pomylił jakieś „kubiki”, i nakazał przytoczyć „karne opowiadanie”, na szczęście krótkie. Tak czy siak już widzę, że o zamknięciu w dwu częściach moich refleksji nad Klubem morderców liter mowy być nie może, zbyt mnie bowiem ta lektura wciągnęła. Chwała Bogu, że książki-postaci tej opowieści, „Notker Balbulus” (ściślej: Notker zwany Balbulusem) oraz „Czwarta Ewangelia”, czyli Ewangelia wg św. Jana, mojej wyobraźni ani serca nie są w stanie poruszyć, co nie oznacza, że inni czytelnicy pozostaną równie obojętni jak ja – de gustibus non est disputandum. Jeśli chodzi o Notkera (ok. 840–912), mnicha z benedyktyńskiego klasztoru St. Gallen, w czterdziestu sekwencjach opisującego sposób łączenia tekstu z melodią, to w chwili skonania nie miał zapewne pojęcia, że w jednym ze swych wcieleń będzie wielce obiecującym młodzieńcem, autorem Komentarzy do ciszy, które nie zawierały nic oprócz tytułu, a następnie próbującym znaki nut zamieniać na litery, co okazało się niemożliwe, gdyż „nie umiał się rozdrabniać i rozgałęziać idei”, będąc „żywym dążeniem nie z jedności w mnogość, ale z mnogości w jedność”…

Chciałbym powiedzieć „uff”, ale nie mogę, jako że ten młodzian po przeobrażeniu się w dwudziestopięcioletniego młodego człowieka „z uparcie nierozszczepioną jednością natury” postanowił gwałtem zawładnąć mnogością, w czym chyba dopomógł mu pobyt w klasztorze St. Gallen, gdzie szukając na próżno zaginionego chorału In media vitae – mors (Pośród życia – śmierć), którego autorstwo przypisuje legenda Notkerowi, w końcu wyśnił go sobie w wypracowanej w średniowieczu siedmiostopniowej skali muzycznej, dostrzegając natychmiast niezwykłe zbieżności tego utworu ze swymi Komentarzami do ciszy, co w konsekwencji doprowadziło go do „Czwartej Ewangelii” i odkrycia, że tajemniczy skrót „S-um” zapisany na jej marginesie przed trzystu laty oznacza właśnie SILENTIUM, a „czy można mówić o ciszy, nie naruszając jej tym samym, czy można komentować to, co…” – co jest niewyrażalne? Nie można! Ale gdybym ja był członkiem Klubu Morderców Liter, to z całą pewnością zaśmiałbym się w tym momencie Tiudowi w nos, mówiąc, że Notker wprowadził owo sławne tekstowanie do Alleluja jedynie dlatego, że był Balbulusem, czyli Jąkałą!

Kolejne wystąpienie niejakiego Diaża – w Klubie jak w każdej organizacji rewolucyjnej zdawała się obowiązywać pełna konspiracja – jest opowieścią science fiction, ale nie ulega dla mnie wątpliwości, że nie chodziło w niej o zgodność ze stanem wiedzy o nauce i technice w połowie lat dwudziestych ubiegłego stulecia, gdy Krzyżanowski pisał swoją książkę. Tak samo, jak pewne jest, że niektóre tragiczne w skutkach odkrycia naukowe mogą niejednokrotnie wpływać na życie jednostek wtopionych w masy ludzkie, czy mas ludzkich z wtopionymi w nie jednostkami nie tylko w kraju będącym miejscem akcji tej opowieści; w różnych epokach masy ludzkie starano się wykorzystywać do wykonywania niewolniczej pracy – współczesne określenie zarządzanie zasobami ludzkimi do nich nawiązuje…

A wszystko zaczęło się od idei stworzenia dyferencjalnych ideomotorów, mechanicznych ustawień etycznych czy eksterioryzatorów, czyli po prostu EKSÓW, która zaświtała w głowie pewnego idealisty i marzyciela, gdy ujrzał powiewające na wietrze… biustonosze, wyrywane z rąk ulicznych sprzedawczyń przez gwałtowny podmuch wiatru. Koronkowy batyst kuliście wydymany („napełnienie form wewnętrznych myśli”) ciągnący za sobą tasiemki („wszystkie ja na zewnątrz, w świat”) przybrał w swobodnym locie asocjacji ostateczny kształt myślowy w postaci wniosku: NALEŻY KONIECZNIE SOCJALIZOWAĆ PSYCHIKĘ, wszystkie plączące się w głowach psychiczne treści wydmuchiwać spod czaszek sterowanym strumieniem powietrza, odwrócić „in” w „ex”…

Luźne refleksje, nawet tak odkrywcze jak te, nie nadają się jednak do opatentowania, dlatego twórca tej idei pozostał nieznany i umarł z głodu, ale gdy jego formuły i szkice trafiły w ręce inżyniera Tutusa, dla którego myślenie było równoznaczne z modelowaniem, skonkretyzowały się natychmiast w postaci modelu ideomotoru, sterującego jedynie tymi ruchami i natężeniami mięśni człowieka, które mają znaczenie socjalne, doskonalonego coraz bardziej dzięki notatkom owego anonimowego odkrywcy, by w końcu przybrać postać centralnego innerwatora. Działaniu tej etycznej machiny, którą zbudowano „zgodnie z ostatnimi osiągnięciami moralności i techniki”, przyświecało hasło: wszyscy muszą poddać się jej woli, czas skończyć z chałupnictwem ja, z oddzielnie działającymi systemami nerwowymi – wprowadzenie centralnego planowania rzeczywistości było tylko kwestią czasu…

Współpraca z włoskimi bakteriologami, Nettetimi, którym udało się uzyskać sztucznie „wszelkie gatunki i podgatunki bakterii mózgowych” wraz z ich szczepami nazwanymi wibrofagami, wywołującymi po wprowadzeniu ich do mózgu pożądane przez eksperymentatora wzory ludzkich zachowań, pozwoliła inżynierowi Tutusowi na stworzenie projektów coraz bardziej udoskonalonych eksów, dzięki którym państwo mogło uzyskać absolutną władzę nad obywatelami w sposób mechaniczny, bez konieczności długotrwałego i nie zawsze efektywnego prania mózgów. Prawdziwą grozę budzi zawarta w tej opowieści i urealniona dzięki eksom wizja ponadświatowego państwa nazwanego Eksinija, składającego się z dwu klas: initów, panów życia i śmierci milionowych mas już nawet nie ludzkich, gdyż eksonowie, sterowani za pomocą przekazywanych eksom dyrektyw initiańskiej Rady Najwyższej, nie byli ludźmi w staroświeckim tego słowa znaczeniu. Na przykład na impuls wysyłany przez Eks Kopulacyjny milionowe masy kobiet i mężczyzn musiały natychmiast ze sobą kopulować w taki sposób, by „najmniejsza strata czasu dawała największą liczbę poczęć”. I wszystko byłoby cacy, gdyby w apogeum eksyfikacji nie zawiódł „czynnik ludzki”, po czym, jakby w zmowie ze zbuntowanymi eksonami, zaczęły odmawiać posłuszeństwa także eksy – koniec Eksinii był nieunikniony. Można by rzec, że Krzyżanowski przewidział rozpad Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich…

Wystąpienie Diaża opisałem oczywiście jedynie z grubsza, gdyż Historia o trzech ustach, opowiedziana przez Fewa na kolejnym sobotnim posiedzeniu Klubu, wydała mi się bardziej zabawna. Liczba trzy jest tu wyraźnie wyeksponowana. W wielu religiach symbolizuje ona boskie trójce, w greckiej z dodatkowymi potrojeniami: Zeus (z potrójną błyskawicą), Pluton (z trzygłowym psem Cerberem) i Posejdon (z trójzębem). W judaizmie, religii według mnie najbardziej złożonej, symbolizuje świętość, pełnię, całkowitość. Tam nie tylko boska istota, ale także ludzka ma troisty charakter istnienia; człowiek pozostaje bowiem w relacji nie tylko do Boga, czy do innych ludzi i świata zewnętrznego, lecz i siebie samego oraz własnego świata wewnętrznego. Stwarzanie–życie–śmierć. Albo: początek–środek–koniec. Albo: niebo–ziemia-piekło…

O symbolice liczby trzy, choćby sennej, magicznej czy ezoterycznej, mógłbym pisać w nieskończoność, jako że Czas składa się też z trzech elementów: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, czyli z już doświadczonego, właśnie przeżywanego oraz nieznanego, ale najwyższy czas powrócić do historii o trzech ustach, która zaczęła się w karczmie „Pod Trzema Królami”, a jej bohaterami była oczywiście hulaszcza trójka biesiadników w troistym tego słowa znaczeniu, gdyż każdy z nich trwonił czas na co innego: Ing na gadanie, Nig na pocałunki, a Gni na jedzenie. Na przeszkodzie w tym, by mogli robić bez umiaru to, w czym z rozkoszą się lubowali, stały ich tylko pojedyncze usta. Gdyby mieli po troje ust, to Ing mógłby równocześnie wygłaszać toast, cytować świętych ojców i opowiadać barwną historyjkę, Nig całować się z trzema dziewkami naraz, a Gni pracowicie obdzierać zębami mięso z trzech baranich kości…

Nie chodziło o to, by każdy z nich mógł jednocześnie mówić, jeść i całować, jak zasugerowała tłusta dziewka siedząca na kolanach Niga, gdyż, jak słusznie zauważył Ing, wietrząc od razu pyszny temat do kolejnych rozważań, „sylogizmy nie rodzą się pod spódnicą”, a nonsens takiego uproszczonego rozumowania wykazał już błogosławiony po trzykroć św. Augustyn, nauczający, że w odróżnieniu od bezmyślnego zwierzęcia człowiek jest stworzeniem WYBIERAJĄCYM, mającym możliwość wyboru z wielości tego, co dla niego najlepsze. Ba, szkopuł polegał jednak na tym, że dla każdego z trójki kompanów biesiadujących w karczmie „Pod Trzema Królami”, to najlepsze oznaczało zupełnie co innego! Bez pocałunków nie byłoby życia – argumentował Nig, z czym do końca się nie zgadzam, gdyż można zapłodnić kobietę, nie całując jej. Gdybyśmy nie jedli i nie pili, to byśmy już dawno zdechli – kontrargumentował Gni, z czym mógłbym się zgodzić, gdyby on sam zgodził się z dla mnie oczywistym stwierdzeniem Sokratesa: Edimus, ut vivamus, non vivimus ut edamus (jemy po to, by żyć, a nie żyjemy po to, by jeść)…

Po wysłuchaniu ich argumentów, Ing stwierdził z satysfakcją, że Nig ma jedynie rację w tym, że Gni nie ma racji, z czego należałoby wysunąć wniosek, że rację może mieć tylko on, uważając, że prawdziwym przeznaczeniem ust jest „wygłaszanie słów darowanych z wysokości”, ale nawet nie śniło mu się, że obżartuch i opój Gni też jest biegły w Piśmie, gdzie powiedziano przecież, iż „nie w usta wchodzącym, a z ust wychodzącym brzydzi się człowiek”! A co się śniło złotoustemu Ingowi, gdy spierającym się do upadłego kompanom sen skleił i powieki, i usta? We śnie zwidział mu się „okropny trójusty stwór poruszający bez przerwy sześcioma wargami”, co na jawie okazało się faktem, gdyż trójka kompanów tuż po przebudzeniu zajadle kontynuowała przerwany spór, z racji ich od dawna dokonanych wyborów bardziej niż jałowy, należało go zatem uczynić, jak zasugerował jeden ze słuchaczy wystąpienia Fewa, „sporem wędrownym” – nikt z tej trójki nie mógł być dla żadnego z pozostałych wyrocznią, ale instytucje wyroczni usytuowane były od najdawniejszych czasów nie tylko w pobliżu świątyń, a za Pytię mógł robić każdy, oprócz niemowy czy mnicha kameduły, którego obowiązuje ślub milczenia…

Trójce skłóconych kompanów nie pozostawało zatem nic innego, jak opuścić gościnną karczmę „Pod Trzema Królami” i wyruszyć w drogę, by odnaleźć kogoś, kto potrafiłby odpowiedzieć na troiste zapytanie: do czego usta są dane od Boga?, dlaczego człowiek ma jedne usta, a nie troje?, co pasuje lepiej do ust: pocałunek, słowo czy jedzenie? Ale żadne odpowiedzi zadowolić ich oczywiście nie mogły, ponieważ byli rozdzielną w swoich preferencjach (!) trójką grzesznych duszyczek, a nie trójcą świętą. Wydawało się jednak, gdy kieszenie opustoszały i zaczęły męczyć ich w nocy głodne sny, że w końcu musi dojść w ich sporze do przesilenia i doszło, kiedy po dotarciu do jakiegoś miasteczka żarłok Gni wygryzł z oprawy cudownej ikony, którą niesiono tam w procesji i którą on chciał niby tylko ucałować, największy z drogocennych kamieni. Wprawdzie po równie cudownej przemianie tego kamienia w złoto trzej przybysze mogli w miejscowej karczmie znowu dać swoim ustom to, co było dla nich najlepsze, ale Ing nie potrafił nałożyć cugli językowi – jego barwna historyjka o tym, w jaki sposób w ich pustych kieszeniach znalazły się złote monety, sprawiła, że cała trójka z rękoma zakutymi w dyby znalazła się nazajutrz przed sędzią, który w trakcie przewodu sądowego ani razu nie otworzył ust, co Ingowi wydało się tak niesłychane, że zapragnął się dowiedzieć, zanim zostanie skazany na śmierć, do czego dane są ludziom usta?

Sędzia oczywiście nie odpowiedział – bardziej wymowny od wszystkich słów był wyrok, który w jego imieniu odczytał sekretarz sądu: pod groźbą kary śmierci „skazanemu imieniem Ing zabrania się mówić, skazanemu imieniem Nig zabrania się całować, a skazanemu imieniem Gni zabrania się jeść”… I jak tu nie lubić Krzyżanowskiego? O tym, jak się ta historia zakończyła, a zakończyła się, jak można się domyślić, w karczmie „Pod Trzema Królami”, każdy może sobie przeczytać, gdyż ja muszę jak najśpieszniej zakończyć ten post, by samemu nie zasłużyć na wyrok, jaki otrzymał skazany imieniem Ing…

A jest przecież jeszcze kolejne i nieoczekiwanie ostatnie wystąpienie Szoga z cudną opowieścią o obolu zmarłych, który należało mieć w ustach, by u czarnych wód Acheronu nie być odrzuconym z życia i nieprzyjętym w śmierć – mimo to ani zmarły Marek Lucjusz Sept nie ściskał go mocno między zębami, ofiarując go małej Fabii uwielbiającej słodkie daktyle, ani ona, już jako dorosła niewolnica niezwykłej urody, gdy w odpowiedzi na skargi darczyńcy, który od tylu lat zawieszony między życiem a śmiercią trzykrotnie błagał ją we śnie o oddanie obola zmarłych, wybrała samobójczą śmierć, by oddać mu swój obol, ale on, widząc ją, nie mógł go przecież przyjąć, bo kiedy złączyły się ich wargi, złączyły się również ich dusze, a upuszczony obol „wpadł w czarne wody międzyświata”…

Następnego posiedzenia sobotniego już nie było. Rar, który poprzednim razem z powodów tylko sobie wiadomych zbojkotował posiedzenie Klubu, miał ponoć otrzymać, jak opisał to obrazowo Przewodniczący Zez, „lufę między zęby” i w niedzielę pójść „pod łopatę”, natomiast w Klubie możliwa była wizyta policji, ale co można znaleźć, przeszukując pustkę? Narrator, gość Klubu, którym był niewątpliwie autor książki, postanowił jednak przynajmniej w sobie zapełnić pustkę po nieoczekiwanym finale tej opowieści, lecz po opisaniu tego, w czym dane mu było uczestniczyć przez zaledwie sześć sobotnich wieczorów, i uświadomieniu sobie, że to nie on władał słowami, lecz to one nim zawładnęły, doszedł do dość pesymistycznej konkluzji: „…słowa [są] złe i żywotne – każdy, kto się na nie skusi, zostanie szybciej zabity nimi, niż zabije je”. Los Rara mógł podzielić także Krzyżanowski, to pewne…

Blog „pisarskie refleksje”, 16 grudnia 2010.

Powrót do spisu treści

Jean-Pierre Thibaudat

SIGISMUND KRZYZANOWSKI : UN NOM IMPRONONÇABLE, DES TEXTES JUBILATOIRES

Vous ne savez pas comment vous mordre le coude, vous cherchez un systeme philosophique pratique et pas cher, vous revez de trouver une source d’énergie inépuisable pour votre logis ou votre pays ?

Lisez les récits et romans de Sigismund D. Krzyzanowski. Son ouvre est aussi indispensable, phénoménale et jubilatoire que son nom est imprononçable.


Un écrivain admiré, non publié, oublié, ressuscité

Et dire qu’on a failli passer a côté de cet écrivain sans pareil du XXe siecle. Il faut dire qu’il avait tout fait pour en ne publiant rien de son vivant. Il faut dire encore que ce type au nom polonais avait l’excuse de vivre dans la Russie stalinienne, ou l’impertinence des mots n’offrait le plus souvent que deux issues : une balle dans la nuque si possible dans un sous-sol de la Loubianka (le siege du KGB a Moscou) ou un aller sans guere de retour pour les camps, de préférence ceux de la Kolyma.

Krzyzanowski a commis l’exploit de mourir dans un lit en 1950 a 64 ans (âge enviable a l’époque en Union soviétique pour un écrivain) en laissant des carnets, des récits et romans. 3 000 pages, un trésor. Aussitôt oublié.

C’est par trois lignes griffonnées a l’encre noire sur le carnet d’un autre écrivain que tout a commencé :

« Aujourd’hui, le 28 décembre 1950 est mort Sigismund Dominikovitch Krzyzanowski, auteur de littérature fantastique et génie négligé. Pas une ligne de lui ne fut publiée de son vivant. »

C’est en classant les archives de l’écrivain Chengueli en 1958 qu’un de ses éleves, Vadim Perelmuter, tombe sur ces lignes. Il est d’autant plus étonné que son professeur passait plutôt pour caustique envers ses contemporains. Intrigué, il cherche, enquete et trouve.


Vadim Perelmuter sur les traces du trésor

Le fumeur de pipe Vadim Perelmuter était a la Fonderie du Mans un dimanche de novembre. Il nous a raconté l’histoire du « génie négligé », cet « enfant tardif » d’une mere qui avait plus de 40 ans et d’un pere issu d’une grande famille polonaise, cet écrivain tardif aussi qui « écrivit son premier texte a 32 ans et mourut 32 ans plus tard » et dont les héros ne « semblent pas avoir d’enfance ».

Etudes de droit a Kiev, tournée des universités européennes avant d’etre vissé a Moscou dans une modeste chambre donnant sur l’Arbat. Il écrit des livres, ou plutôt il les dicte a son épouse a partir des notes de ses carnets.

Mais Krzyzanowski est « impub » (impubliable), comme plusieurs de ses amis. Il vivote en donnant des conférences, en enseignant au studio dramatique de Tairov. Apres sa mort, son épouse s’en va vivre a Odessa en emportant les archives de son mari. C’est a Kiev que Vadim les retrouvera ainsi que quelques photos de famille.


Le chaînon manquant entre Kafka et Borges

Le plus incroyable c’est que cet écrivain fantastique (dans tous les sens du mot) qui n’a rien publié, sera admis a l’Union des écrivains (ce qui lui assurera une couverture social). Tout en racontant la vie de son auteur, Vadim Perelmuter montre des photos ou on voit l’écrivain : petites lunettes, visage oblongue de chercheur en laboratoire, de mathématicien aussi bien. « Ce qui m’intéresse, ce n’est pas l’arithmétique, c’est l’algebre de la vie », écrivait-il.

Vadim a commencé a éditer les ouvres de Krzyzanowski en 1989, pres de quarante ans apres sa mort. A côté de lui a la Fonderie, Hélene Châtelain, celle qui a introduit l’ouvre de Krzyzanowski en France en la publiant -dans le désordre de la découverte- chez Verdier dans la collection Slovo qu’elle dirige. Et elle s’apprete a publier un essai sur cet auteur hors du commun, chaînon manquant entre Kafka et Borges.

En ce dimanche de novembre, Hélene Châtelain se souvient du jour a Moscou ou un ami lui a donné a lire un livre de cet inconnu : « J’étais en face d’un auteur comme je n’en avais jamais rencontré. »


Hélene Châtelain prend le relais

« Souvenirs du futur » qui vient de paraître est le sixieme livre de Krzyzanowski a etre traduit. L’histoire d’un homme qui invente une machine a couper le temps. Un roman écrit en 1929. Vadim commente :

« C’est un texte écrit sans aucun document préparatoire. Il n’y a aucune trace dans ses carnets. Il l’a dicté pratiquement sans rature et c’est comme s’il lui avait été dicté. »

Dans ce texte comme dans d’autres on retrouve une intense réflexion -aussi philosophique que sociale- sur l’espace et le temps.

Dans une nouvelle du « Marque pages », son premier livre traduit et édité en français, le héros Soutouline, habite une chambre minuscule. Un jour, un homme frappe a sa porte et lui propose un petit tube de « Superficine », une pommade de son invention et qui a la vertu de faire grandir les pieces. Reve de tous les Moscovites vivant le plus souvent dans une piece comme Krzyzanowski qui habitait dans 8 m2.

Bien que sceptique, Soutouline achete le produit miracle et en badigeonne sa chambre. Elle grandit. Le probleme c’est qu’elle n’en finit pas de grandir.

Vive la haine, vive la houille jaune

Dans ce meme recueil, le premier texte relate les aventures langagieres extravagantes d’un « Attrapeur de themes » et le dernier a pour titre « La Houille jaune ». Qu’est-ce ? L’histoire se passe partout ou la planete est en voie d’épuisement de ses combustibles et autres sources énergétiques. Bref, dans un monde au bord du gouffre. La Corne (Commission pour la recherche de nouvelles énergies) lance un concours. Le professeur Lekr qui pour une fois sortait de chez lui, voit l’annonce, réfléchit.

« Mon projet est simple : je propose d’utiliser l’énergie de la haine partagée entre un grand nombre d’individus », déclare -t-il devant un jury sceptique mais vite conquis. On donne un nom a cette énergie inépuisable : la houille jaune. Les tramways qui s’arretent au milieu de leur course, les disputes entre époux, l’antagonisme de classe, etc. Tout produit de la haine illico transformée en énergie. Lisez. La fin de l’histoire vaut le détour

Adhérez au club des tueurs de lettres

On peut aussi se plonger dans « Le Theme étranger » réunissant cinq nouvelles, la premiere qui donne son titre au recueil met en scene un bonimenteur qui essaie de vendre concepts en main un systeme philosophique et finit par solder des aphorismes. « Le Rassembleur des fissures » met en scene un personnage qui se penche sur le temps qui nous paraît continue mai en fait comporte des blancs, des fissures comme le prouve l’illusion de mouvement qu’entretient l’image cinématographique. Le héros comme souvent finit par etre la victime de son invention.

Et je n’ai rien dit d’un autre livre, « Le Retour de Münchhausen », ou ce personnage de roman célebre fait apparemment son retour en Russie au lendemain de la révolte de Kronstadt.

Et il serait dommage d’oublier « Le Club des tueurs de lettres », étrange confrérie qui se réunit dans une bibliotheque vide de tout livre, ou encore « Estampillé Moscou » ou, entre mille facéties, les lettres n’en font qu’a leur tete et refusent de se réunir pour former un mot. Il faut lire Krzyzanowski, auteur « inassimilable » comme dit son éditeur russe.

> « Souvenirs du futur » par Sigismund Krzyzanowski - 124 pages, 15,50 euros chez Verdier comme tous les autres livres de l’auteur cités ci-dessus.

Opublikowane 23.11.2010 r. o godz. 11.45 na blogu autora «Theatre et Balagan. Chronique ambulante d'un amoureux du théâtre, d'un amateur de l'Est et plus si affinités». Link do źródła tu.

Powrót do spisu treści

Justyna Hofman-Wiśniewska

CMENTARZE POMYSŁÓW I MORDERCY LITER

Każdy, kogo intrygują refleksje pisarza, jego rozważania filozoficzne, zwłaszcza podane w atrakcyjnej formie literackiej, sięgnie po Klub Morderców Liter Zygmunta Krzyżanowskiego w przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej. Sięgnie, bo jest to wyjątkowa książka, w której wiele jest warstw do odczytywania i odgadywania.

Można ten utwór, w jego naskórkowej warstwie, potraktować jak specyficzny kryminał. Jest klub, są zabójcy, są ofiary. Ale... Rozczaruje się ten, kto sięgnie po tę książkę jak po klasyczny kryminał i będzie się spodziewał tylko w miarę prosto skonstruowanej sensacyjnej zagadki napisanej też prosto i zwyczajnie. Rozczaruje się, bo znajdzie w tym utworze znacznie więcej. Bo wpadnie w wir rozważań i refleksji niezmiernie frapujących i opinii, które potrafią zirytować.

O cóż więc chodzi w tym Klubie Morderców Liter? Jest pisarz. Jest pokój, a w nim półki wypełnione książkami. Pisarz dobrze zna te książki, wie, w którym miejscu która stoi, nawet nie spoglądając na ich grzbiety. Mało: zna niemal na pamięć treść wielu z nich. I nagle umiera mu matka. Musi, chce, jechać na pogrzeb, ale to długa i kosztowna podróż. A on nie ma pieniędzy na bilet. Sprzedaje więc swoją bibliotekę, jedzie na pogrzeb matki. Po powrocie patrzy na puste półki, przypomina sobie tytuły i obwoluty książek, które tam stały. I zaczyna... Nie, nie dopowiadajmy wszystkiego do końca. Wspomnijmy jeszcze tylko o Klubie Morderców Liter, który tworzy ośmiu panów spotykających się ze sobą co sobota. Każdy opowiada jakąś historię i powstaje jakby wirtualna biblioteka, fantazmaty nienapisanych, niematerialnych książek...

Klub Morderców Liter można potraktować jak żart literacki czy nawet żart filozoficzny. Czy jednak jest to tylko żart, czy coś znacznie więcej? Pisarz dokonuje tu pewnego eksperymentu z literami, które raz traktuje jak literaturę, raz jako litery tylko, które można wobec siebie różnie ustawiać. Opowiadane przez członków Klubu Morderców Liter opowiadania to jakby książki w książce, co jest samo w sobie smakowitym i interesującym zabiegiem pisarskim Krzyżanowskiego. Coś jak teatr w teatrze. Dopełnienie całości stanowi, umieszczona poza samym utworem, poetyka, czyli zbiór zasad pisania książek. Jak dobrze by było, aby piszący obecnie, także dziennikarze, to przeczytali! I przemyśleli!!! I zastosowali w swej pisarskiej praktyce.

Właśnie w grudniu 2010 r. mija 60. rocznica śmierci Zygmunta Krzyżanowskiego (był to pisarz żyjący w Rosji, piszący po rosyjsku, którego dzieła Rosja i świat od kilkunastu lat odkrywają). Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska i Adam Marszałek jako wydawca sprawili autorowi (niedrukowanemu za życia) piękny prezent. Na tłumaczenie i edycję czekają kolejne utwory Zygmunta Krzyżanowskiego.

kulturaVIVA, Portal kulturalny dla 50+

Powrót do spisu treści

Justyna Hofman-Wiśniewska

BEZKSIĄŻE I MORDERCY

Gdy na półce bibliotecznej przybywa choćby jedna książka, oznacza to jednego człowieka w życiu mniej. A jeśli już wybierać między półką i światem, to ja proponuję świat – rozpoczyna Zygmunt Krzyżanowski swoją opowieść o książkach, życiu, mordercach, a kończy rozważaniami teoretycznymi (przydałoby się, by wszyscy pisarze i dziennikarze wnikliwie je przeczytali i wzięli pod rozwagę pisząc kolejne zdanie…), napisanymi w sposób niezwykle logiczny, ale i fascynujący. I tu rzecz ciekawa. Przeczytałam najpierw opowieść, potem owe rozważania. Sama konstrukcja (zastosowana tu przez tłumaczkę, Walentynę Mikołajczyk-Trzcińską) takiego właśnie ułożenia tekstów okazała się prowokacją do przeczytania książki po raz drugi, ale w układzie odwrotnym: najpierw poetyka, potem opowieść. W odbiorze nagle okazało się, że to jakby to samo, ale nie to samo. Na tym „podkładzie” poetyki czyta się samą opowieść nieco odmiennie, bo inaczej rozkładają się akcenty. To jest interesujące nawet dla zwykłego czytelnika, nie tylko badacza literatury. Nieistniejąca materialnie biblioteka nie jest pomysłem rewolucyjnym. Pozornie. Bo u Krzyżanowskiego jednak jest. To nie wymyślona biblioteka, czy wymarzona biblioteka, lecz biblioteka, która realnie istniała i nagle została sprzedana. Pozostały puste półki, które nieustannie zapełnia pamięć ich właściciela autorami, obwolutami, kwestiami całymi z książek, które na nich stały przez lata. Więc jakby żyją dalej, życiem, dzisiaj powiedzieli byśmy, wirtualnym. Są w pamięci, czyli w konkretnej przestrzeni, trwają, prowokują. Pod wieczór lubiłem, odpoczywając po pracy, wyciągnięty na łóżku z solidnym tomem Cervantesa, przeskakiwać z epizodu w epizod. Książki nie było: dobrze pamiętam – stała w lewym rogu dolnej półki, czarną skórą z żółtymi rogami przytulona do czerwonego safianu „Autos” Calderona. (…) Przewróciłem w myślach stronę, kolejną; potem pamięć uroniła litery – splątały się i umknęły z pola widzenia. Próbowałem przywołać je na powrót: jedne słowa wracały, inne nie; wtedy zacząłem zapełniać luki wstawiając w międzysłowie słowa własne. Nie potrafiąc żyć bez biblioteki bohater coraz częściej powtarzał tę zabawę. Ta gra tak go wciągnęła, że dzień za dniem obrastał fantazjami układanymi z liter. Nie miałem pieniędzy ani ochoty na łażenie za literami po księgarniach lub straganach bukinistów. Ja je wymyślałem – litery, słowa, frazy – całymi garściami, z siebie: brałem własne pomysły, w wyobraźni je odbijałem, ilustrowałem, ubierałem w szczegółowo obmyślane okładki i starannie ustawiałem, pomysł za pomysłem, fantazm za fantazmem. Ale… Na tym tle powstaje też biblioteka fantazmów, niewidzialna, niematerialna, niedotykalna, jednak prawdziwa, autentyczna i intrygująca.

„Klub Morderców Liter”. Kto już się zetknął z prozą Krzyżanowskiego, to wie, że jest to tytuł wieloznaczny i wielowarstwowy, ale mocno osadzony w treści książki. W poetyce Krzyżanowski pisze o tym, że jest wiele tytułów bez książek i wiele książek bez tytułów. Tu jedno z drugim żyje w pełnej symbiozie. Więcej: jedno bez drugiego nie miałoby racji bytu (jak w dobrej literaturze czy tekście dziennikarskim).

Tytuł jak w dobrym, klasycznym kryminale. Jednak pamiętając, iż autorem książki jest Zygmunt Krzyżanowski traktujemy go z pewną dozą podejrzliwości. I słusznie. Bo jest tu ten naskórek kryminalny, ale to nie jest kryminał. Ani nawet powieść sensacyjna, aczkolwiek elementy sensacji, klimat sensacji w niej są. A tytuł też nie jest tak całkiem mylący, bo jest klub, są mordercy i są ich ofiary. Przewrotność pomysłu Krzyżanowskiego polega na tym, kim są mordercy i kim są ofiary. Morderstwa popełniane na literach wcale nie są mniej sensacyjne niż te znane z kryminałów. A może nawet są bardziej sensacyjne?...

„Klub Morderców Liter” można potraktować jako literacki żart. Zaskakujący, ale i niebywale smakowity! W epoce dwudziestowiecznego rozkwitu naukowego eksperymentu Krzyżanowski dopuszcza się… eksperymentu na literaturze – pisze we wstępie Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska, tłumaczka utworu. – Właśnie dlatego, pozbawia ją literowego zapisu, jednocześnie odwołując się do znanych kanonów literatury i cywilizacji europejskiej (m.in. motyw Hamleta, Notkera Balbulusa itd.). Nie byłby jednak sobą, gdyby nie splótł ich z wizją nieodpowiedzialnych eksperymentów, ich nadużyć na globalna skalę. Dawkuje nam tę mieszankę z aptekarską precyzją i jak w pigułce podaje w tekście literackim, którego ramy stanowi wyimaginowany, ale jakże zażarty bój między poetką a etyką, sztuką a sumieniem. Niezwykle precyzyjnie wplecione w ten swoisty „bój” są prowokacyjne uwagi Krzyżanowskiego dotyczące literatury, w tym także dramaturgii. Prowokacyjne, bo tak sformułowane, że mimowolnie podejmujemy z nimi myślowy dyskurs, zaczynami toczyć spór, stając się nie tylko czytelnikiem utworu, ale i jego uczestnikiem. To w literaturze niebywały zabieg! Nie polega to na utożsamianiu się z którąkolwiek z postaci, przejęciu akcją tak dalece, że stajemy się jakby jej współuczestnikiem, ale na wessaniu nas w utwór jako kolejnej jego postaci. W „Klubie Morderców Liter” jest to dla mnie szczególnie mocne jako zabieg stricte konstrukcyjny, językowy, stylistyczny, zastosowany w pełni świadomie. Krzyżanowski jest, oczywiście, na tyle rasowym i świadomym swoich zamierzeń pisarzem, że w góry wie, jaka będzie ta pierwsza, spontaniczna reakcja czytelnika: zaskoczenie. Jak to? Literatura bez liter? Już w nas zaczyna buzować święty ogień oburzenia, już jesteśmy „przeciw”, mamy nawet ochotę książkę odrzucić i dalej nie czytać. Ale… Potraktowany ten utwór jedynie jako żart literacki, to zbyt płytko, zbyt mało. Jest to, bowiem, także żart filozoficzny. I – czytając głębiej – jest to egzystencjalna rozprawka filozoficzna.

Jest taki pokój. Zamknięty, ciemny, z płonącym kominkiem, pustymi półkami po książkach i siedmioma, potem ośmioma fotelami. Najprawdopodobniej arcywygodnymi, skórzanymi fotelami – klubami, w które można sobie wygodnie zapaść i zapomnieć o zewnętrznym świecie. Ten pokój ożywa tylko w soboty. Fotele zajmują stali klubowicze plus ten ósmy, który właśnie doszedł do tego grona. Atmosfera wyraźnie ciemnieje, staje się nieco duszna, coś się tam czai… Oczywiście, na tym poprzestanę. Z wolna ze świata piszących i czytających – tutaj, w bezliterowość – zaczęli się schodzić wybrańcy. Ogród zamysłów nie dla wszystkich. Mało nas i będzie jeszcze mniej. Dlatego, że brzemię pustych półek jest ciężkie… Tak więc będziemy się i my zanurzać w ową bezliterowość, ale za pomocą… liter. Mało: zdań układających się w logiczne ciągi, opowiadania o tym, co i jak w tym dziwnym „Klubie morderców liter”. Czym grozi powszechne oliterawanie? Już Goethe wyjaśniał swemu Eckermannowi, że Szekspir to nadmiernie rozrośnięte drzewo, zagłuszające – przez dwieście lat z rzędu – cały rozwój literatury angielskiej; Goethe – już Ludwik Berne opisał, że jest to rak, monstrum rozpełzające się po ciele niemieckiej literatury. I obaj mieli rację: przecież, jeśli nasze literowanie wzajemnie się zagłusza, jeśli pisarze jeden drugiemu przeszkadzają tworzyć, to czytelnikowi nawet nie dają pomyśleć. Czytelnik, rzekłbym, nie zdąży nawet mieć zamysłów, do których odebrały mu prawa profesjonalne słowa (…), biblioteki zdusiły w czytelniku fantazję, profesjonalne pisarstwo małej grupki piszących zapełniło całkowicie półki i głowy. Trzeba uchronić przed cudzym choć trochę miejsca na własne: prawo do zamysłów należy się wszystkim – profesjonalistom i dyletantom. Powstaje pytanie: czego zamysły potrzebują od nas...? Warto pomyśleć. I akcja utworu rozwija się w kierunku zupełnie nieprzewidywalnym. Akcja zaczyna się od siedemdziesiątej trzeciej soboty Klubu Morderców Liter czteroaktowym zamysłem pod tytułem „Actus morbi” (historia choroby) i interesującym oraz intrygującym sporem na temat teatru (jeżeli projektuje się zamysł na teatr znaczy, to, że jest on ubogi, niewystarczająco zapłodniony. (…) Znana całemu światu Szekspirowska postać podnosi problem, czy równie łatwo grać na duszy, jak na flecie, po czym odrzuca flet, ale zostawia duszę (…) ażeby z duszy wydobyć jej głębię, trzeba pozamykać jej okna jedno po drugim, wszystkie jej wyjścia na świat…). Kolejna sobota, kolejne spotkanie, kolejny zamysł bezliterowy… Dwie książki, które przeleżały się obok siebie jak mąż z żoną, karta w kartkę, „Notker Balbulus” i „Czwarta Ewangelia” (…) Raz oglądając w wolnej chwili wystrzępiony zakup, mój badacz atekstalisów chciał go odłożyć na bok, ale… Na marginesie było tam słowo S-um. Ten myślnik zwrócił jego uwagę, po czym okazało się, że był to skrót od Silentium. Czy można mówić o ciszy nie naruszając jej tym samym, czy można komentować to, co… no, jednym słowem książka zabiła książkę – od jednego ciosu. Poprzestanę na tym, bo nie ma przecież sensu opowiadanie opowiadania. Jeszcze tylko początek kolejnej wymyślonej historii – „Historii o trzech ustach”. Było już po północy – godzina, gdy pustoszeją butelki, a wypełniają się po krawędzie dusze… W karczmie „Trzech Króli”, przepijając ostatniego talara, hulało trzech…

Co najbardziej fascynuje czy choćby tylko intryguje w „Klubie Morderców Liter”? Zamysł. To oczywiste. I tworzenie z owych zamysłów – pomysłów niematerialnej biblioteki, wciągająca siła pustych półek, czarna pokusa bezksiąża. (…) Marka Lucjusza Septa znaleziono w progu ciemnego tablinum; leżał martwy wśród rozwiniętych zwojów… I gra toczy się dalej. Tylko, że już bez Rara, przewodniczącego Klubu, gdyż… Oczywiście, zakończenia nie zdradzę. W pamięci pozostało pięć sobót, pustka czarnych półek szybko się zapełniła, a pisanie ledwo się narodziło, już umiera… Słowa i ich moc, ich siła, ich przemoc i władanie… Jednak udało mi się rozerwać orbitę i wyjść poza „ja”!

„Klub Morderców Liter” powstał w roku 1926. A wydaje się jakby został napisany dzisiaj, teraz. Jest tak współczesne i nowatorskie w ujęciu tematu, konstrukcji, stylistyce. Jest jednocześnie top pisarstwo jedyne i wyjątkowe, aczkolwiek mocno osadzone w całej spuściźnie literackiej świata. Współbrzmi z nią, wyrasta z niej, ale jednocześnie jest niezwykle oryginalne w tym jakby zderzeniu Wschodu z Zachodem. Paradoks, absurd, łączenie przeciwieństw, pragmatyzm i romantyzm, niebywała elokwencja gimnastykują nasz umysł i naszą wrażliwość. Z dniem dzisiejszym jestem skłócony, ale kocha mnie wieczność – napisał. I to prawda. Pisarz sprzed ponad półwiecza, który nagle ożył, został wydobyty z odmętów archiwów, przemówił do nas, współczesnych, z niezwykłą siłą swego talentu, zmysłu obserwacji, wyobraźni, mądrości. Nie jest – na szczęście! – pisarzem łatwym, lekkim i przyjemnym, od jakich roi się nasza literatura. Traktuje czytelnika poważnie, jak partnera do rozważań i refleksji, toteż bezceremonialnie wciąga go w świat swojego myślenia i swojej wyobraźni. Warto się temu poddać, bo tom jest literatura, która wymaga wysiłku intelektualnego, ale w zamian niebywale nas wzbogaca inspirując do myślenia i prowokując do rozważań, których bez tej lektury pewnie byśmy sami ze sobą nie podjęli.

Krzyżanowski pisał po rosyjsku. Jest więc ogromną zasługą tłumaczki, Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej to wszystko, co w jego prozie odnajdujemy, odkrywamy. Trzcińska wyjątkowo czuje rytm tej prozy, jej czas, a właściwie ponad – czas, jej językowe niuanse, ale i zawiłości i zawijasy. To rzadkie zjawisko, by autor i tłumacz stanowili tak doskonałą jedność, choć są od siebie tak dalecy i w czasach i w przestrzeni. Świetna znajomość języka obcego nie gwarantuje znakomitości przekładu – o tym wszyscy wiemy. Walentyna Trzcińska tłumaczy też utwory innych autorów rosyjskich, nie tylko Krzyżanowskiego. Tu jednak nastąpiło coś wyjątkowego. Czytałam wszystkie jej przekłady dzieł Zygmunta Krzyżanowskiego i dostrzegam z każdym kolejnym utworem ściślejsze ich wzajemne przyleganie. Zgrała się nie tylko ze swoistą stylistyką prozy Krzyżanowskiego, jego ekwilibrystyką słowno-refleksyjną, pułapkami i meandrami konstrukcji myślowych, ale i z jego… duszą? Tak, tą polsko-rosyjską duszą, tak niepokorną i tak wyjątkową. I jej, jako tłumaczce, udało się rozerwać orbitę i wyjść poza „ja”…

„Miesięcznik”, Koszalin, nr 12/1 z 2011 r.

Powrót do spisu treści

Mieczysław Orski

MÜNCHHAUSEN W OJCZYŹNIE SIERPA I MŁOTA

„Armata jak słoń, któremu dzieci podają przez kratę ciastka, opuściła swoją długą trąbę – wskoczyłem na jej skraj, by nie przegapić stosownego momentu...” Stosowny moment następuje, kiedy znany z przelotów nad niebezpiecznymi miejscami i nieprzekraczalnymi granicami na pociskach armatnich słynny bohater tej akcji, po wydaniu przez dowodzącego baterią komendy: „Kierunek zero-zero-zero, w RSFSR panem baronem... pal!”, rozpoczyna wizytację w Kraju Rad, udając się tam nie po rady, a w celu poznania Kraju, o którym ma zdać sprawę przed zleceniodawcami podróży, czyli przed członkami Towarzystwa Królewskiego w Londynie. Lądując na szczerym polu, już daleko za wszelkimi kordonami, baron rozpoczyna pobyt od tresowania swoich butów, „sprawiających wrażenie doświadczonych zwiadowców”, z którymi dokonał już w życiu wielu rzeczy i które zdejmowane z nóg, ustawiane noskami we właściwą stronę, po komendzie „aport” dokonują zazwyczaj cudów – ale tym razem, „w kraju zabobonów i ignorancji”, wywołują przerażenie miejscowego chłopstwa w najbliższej wiosce i „aportują” jedynego odważnego starca, jak się okazuje, przywdziewającego tę obuwniczą pułapkę złodziejaszka; doprowadzają go też zaraz przed oblicze barona, który później w swoim raporcie przed londyńczykami dokona takiego podsumowania swojego pierwszego zetknięcia ze wschodnią terra incognita: „I wierzę, panie i panowie, że wcześniej czy później wszystko, co znacjonalizowane, powróci do swoich właścicieli, jak moje buty powróciły do mnie. To samo powiedziałem powalonemu starcowi, dodając, że wstydziłby się zamieniać Boga na socjalizm.” Buty doprowadzają szczęśliwie ich właściciela do najbliższej stacji kolejowej, gdzie wraz z pasażerami, wiozącymi do Moskwy „szydła w worku, na które jest właśnie zbyt”, cierpliwie poddaje się jeździe w pociągu, wlokącym się niczym „dżdżownica na podkładach”; kiedy zaś poirytowany baron wyprawia się w stronę parowozu, by zbadać przyczynę tej opieszałości, zdumiewa go widok stert książek zastępujących węgiel w ładowni. „Widzi pan – wyjaśniają mu pasażerowie – nasz maszynista jest z profesorów, to uczony człowiek, nie przepuści żadnej książce i póki nie przeczyta jej od deski do deski, nie wrzuci jej do paleniska.” Dotarłszy do Moskwy, baron rozpoczyna zwiedzanie miasta, rozprawiając się z przywiezionymi z Zachodu mitami, co wykłada później zadziwionym londyńczykom ze wspomnianego Towarzystwa: na przykład to nieprawda, że w Moskwie budują domy od dachów do fundamentów – bo od fundamentów do dachów też ich tu nie budują. Najwięcej uwagi poświęca wizytator miejscowym obyczajom konsumpcyjnym, w zasadzie domniemanym, bowiem w Moskwie i okolicach już „zjedzono tu wszystko – do »cebul« cerkiewnych włącznie”, a przed jatkami z wymalowanymi wianuszkami parówek stoją tłumy ludzi sycących się samym widokiem; „w bardziej dostatnich domach, które stać było na opłacenie artysty (...) obiadowano, kultywując dawną tradycję. Na pierwsze danie podawano martwą naturę szkoły holenderskiej z wyobrażeniem wszelkiego jadła...” Detale dalszego menu odpuśćmy sobie, odnotowując jeszcze w tych gastronomicznych passusach pełnej fantazji i oryginalnego dowcipu narracji wprowadzony do obiegu przez walczącego z „kataklizmem głodu w Moskwie” barona wynalazek „münch-dań”, polegających na zawieszeniu na końcu długiego sznura jednego malutkiego kawałka słoniny przed długą kolejka głodomorów, „a potem – pamiętacie przecież moje sławetne kaczki, więc wiecie: jeśli kolejka rozrastała się, do wolnego końca sznura przywiązywano sznur zapasowy itd.” (Jak wiadomo, oryginalny baron strzelał do ptaków z oszczędności nie nabojem, a pałeczką, na którą nabijało się od razu siedem kaczek). Notabene do tych konsumpcyjnych wątków posłużyły autorowi jego osobiste doświadczenia z życia w kraju niepłynącym mlekiem i miodem w latach dwudziestych ubiegłego wieku: jak dowiadujemy się z posłowia, cierpiał on wtedy i później na chroniczny głód.

„Tym sposobem możemy śmiało oczekiwać, że wszystko, co wbite młotem, zostanie ścięte sierpem...” – brzmi jeden z błyskotliwych bon motów barona Münchhausena, podmiotu tej niezwykłej opowieści-przypowieści, której treść mogłem powyżej tylko krótko zapowiedzieć. Tę książkę Zygmunta Krzyżanowskiego, całkowicie nieznanego wciąż w Polsce pisarza o znanym nazwisku (choć nie z „tych" Krzyżanowskich), Polaka urodzonego w Kijowie jeszcze pod koniec XIX wieku i piszącego po rosyjsku, z oczywistych powodów wydano w Rosji dopiero po roku 1989. Gdyby choć niektóre epizody utworu w okresie, kiedy był pisany, znalazły się w rękach reżimowych urzędników, autor podzieliłby zapewne los wielu pisarzy, których poczucie humoru doprowadziło pod mur egzekucyjny; Krzyżanowski, zaprzyjaźniony z Bablem, Achmatową, Jesieninem, Stanisławskim i innymi wybitnymi twórcami i uczonymi porewolucyjnej Rosji, dożył w swoim cichym azylu późnych lat życia. Jego twórczość dopiero niedawno, po pierestrojce, odkryto i zaczęto cenić w Rosji, a także, po tłumaczeniach, w niektórych krajach Europy. Najlepsza w jego dorobku książka, która przewinęła się niedawno przez polskie półki księgarskie, nie wywołując szerszego zainteresowania, prezentowany tu Powrót Münchhausena, wydana w świetnym przekładzie Walentyny Mikołajczyk-Trzcińskiej, z ilustracjami Zygmunta Januszewskiego i posłowiem Wiesławy Olbrych (wyd. Bosz, Lesko 2005), jest jednym z najświetniejszych literackich świadectw demolki i absurdu, w którym pogrąża się wielkie imperium po rewolucji październikowej i wojnie domowej (z jakim to pogrążaniem się nie bardzo zresztą ono skończyło, czemu pełne fantazji i sarkastycznego dowcipu współczesne świadectwo daje spora liczba pisarzy także dzisiejszej Rosji).

Wracając do biografii pisarza: za młodu, po opuszczeniu rodzinnego Kijowa – gdzie m.in. wykładał historię teatru, literatury w konserwatorium i rozpoczynał swoje literackie harce – i, po utracie zapisanego mu majątku rodzinnego, w 1922 roku wyjechał on do Moskwy, z którą związał swoje losy do śmierci w 1950 roku. Mimo elitarnego wykształcenia (studiował prawo i filozofię, pogłębiając swoją wiedzę także innych dziedzinach, znał poza łaciną i greką pięć języków; podczas pobytu na Zachodzie poznał Rudolfa Steinera, słuchał wykładów Bergsona i innych wybitnych uczonych na Sorbonie) nie mógł znaleźć w Moskwie stosownej pracy, do końca klepał biedę i pewnie dzięki temu, że wydawcy odmawiali mu posługi publikacji książek, w których – jak utrzymywano w znalezionych dziś recenzjach wewnętrznych – „oszczerczo” prezentował radziecką rzeczywistość, cudem uniknął śmierci. Naczelny redaktor wydawnictwa „Ziemla i Fabrika” Władimir Narbut, który poznał się na walorach literackich powieści o baronie Münchhausenie i dążył do jej wydania, po anonimowym donosie został wyrzucony z partii i zwolniony ze wszystkich stanowisk. Krzyżanowskiemu, jeśli o to chodzi, niewiele groziło – nie miał stałej pracy, współpracował doraźnie z teatrami, głównie z moskiewskim Teatrem Kameralnym, utrzymywał się też z tłumaczeń literatury polskiej – ale książka ujrzała światło dzienne dopiero w 1990 roku. „Logiczny, precyzyjny umysł, wszechstronne wykształcenie i zainteresowania pozwalają go uznać za postać symboliczną: Polaka z Kresów ze znakomitą edukacją europejską (...) Rosjanie porównują go do Witkacego i Gombrowicza” – pisał o autorze powieści Paweł Zawadzki w polonijnym „Przeglądzie Polskim” (7 kwietnia 2006). Eseista i historyk literatury Wadim Perelmuter, który przyczynił się do promocji zapomnianej twórczości autora Powrotu Münchhausena, uznał tę powieść za najlepszą i najbardziej bezkompromisową w spuściźnie Krzyżanowskiego. „To, co opisał, w sposób twórczo przetworzony odzwierciedla warunki jego własnej egzystencji, a jego bohater jest w gruncie rzeczy nim samym, skrytym pod ogólnie znaną maską (...) Pomysły Münchhausena w powieści, nawet jeśli wydają się absurdalne, nie są bardziej absurdalne niż rzeczywistość, do jakiej trafił” – pisze o tej książce Wiesława Olbrych w posłowiu.

Trudno chyba o lepszy pomysł na wystawienie na sztych rozpaczliwie kulejącej, brnącej w nonsensy i paradoksy, trapionej plagami nędzy, głodu i dopustem komisarzy stalinowskich rzeczywistości gospodarczej, społecznej RSFSR i jej publicznych reperkusji w latach wczesnego komunizmu, aniżeli samo wysłanie do niej barona Münchhausena. Poprzez paraboliczny i ufundowany na baśniowym zamyśle sposób komentowania otaczającego świata autor przemycał te prawdy i sądy dopiekającej mu i jego otoczeniu rzeczywistości, których w inny sposób nie dawało się wówczas wyrazić.

Jak się okazało, i ten projekt mógł zakończyć się tragicznie dla pisarza. Notabene początkowo marzył on, aby zrealizować go na taśmie filmowej. W tym celu nie tylko próbował zapalić do tematu münchhausenowskiego studia filmowe, ale nawet założył prywatne studio filmowe. Próby te oczywiście w realiach sowieckich musiały spalić na panewce, a pierwsza wersja scenariusza filmowego stała się punktem wyjścia do napisanej później powieści. Krzyżanowski uważał się zawsze za polskiego emigranta w Moskwie. Poza omawianą tu powieścią napisał sporo opowiadań, które zostały zebrane i wydane w tomach opublikowanych ostatnio także w Polsce – m.in. Most przez Styks (Państwowy Instytut Wydawniczy 2008) i Klub Morderców Liter (Wyd. Adam Marszałek 2010).

Miesięcznik „Odra”, nr 11 z 2011 r.

Powrót do spisu treści

Ostatnia aktualizacja: stat4u